"Dziedzictwo Mocy: Piekło" - Prolog

Autor: Troy Denning

Prolog
W pustym grashalu rozległy się jęki i odgłosy bitwy, a w zielonych promieniach lamp hełmów pojawiły się pasemka dymu. Jacen – przypomniał sobie, że obecnie nazywa się Darth Caedus – zapuszczał się coraz głębiej w przeszłość. Jedną ukrytą w rękawicy dłonią trzymał rękaw próżnioszczelnego skafandra Tahiri, a palce drugiej zaciskał na krawędzi hodowlanej donicy, upstrzonej śladami blasterowych strzałów. Zauważył, że brązowe plamy na zewnętrznej powierzchni donicy zaczynają się robić mokre i coraz bardziej czerwone, a w panującej wokół ciemności pojawiają się skulone postacie.
Im więcej energii czerpał z Mocy, tym wyraźniej przez gęstniejące kłęby dymu przebijało się blade światło luminescencyjnych porostów. W końcu Jacen zobaczył laboratorium do klonowania voxynów, to, w którym zginął jego młodszy brat, Anakin. Tam, gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej panowała tylko ciemność, pojawiła się pulsująca dżungla poskręcanych, białych, odżywczych pędów, których końce ginęły w rzędach donic na podłodze grashala. W obie strony zaczęły przelatywać barwne i ciemne smugi, w powietrzu zaroiło się od brzytwożuków, a podłoga zadrżała od eksplozji granatów.
– Mam nadzieję, że okażę się na to przygotowana – odezwała się Tahiri. Jej głos, zniekształcony przez aparaturę akustyczną skafandra, brzmiał cicho i niepewnie. – Może podczas pierwszego spaceru po nurcie nie powinnam się zapuszczać w sam środek bitwy?
Jacen wiedział, że Tahiri jest zdenerwowana nie dlatego, że znalazła się na polu walki, ale uważał, że nie ma sensu zmuszać jej do wyznania prawdy.
– Nic nam się nie stanie – zapewnił. – Jesteśmy tu jak duchy. Nawet jeżeli nas zobaczy jakiś Yuuzhanin, nie da rady zrobić nam żadnej krzywdy.
– Martwi mnie, że to my możemy wyrządzić komuś krzywdę – odparła Tahiri. – Co się stanie, jeżeli zmienimy coś, czego nie powinniśmy... a to wywrze wpływ na teraźniejszość?
– To mało prawdopodobne – stwierdził Jacen. Powinien był powiedzieć, że to niemożliwe, bo każda zmiana, jakiej mogliby dokonać w przeszłości, zostałaby i tak skorygowana przez Moc, dzięki czemu nurt by wrócił do poprzedniej postaci. Postanowił jednak nie wyjaśniać tego Tahiri. Chciał, aby wierzyła, że oboje bardzo ryzykują... że naprawdę mogą spowodować temporalną katastrofę. Zależało mu na tym, żeby młoda Jedi uporała się w końcu z dręczącym ją cały czas smutkiem. – Nie pozwolę, żeby stało ci się coś złego. Po prostu się odpręż.
– Mało prawdopodobne, mówisz... ale to nie wystarczy, żebym się odprężyła – zauważyła Tahiri. – Nie w sytuacji, w której waży się los galaktyki.
– Zaufaj mi – odparł Jacen. – Chodzę po nurcie od wielu lat, a galaktyka nadal istnieje.
– O ile nam wiadomo – mruknęła Tahiri.
Odwróciła się w stronę położonej w głębi części grashala, gdzie Anakin i pozostali członkowie grupy szturmowej wdzierali się przez otwór w ścianie. Ich brązowe kombinezony były poplamione krwią i podarte, a na twarzach malowały się strach i wyczerpanie... ale także zdecydowanie i odwaga. Dotarli do celu wyprawy – do laboratorium z urządzeniami Yuuzhan Vongów przeznaczonymi do klonowania voxynów, które zabiły tylu Jedi – i nie zamierzali odejść, dopóki go nie zniszczą.
