Fragment "Dziedzictwo Mocy: Niezwyciężony"

Autor: Troy Denning

 

ROZDZIAŁ 1
Jak nazywa się ktoś, kto przynosi obiad rankorowi?
Smakołyk!
Jacen Solo, 14 lat, Akademia Jedi na Yavinie Cztery
 
Tunel prowadzący do wnętrza sekcji transportu asteroidy Nikiel Jeden był bardzo w stylu Verpinów: prosty, kanciasty i zapchany taką ilością kabli, przewodów i skomplikowanych układów, że nie sposób było spod warstwy elektroniki dojrzeć pierwotnej skały. Był też sterylnie czysty w tym obłąkanym stylu, nasuwającym skojarzenie „królowa-roju-ma-problem” – nieskazitelna podłoga miała kolor przydymionego błękitu, poprzecinanego plątaniną akwamarynowych rurek, przez co korytarz stał się dziwnie podobny do reszty labiryntu, który Jaina pokonała podczas całej podróży przez system bezpieczeństwa asteroidy. Chociaż próbowała wyczuć teren Mocą, nie potrafiła wskazać, w którym dokładnie miejscu kolonii insektów są teraz razem z Fettem – ani czy zanosi się na to, że przed lądowaniem desantu szturmowców uda im się dotrzeć do reszty garnizonu mandaloriańskich komandosów.
 
Od czasu Bitwy o Fondora – a potem jej następstw w postaci gróźb i negocjacji prowadzonych przez wszystkie uczestniczące w galaktycznej wojnie domowej strony – minęły trzy tygodnie. Dopiero jednak teraz Verpinowie zdecydowali się wpuścić Mandalorian na Nikiel Jeden, żeby unieszkodliwili wszystkich, którym mogło przyjść do głowy coś głupiego. Niestety, wyglądało na to, że te środki zapobiegawcze nie wystarczyły. Ledwie standardową godzinę temu, kiedy ona i Fett badali systemy obronne, z nadprzestrzeni wyskoczyła nieoczekiwanie flota Szczątków Imperium i w manewrze mającym zmylić przeciwnika skierowała się do głównych doków. Jakieś pół godziny później zjawiła się reszta sił inwazyjnych, rozbijając siły bezpieczeństwa Nikla Jeden w pył. Już wkrótce siły wroga zajmą planetoidę – a wtedy nawet Verpinowie nie zdołają ich powstrzymać. Pozostawało tylko pytanie, gdzie rozpocznie się inwazja.
 
W oddali pojawił się zaniepokojony truteń i powietrze w dusznym tunelu przesycił zapach verpińskich feromonów. Ich przewodnik – potężny insekt o grubym carahidowym pancerzu i wydatnych szczękach, charakterystycznych dla kasty wojowników – przyspieszył kroku i Jaina zaczęła się nagle obawiać, że rój zaaferowanych żołnierzy roju weźmie ich za wrogów. Widząc, że dłoń Fetta zawisła nad kaburą, zrozumiała, że nie tylko ją martwi sytuacja.
Mimo to nie odważyła się przypomnieć ich opiekunowi, że są po stronie roju. Wiedziała, jak Mandalorianin by odebrał takie oświadczenie – co więcej, przypuszczała, że może mieć rację. Może pozorna słabość była słabością rzeczywistą?
 
Szkoliła się pod okiem słynnego łowcy nagród trochę dłużej niż standardowy miesiąc, ale w tym czasie zdążyła go już nieźle poznać. Czasem miała wrażenie, że dosłownie czyta mu w myślach. Kiedy flota Szczątków skierowała się dla zmyłki w stronę doków, przewidziała, że Fett złapie przynętę, więc patrzyła bez słowa, jak wysyła skrzydło Bes’uliike, żeby związały wroga walką. A kiedy wreszcie zjawiła się reszta sił przeciwnika, dobrze odgadła jego następny ruch – bezwzględny kontratak. Przywódca Mandalorian zdołał przekonać Wielką Koordynatorkę Nikiel Jeden, żeby wysłać przeciwko „Dominium”, flagowemu okrętowi Szczątków, wszystkie myśliwce – i już wkrótce superniszczyciel zmienił się w stertę płonących szczątków.
 