W Mocy rozległ się jęk gniewu i smutku Tahiri, która opuściła rękę do rękojeści świetlnego miecza. Jacen wyczuwał, jak bardzo chciałaby zrobić coś więcej, niż tylko dać Anakinowi pożegnalny pocałunek, którego mu wówczas odmówiła... jak bardzo pragnie zapalić klingę świetlnego miecza, żeby nie dopuścić do jego śmierci.
Nad głowami obojga eksplodowały trzy termiczne granaty. Kopuła grashala wypełniła się pomarańczowym światłem, a we wszystkie strony strzeliły fontanny rozżarzonych odłamków. Odżywcze pędy stanęły w ogniu i zwiędły, a Yuuzhan Vongowie padli na podłogę, wijąc się z bólu. Tahiri skuliła się i rozejrzała za jakąś osłoną, ale Jacen szarpnął ją za rękę i odwrócił. Obok nich przelatywały odłamki, nie robiły im jednak żadnej krzywdy, a płomienie, które lizały ich próżnioszczelne skafandry, nie mogły ich stopić.
– Powiedziałem ci, że nic nam się tu nie stanie – przypomniał Jacen.
– Mówiłeś też, że tylko przypadkiem natknęliśmy się na siebie w rocznicę urodzin Anakina – odparła Tahiri. – To jeszcze nie oznacza, że mam ci uwierzyć.
Jacen zmarszczył brwi.
– Myślisz, że zaaranżowałem tamto spotkanie? – zapytał.
– Daj spokój, Jacenie – powiedziała Jedi. – Jestem mądrą dziewczyną.
Jacen się zawahał. Ciekaw był, czy Tahiri wie, co zrobił tydzień wcześniej, i czy wiąże ich obecną wyprawę z zamordowaniem ciotki Mary na Kavanie. Głupotą byłoby się spodziewać, że może zabić żonę kogoś takiego jak Luke Skywalker, i mieć nadzieję, że nikt się o tym nigdy nie dowie, ale musiał tak myśleć. Przewidział, że dzięki śmiałości Konfederatów Sojusz wkrótce zwycięży... ale pod warunkiem, że Jedi nie pokrzyżują jego planów.
Milczał jeszcze chwilę, po czym spojrzał na Tahiri.
– No dobrze, powiedzmy, że rzeczywiście to zaaranżowałem – przyznał w końcu. – Dlaczego się więc zgodziłaś mi towarzyszyć?
– Nie mogłam się powstrzymać – wyjaśniła Jedi. – No i chciałam się dowiedzieć, czego właściwie ode mnie potrzebujesz.
– Niczego, naprawdę – skłamał Jacen. – Myślałem tylko, że to ci pomoże pogodzić się z tym, co się stało.
– Spodziewasz się, że w to uwierzę?
– Zrobiłem to także dla Anakina – dodał Jacen. – Chyba mój brat na to zasługiwał... Nie uważasz?
Przez Moc przeniknęła zmarszczka poczucia winy.
– To niesprawiedliwe! – zaprotestowała Tahiri. – A ja nadal ci nie wierzę.
Jacen uniósł ramiona w próżnioszczelnym skafandrze i nieporadnie nimi wzruszył.
– Czy to znaczy, że nie chcesz przez to przechodzić? – zapytał.
Tahiri westchnęła.
– Wiesz równie dobrze jak ja, że chcę – powiedziała.
– A więc musisz postępować zgodnie z moimi wskazówkami – oznajmił Jacen. – Nie możesz reagować, jakbyś żyła w przeszłości. Im bardziej będziesz usiłowała stać się jej elementem, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś cię zauważy... i większa szansa, że stanie ci się jakaś krzywda.
– W porządku, rozumiem – mruknęła Tahiri. Słysząc ją przez komunikator, Jacen nie mógł ocenić, czy w jej głosie brzmi oburzenie, czy zakłopotanie. – To się już więcej nie powtórzy.