Jaina zgadywała, że teraz, kiedy asteroida jest względnie bezpieczna, Fett nie zdecyduje się na walkę na jej powierzchni. Co to, to nie. Wiedziała, że wybierze znacznie bardziej krwawą i podstępną strategię, atakując wrogów w ciasnych korytarzach łączących stację ze śluzami powietrznymi. Każe im słono płacić za każdy metr drogi, który pokonają.
Wiedziała też coś jeszcze: że jej szkolenie dobiegło końca. Gdyby było inaczej, Boba Fett nie ryzykowałby jej życia – życia narzędzia zemsty na mordercy jego córki – w bitwie, której nie mogła wygrać. Jak tylko znajdą hangar ze zdatnym do lotu myśliwcem, da jej wolną rękę i wyśle na poszukiwania brata bliźniaka.
 
Istniało tylko jedno ale: Jaina wcale nie była pewna, czy jest na to gotowa. Mogła spokojnie stawić czoło dowolnej trójce keldabańskich mężczyzn i jako jedyna wyjść cało ze starcia. Umiałaby trafić bez problemu w dowolny punkt na zbroi Fetta barwiącą kulką z pistoletu treningowego i bez trudu prześcignąć najlepszych pilotów z Mandalory – zresztą dowolnym pojazdem – a także zestrzelić całą eskadrę w symulacjach z udziałem elitarnych jednostek…
A jednak żadna z tych umiejętności nie oznaczała, że jest gotowa do walki z Lordem Sithów, do konfrontacji, której nie zdoła uniknąć. A skoro Marę tak bardzo zaniepokoiła zmiana, jaka zaszła w jej bracie, że aż próbowała go zabić, do Jainy należało zakończenie zadania. Jacena – czy też Dartha Caedusa, jak teraz kazał się nazywać – należało powstrzymać. Choćby po to, żeby uczcić pamięć Mary, dla dobra Bena i Luke’a, dla jej rodziców, Tenel Ka, Allany; z powodu Kashyyyka, Fondora i dla reszty galaktyki.
Jednak… czy na pewno była na to gotowa?
 
Kiedy uszli jeszcze kawałek, chmura ostrzegawczych feromonów stała się tak gęsta, że Jainę zaczęły piec oczy, a Moc zawrzała od podniecenia i wzburzenia tysięcy insektoidów. Truteń na przedzie wydał z siebie stłumiony skrzek i ich oczom ukazała się skłębiona masa ciał Verpinów. Całe roje silnonogich istot o najeżonych kolcami carahidowych pancerzach i szczękach rozmiarów ostrzy ryyk tłoczyły się, wyłażąc z kilkunastu różnych odnóg korytarza. Aby dostać się do przedziału centrali transportu, wspinały się na siebie nawzajem albo rozpychały tłum kolbami karabinów rozpryskowych.
Eskortujący Jainę i Fetta osobnik naparł na rozgorączkowaną ciżbę i natychmiast ciśnięto go najpierw w jedną, a potem w przeciwną stronę. Wkrótce przestali prawie odróżniać przewodnika od reszty otaczających go Verpinów; nawet Jaina miała z tym problem, chociaż swego czasu należała do Dwumyślnych i rozróżniała przedstawicieli insektoidalnej rasy dużo łatwiej niż przeciętny śmiertelnik. W desperackim odruchu rzuciła się naprzód i chwyciła się pasa z amunicją ich przewodnika. Użyła Mocy, żeby odsunąć na bok każdego wojownika, który próbował się wedrzeć między nich.
Kiedy przez piętnaście sekund nie udało im się posunąć ani o krok do przodu, Fett przepchnął się do prowadzącego ich Verpina.
– W tym tempie imperialni wedrą się do środka, zanim zdołam wydać moim ludziom rozkazy! – warknął. – Czy nie ma innej drogi do centrum dowodzenia?
Przewodnik przechylił na bok swój owadzi pysk, zastanowił się nad czymś chwilę i zamrugał wyłupiastymi oczami.
– Może zdołamy przebić się na powierzchni… – zaczął.
– Nic z tego – wszedł mu w słowo Fett.
Jaina doskonale znała powód jego sprzeciwu. Próba pokonania w łaziku pięćdziesięciu kilometrów, podczas gdy flota inwazyjna bombardowała Nikila Jeden, a promy szturmowe szykowały się do zejścia na powierzchnię, byłaby czystym szaleństwem – a Fett nigdy nie grał w ciemno, szczególnie kiedy w grę wchodziło jego życie.
– Masz zezwolenie od samej Wielkiej Koordynatorki – warknął. – Każ im zrobić przejście.
– Już kazałem – odparł ich przewodnik. Jego głos brzmiał zadziwiająco słabo i piskliwie jak na istotę prawie dorównującą wzrostem dorosłemu Wookiemu, głównie dlatego, że insekty bardzo rzadko używały aparatu mowy. Verpinowie porozumiewali się zazwyczaj za pośrednictwem wytwarzanych przez ich ciała fal radiowych; korzystały ze sposobu dźwiękowego tylko podczas rozmowy z przedstawicielami innych ras. – Ale wróg wysłał pierwszy rój promów szturmowych, a tysiąc dowodzących walką i kilku koordynatorów bitewnych także domaga się pierwszeństwa. Wszyscy dostaliśmy pozwolenie na opuszczenie labiryntu od Jej Matczyności.
– Myślałem, że wasz gatunek jest lepiej zorganizowany – burknął Fett, wskazując po przeciwnej stronie auli jakiś pojazd, który Jaina ledwie widziała przez tłum kłębiących się wokół insektów. – Czy to nasz transport?
– Tak. Żółty Ekspresowy Piętnastomiejscowiec Zjazdowy – przytaknął przewodnik. – Ale kończą się kapsuły pasażerskie, więc możliwe, że będziemy musieli zmienić…
– …że musimy dotrzeć do niego pierwsi – poprawił go Fett. Rozłożył szeroko ramiona i zaczął się przeciskać przez tłum, ale Jaina była na to przygotowana i od razu sięgnęła po Moc, żeby go zatrzymać.
– Panie przodem – prychnęła i zręcznie prześliznęła się obok. – Teraz, kiedy jesteś szychą, mógłbyś się nauczyć dobrych manier…