– Całe szczęście.
Jacen zwrócił uwagę na przebieg bitwy. Po huku granatów zapadła chwila ciszy, ale zaraz dał się słyszeć skowyt blasterowych strzałów i brzęczenie brzytwożuków. W odległej części grashala Anakin właśnie się podnosił, a pozostali członkowie grupy szturmowej wykorzystywali zamieszanie w szeregach nieprzyjaciół, żeby otoczyć laboratorium do klonowania voxynów. Kiedy Jacen zobaczył sam siebie, jak wykonuje uniki podczas bitwy, przypomniał sobie rozpacz, kiedy brat został ranny, i rozgoryczenie, jakie go ogarnęło na myśl, że wojna może zabrać jego szlachetne, młode życie. Czuł się tak, jakby oglądał siebie na holofilmie. Zastanowił się, jakim cudem mógł być wówczas tak naiwny. Pomyślał też, że kiedy w końcu zjednoczy galaktykę, podobny idealizm może przestanie mu się wydawać taki głupi.
Nagle w grashalu rozległ się grzmot strzału z długiego blastera i do środka wskoczyło troje Jedi. Na ich czele biegła młoda, wówczas piętnastoletnia Tahiri, z rozwianymi długimi blond włosami. Na jej czole widniały wyraźne czerwone blizny po ranach, jakie odniosła podczas pobytu w niewoli Yuuzhan Vongów. Jak tylko wszyscy troje znaleźli się w grashalu, przez otwór wpadła kula pomarańczowożółtego ognia i pojawił się oślepiający błysk eksplozji.
Fala udarowa posłała trójkę Jedi w różne strony, ale wszyscy posłużyli się Mocą i bezpiecznie wylądowali na podłodze grashala. Młoda Tahiri przetoczyła się za hodowlaną donicę i wyskoczyła zza niej po drugiej stronie. Anakin wyraźnie chciał pospieszyć jej na pomoc. Wolną ręką trzymał się za brzuch. Zmagając się z bólem, jaki sprawiała mu straszna rana, z całej siły zaciskał zęby.
W głośniku komunikatora skafandra Jacena rozległ się głos dzisiejszej Tahiri:
– Musimy podejść bliżej.
– Dobrze, ale pozostań ze mną w kontakcie, bo inaczej poniesie cię nurt. – Nie puszczając rękawa skafandra swojej towarzyszki, Jacen ruszył w kierunku brata i tamtej Tahiri. – I bez względu na to, co zrobisz, nie rozszczelniaj skafandra. W rzeczywistości przebywamy nadal w teraźniejszości, więc naraziłabyś się na dekompresję.
– Dzięki za ostrzeżenie – odparła oschle Tahiri. – Sama się tego domyśliłam.
Anakin i młoda Tahiri kulili się obok siebie za jedną z donic. Gdyby młodszy brat Jacena przeżył tę bitwę, on i ta dziewczyna niemal na pewno zostaliby kochankami, może nawet by się pobrali. Jacen czasem się zastanawiał, jaki wpływ mogłoby to wywrzeć na teraźniejszość. Czy dodatkowa porcja szczęścia i spokoju mogłaby w jakiś sposób powstrzymać galaktykę przed pogrążeniem się w chaosie?
Kiedy Jacen omijał parę kulących się Jedi, młoda Tahiri uniosła nagle rękę i pokazała stojącą po drugiej stronie przejścia zwęgloną donicę, wypełnioną po brzegi trupami Yuuzhan Vongów. Obok donicy stała Tekli, licząca zaledwie metr wzrostu uzdrowicielka grupy szturmowej. Chadra-Fanka pochylała się nad pokrytym łuskami ciałem Tesara Sebatyne i posypując jego rozdwojony język trzeźwiącymi solami, usiłowała przywrócić mu świadomość... Bezskutecznie.