Ostrożnie manewrując, zaczęła oczyszczać sobie drogę. Zatrzymywała tarasujących im drogę Verpinów i odsuwała zaskoczone insektoidy na boki. Fett mruknął coś pod nosem, ale posłusznie ruszył za nią. Pochód zamykał ich przewodnik – Osos Niskooen – co chwila wyciągający szyję, żeby zobaczyć coś ponad ich ramionami.
Jeszcze kilka porządnych kuksańców i wynurzyli się z roju obok żółtej platformy transportowej i zatrzymali przed dwumetrowym tunelem zjazdu dla pasażerów. W dole Jaina widziała drgające wokół repulsorowej szyny przejrzyste fale energii, niosące ze sobą tumany kurzu, odłamki skał i masę rozmaitego śmiecia; pozwalały na osiągnięcie prędkości góra dwieście kilometrów na godzinę.
Depczący im po piętach Verpin parł wciąż naprzód, kiedy z sąsiedniego tunelu wystrzeliła podłużna, durastalowa kapsuła, zatrzymując się tuż obok terminalu. Jaina z całych sił próbowała powstrzymać pchający się na nią tłum. Na całej długości kapsuły część górnej powłoki podniosła się, odsłaniając wnętrze. Zanim gromada verpińskich żołnierzy rzuciła się do środka, Jaina zdążyła zauważyć dwa rzędy skierowanych ku sobie siedzeń pod ścianami.
– Chodź, Jedi! – Fett chwycił ją za rękę i bez ceregieli zaczął się przedzierać przez zbitą masę carahidowych pancerzy; rozpychał się łokciami i brutalnie roztrącał ciżbę walczących o miejsca pasażerów. Jaina użyła Mocy, żeby jakoś utrzymać wokół nich nieco miejsca, dopóki gdzieś z góry nie doleciał niski syk, po którym drzwi się zamknęły. Chwilę później kapsuła wystrzeliła z rękawa. Pęd cisnął wszystkich do tyłu, a kiedy pojazd osiągnął pełną prędkość, Verpinowie zaczęli, jeden przez drugiego, nieporadnie się podnosić na nogi. Chociaż w wagoniku panował nieopisany ścisk, wyglądało na to, że każdy znalazł sobie miejsce siedzące. Jaina i Fett siedzieli naprzeciwko żołnierza, który ich tu doprowadził.
– Niskooen? – zagadnęła go, niepewna, czy to faktycznie on.
– Tak jest – potwierdził. – Wy, ludzie, macie taki sam problem z rozróżnieniem naszych zapachów, jak my waszych.
– Ona ma wprawę. – Fett kiwnął w stronę Jainy głową, nie spuszczając wizjera z Niskooena. – Jak sytuacja na górze?
Ich verpiński przewodnik na chwilę zamilkł. Najwyraźniej konsultował się z towarzyszem.
– Baterie na powierzchni nie próżnują, ale wylądowały już pierwsze promy szturmowe wroga. Białe skorupy zaraz wezmą się do roboty.
– Tyle to i ja wiem – parsknął Fett. – Pytam, gdzie są? W pobliżu której śluzy?
– Żadnej – odparł Niskooen po przerwie. – Pierwsze szeregi kierują się na Wysoką Skalistą Równinę Dwadzieścia Kilometrów na Lewo.
Fett zwrócił wizjer w stronę Jainy.
– Następnym razem, kiedy będę robił inspekcję bazy, przypomnij mi, żebym wziął ze sobą własnego oficera łączności, żeby nie dać się zaskoczyć.
– Jasne, a ty na pewno posłuchasz Jedi – odgryzła się Jaina i odwróciła do Niskooena. – Czy to nie ta platforma lądownicza w pobliżu kanałów wylotowych zakładu spawalniczego? Dwadzieścia kilometrów w dół, po lewej stronie asteroidy?
– Dokładnie tak – potwierdził Niskooen. – Zakładamy, że w ten sposób dostaną się do wnętrza roju.
– Nie dostaną się. – Głos Fetta wibrował zawziętością, niczym powietrze od verpińskich feromonów.
Antenki Niskooena wyprężyły się gwałtownie i zesztywniały.
– Sądzisz, że mają nadzieje dokonać sabotażu w naszym głównym źródle zasilania?
– Nie nazwałbym tego nadzieją – warknął Fett i zaczął coś mamrotać do mikrofonu w hełmie; najwyraźniej próbował skontaktować się bezpośrednio ze swoimi komandosami, stacjonującymi na Niklu Jeden jako symbol wkładu Mandalory w zawarty z Verpinami traktat. Minutę później się poddał. – Czy możesz wysłać Moburiemu wiadomość? – spytał przewodnika.