Poruszając się bardzo ostrożnie i powoli, Jacen zaczął się do nich zbliżać. Osoby spacerujące po nurcie wywoływały w Mocy rozmyte plamy, które otaczały także ich samych. Im wolniej wędrowcy się poruszali, tym plamy stawały się mniej widoczne.
Podeszli całkiem blisko. Anakin wskazał właśnie Tekli rannego Barabela.
– Zabierz go... i ruszaj w drogę – rozkazał młodej Tahiri. – Postaraj się przedrzeć do nich.
– A ty? – zapytała dziewczyna. – Nigdzie się nie ruszę...
– Wykonaj rozkaz – uciął Anakin.
Tahiri posmutniała, a w Mocy dało się wyczuć zaskoczenie i przerażenie starszej Tahiri.
– Musisz... pomóc Tekli – odezwał się łagodniejszym tonem Anakin. – Niedługo... postaram się... dołączyć do was.
Jego głos, zniekształcony przez aparaturę akustyczną próżnioszczelnego skafandra, brzmiał cicho i niepewnie, jakby młody Solo przeczuwał, że wkrótce umrze. Jacena coś dławiło w gardle i młody Solo z zaskoczeniem stwierdził, ile wysiłku go kosztuje, żeby się pozbyć tego uczucia. Kochał młodszego brata i chyba nigdy nie przestał go kochać, ale nie mógł pozwolić, żeby emocje ściągnęły go do przeszłości. Jak powiedział Tahiri, jakakolwiek reakcja z ich strony mogłaby ich zdemaskować. Gdyby pozostali przy życiu członkowie grupy szturmowej nagle sobie przypomnieli, że widzieli parę ubranych w próżnioszczelne skafandry, niewyraźnych postaci, które pojawiły się nagle podczas bitwy... ktoś mógłby odgadnąć; że to Jacen, spacerując po nurcie, powrócił w tamto miejsce w towarzystwie Tahiri. A w takim wypadku nie mógłby jej wykorzystać do swoich celów.
Ledwo Jacen zdławił emocje, jego młodszy brat znów wstał. Łagodnie popchnął młodą Tahiri w kierunku Tekli, która klęczała nad nieprzytomnym Tesarem i klepiąc go po policzkach, starała się zmusić Barabella, żeby oprzytomniał. W Mocy dał się wyraźnie odczuć smutek starszej Tahiri, ale tym razem Jacen nie przypomniał jej o niebezpieczeństwach reagowania na wydarzenia z przeszłości. Od samego początku wiedział, że jego towarzyszka nie będzie umiała zapanować nad emocjami, a w gruncie rzeczy na to właśnie liczył. Miał nadzieję, że Tahiri i pozostali przy życiu członkowie grupy szturmowej będą zbyt zajęci, aby zauważyć poruszające się po nurcie czasu zjawy.
– Tesar nie reaguje – odezwała się Tekli, unosząc głowę. – Wciąż jeszcze jest nieprzytomny. Nie zdołam go nieść i cucić jednocześnie.
Młoda Tahiri nie wyglądała na przekonaną. Podejrzewała, że Chadra-Fanka usiłuje ją odciągnąć od Anakina, ale nie mogła odmówić prośbie o pomoc. Zamrugała, żeby powstrzymać łzy, wspięła się na palce, by pocałować Anakina... ale zaraz odzyskała panowanie nad sobą i pokręciła głową.
Cofnęła się teraz; zaraz powie Anakinowi, że jeżeli chce dostać pocałunek, musi przeżyć i do niej wrócić. Moc o mało nie eksplodowała od udręki dzisiejszej Tahiri, która szybko podeszła do młodszej i lekko ją pchnęła w objęcia Anakina.
Tamta Tahiri otworzyła usta, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, Anakin pochylił się i złożył na jej wargach pocałunek. Z twarzy dziewczyny szybko zniknęło zaskoczenie. Stali tak przytuleni do siebie i nawet Jacen, który często się stykał z wiecznością w swoich wizjach, doszedł do wniosku, że ich pocałunek trwa bez końca.