– Mogę dotrzeć do komandosów Moburiego poprzez moich współplemieńców – wyjaśnił Niskooen. – Za nami są następne pojazdy.
– Powiedz Moburiemu, że dopóki tam nie dotrę, przekazuję mu dowództwo – dodał Fett. – I że to może trochę potrwać. Wkrótce pewnie siądzie zasilanie.
Jego słowa wzbudziły wśród pasażerów szmer niepokoju, ale żaden z Verpinów nie zaprotestował – głównie dlatego, że w kwestii zabijania i walki Fett nie miał sobie równych. Poza tym insekty z kasty wojowników były zbyt zdyscyplinowane, żeby podważać słowa osobnika wyższego rangą – nawet jeżeli pochodził z innego roju. Zresztą i tak pewnie wiedzieli, że Fett ma rację. Zniszczenie zakładu zasilania sparaliżuje cały system transportu na Nikla Jeden, a ograniczenie mobilności wroga zawsze działało na korzyć przeciwnika.
Fett spojrzał na Jainę zza nieprzeniknionego wizjera.
– Co podpowiada ci twój instynkt Jedi?
– Że ktoś chce położyć łapę na przemyśle zbrojeniowym Verpinów – westchnęła. – Ale żeby się tego domyślić, nie trzeba być Jedi. Verpińskie zakłady produkcyjne są praktycznie niezależne, co czyni je doskonałym celem. Do tego od początku wojny Verpinowie zaopatrują wszystkie strony konfliktu, co sprawia, że są wrogiem każdej, a przez brak bezpośredniego zaangażowania w wojnę, a więc i sojuszników, stają się praktycznie bezbronni.
– My jesteśmy ich sojusznikami. – Głos Fetta brzmiał surowo, ale Jaina czuła poprzez Moc, że Mandalorianin nie jest wcale rozdrażniony; wiedział równie dobrze jak ona, o jaką stawkę toczy się gra. – Chodzi o to, kto za tym wszystkim stoi? Moffowie, których jeszcze nie zabiłem? A może wysłał ich twój braciszek?
Jaina przez chwilę się zastanawiała, a wreszcie wzruszyła ramionami.
– Chyba jest za wcześnie, żeby Jacen zdołał podporządkować sobie moffów, ale… cóż, wiem też, że czasem potrafi zaskoczyć.
Fett nie spuszczał z niej ukrytych za ciemną szparą wizjera oczu.
– Mam nadzieję, że ciebie nie. Już nie.
– Będę najwyżej zaskoczona, jeżeli nas niczym nie zaskoczy – odparła. – Ale ja też mam dla niego kilka niespodzianek.
– To dobrze. – Odwrócił wzrok. Jaina wiedziała, że bije się z myślami. W końcu podjął postanowienie. – Słuchaj, Solo – odezwał się. – To nie jest twoja wojna. Jak tylko wrócimy do bunkra dowodzenia, bierzesz Bessie i spadasz stąd, zrozumiano?
– Niby dokąd? – spytała Jaina, udając zaskoczenie. – Na Mandalorę? Po Beviina?
Fett odwrócił się do niej.
– Beviin wie… a już na pewno będzie wiedział, zanim tam dotrzesz.
– To znaczy… masz na myśli… – bąknęła, starając się brzmieć wiarygodnie. Doskonale wiedziała, że są sytuacje, w których lepiej trzymać język za zębami i nie dać nic po sobie poznać… szczególnie kiedy twój sojusznik w każdej chwili może się stać twoim wrogiem. Zamilkła na długą chwilę. – Czy jestem gotowa? – spytała w końcu.
– Mnie pytasz?
– Zabiłeś więcej Jedi niż ja.
Minęło trochę czasu, zanim odpowiedział:
– Na pewno nie tylu, ilu twój brat. Ani tak potężnych. – Przeniósł spojrzenie na Niskooena. – Co u białych skorup?
– Przedostały się przez nasze szeregi osłaniające wyloty szybów i… – Verpin urwał, bo wnętrze kapsuły pogrążyło się w ciemności. Upadł nagle na ziemię; jego ciało przeleciało kilka metrów po 
podłodze wagonika przy akompaniamencie szczęku i klekotu. W tej samej chwili Jaina poczuła, że jakaś ogromna siła wyrywa ją z siedzenia, więc sięgnęła po Moc, żeby ustabilizować swoją pozycję. Pożałowała tego natychmiast, gdy ze wszystkich stron zaczęły ją bombardować kolczaste pancerze współpasażerów.
 