Poczuł ponury ciężar w Mocy i ból własnego rozdzieranego serca. Uświadomił sobie, że zapada coraz głębiej w przeszłość, i przyciągnął do siebie starszą Tahiri. Gdyby pozostali w tym samym miejscu po zakończeniu pocałunku, Tekli na pewno by ich zauważyła. No i trzynaście lat później, kiedy Jacen i Tahiri wrócą do swojego czasu, Chadra-Fanka mogłaby sobie przypomnieć, że widziała ich wówczas w próżnioszczelnych skafandrach. Gdyby zameldowała o tych przebłyskach wspomnień członkom Rady, mistrzowie z pewnością by się domyślili, że Jacen odbył z Tahiri spacer po nurcie do czasu tamtej bitwy. Zaczęliby się zastanawiać nad powodami takiej wyprawy, co pokrzyżowałoby jego plany.
Ciągnąc za sobą Tahiri, Jacen zaczął się wycofywać. Powoli osłabiał więź, jaka łączyła ich z przeszłością. Odgłosy bitwy ścichły, a słabe światło luminescencyjnych porostów w grashalu zbladło i w końcu zgasło. Wkrótce mogli dostrzec tylko dwie przytulone do siebie sylwetki. Ich obecność rozjaśniała czas i rozświetlała zimną ciemność. Później nawet ten blask zniknął.
W głośnikach skafandrów rozległ się rozdzierający serce, pojedynczy dźwięk. Tahiri chwyciła rękaw kombinezonu Jacena.
– Musieliśmy ich zostawić? – zapytała. – Chciałam zostać, żeby się przekonać, czy dzięki temu pocałunkowi śmierć Anakina stała się chociaż trochę... łatwiejsza do zniesienia.
– Przykro mi – odparł Jacen. – Nie mogłem dopuścić, żeby nas zobaczono. – W głębi duszy przestał się czuć jak tamten Jacen. Wykorzystał śmierć brata do manipulowania Tahiri, ale sam poczuł się po tym... zbrukany. Nie miał jednak wyboru. Jedi poświęcali wszystkie siły i środki na ściganie zabójcy Mary, a on musiał jakoś śledzić ich postępy. Musiał ich kontrolować, nie ustając w staraniach ocalenia Sojuszu. – Zaczynała cię wciągać przeszłość. Mnie zresztą także.
Tahiri rozluźniła uchwyt, ale nie puściła rękawa.
– Wiem – powiedziała. – Tylko że byłam... tak bardzo... – Urwała i odwróciła czołową płytę hełmu w jego stronę. Jacen zobaczył w niej jedynie anonimowe odbicie własnego hełmu. – Sądziłam, że ten pocałunek wystarczy, ale się myliłam. Nie wystarczył, Jacenie. Muszę...
– Tahiri, nie. – Tym razem powiedział to nie Jacen, ale jego nowa osobowość, która się narodziła, kiedy zabił Marę. – Nasze emocje sprawiły, że ta wyprawa stawała się zbyt ryzykowna. Nie możemy tam wrócić.
– Wiem, Jacenie. – Tahiri odwróciła się do niego tyłem i ruszyła do wyjścia. – Żałuję tylko, że musieliśmy ich opuścić w taki sposób. Chciałam się upewnić, że Anakin umarł ze świadomością, jak bardzo go kochałam.
Darth Caedus uśmiechnął się ponuro za przesłoną swojego ¬hełmu.
– Jestem pewny, że to wiedział. – Ruszył za nią. Zdał sobie sprawę, że właśnie tak postępują Sithowie. Bez wahania wykorzystują przyjaciół, cenią wyżej przeznaczenie niż rodzinę i żyją ze splugawioną duszą. – Przecież mu powiedziałaś, prawda?

Star Wars: Dziedzictwo Mocy #6 - Piekło

Autor: Troy Denning
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 2/2009
Tytuł oryginalny: Star Wars: Legacy of the Force: Inferno
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 288
Format: 125x175 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324132911
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,80 zł


blog comments powered by Disqus