Jakieś trzy metry od niej mrok rozświetliła latarka zamocowana w rękawie Fetta. Światełko zamrugało, a potem zatańczyło obłąkańczo, kiedy Mandalorianin runął naprzód wraz z rojem Verpinów. Jaina podciągnęła kolana pod brodę, zwinęła się w kłębek… i poczuła tępy ból, kiedy coś z impetem wgniotło durastalową ścianę wagonika. Z przodu dobiegł ogłuszający zgrzyt i wkrótce do środka wdarło się wilgotne powietrze. Gdzieś wysoko, z tyłu, coś szczęknęło metalicznie…
 
Hałas ustał tak samo niespodziewanie, jak się zaczął, a Moc przeszyły fale dojmującego bólu. Jaina odpięła od pasa pręt jarzeniowy i oświetliła przednią część przedziału pasażerskiego. Kilka metrów dalej dostrzegła latarkę Fetta; światło ślizgało się po kanciastych kończynach insektów i pogruchotanych odwłokach. Z przodu kapsuły, w miejscu, gdzie rozdarła się podłoga na dziobie wagonu, ziała ogromna dziura, a powietrze przesycał intensywny zapach owadziej krwi.
– Fett? – Jaina przedzierała się przez kłębowisko odwłoków i odnóży, dopóki nie utknęła w zbitej masie ciał. – Nic ci nie jest?
Światełko pod stosem poplątanych owadzich kończyn było niepokojąco nieruchome. – Fett? – powtórzyła, ale odpowiedź nie nadeszła, więc zaczęła mozolnie przepychać się przez stertę pokiereszowanych insektów, ignorując pełne bólu piski i odpychając kłapiące szaleńczo szczęki. – Bob’ika? – zawołała w akcie desperacji. Pierwszy raz odważyła się użyć tego pieszczotliwego zdrobnienia. Nie słyszała nigdy, żeby używał go ktokolwiek inny poza Goranem Beviinem.
Światło nagle ją oślepiło, skierowane prosto w oczy.
– Myślałaś, że nie żyję – rozległ się zachrypnięty głos – więc ci wybaczę… ten jeden, jedyny raz.
– Przepraszam. – Jaina parsknęła śmiechem, ale zaraz ogarnęło ją poczucie winy. Otaczający ją ranni wojownicy byli insektami, ale czuli ból tak samo jak wszystkie żywe istoty. Jako była Dwumyślna Jaina rozumiała to lepiej niż ktokolwiek inny. – Chciałam się tylko upewnić…
– Ruchy, ruchy! – Snop światła z latarki Fetta oświetlił dziób kapsuły i przesunął się na wyrwę w ścianie. W jego przytłumionym blasku Jaina zobaczyła, że kombinezon Mandalorianina pod zbroją jest w wielu miejscach poprzecinany. W okolicach obojczyka zwisał smętnie spory płat ochronnej tkaniny. – Musimy się stąd wydostać.
– Jasne. – Jaina wiedziała, że nie ma co wspominać o udzieleniu pomocy rannym. Współczucie oznaczało słabość, a okazywanie słabości w towarzystwie Boby Fetta nie było zbyt dobrym pomysłem… szczególnie słabości jetiise. – Spotkamy się na zewnątrz – powiedziała tylko i wygramoliła się ze sterty owadzich szczątków, po czym zapaliła miecz i zaczęła przecinać ścianę wagonika. Kiedy w końcu wydostała się na zewnątrz, Fett już tam był – kilka metrów dalej gromadził zdolnych do walki Verpinów.
Stało przed nim dziesięciu wojowników – mniej więcej jedna piąta tych, którzy wsiedli na pokład kapsuły. Reszta została w środku, martwa albo ranna; niektóre ciała leżały porozrzucane wokół, na podłodze tunelu. Między nimi krzątała się dwójka pozostałych przy życiu wojowników – sprawnych, ale rannych na tyle poważnie, że nie mogli wyruszyć razem z resztą grupy Fetta.
– Niskooen? – rzuciła Jaina z nadzieją.
Boba Fett omiótł spojrzeniem otaczających go żołnierzy.
– Czy któryś z was to Niskooen?
– Niskooen ma zmiażdżoną klatkę piersiową – odpowiedział jeden z Verpinów. – Nie ma go już.
Fett mruknął coś w odpowiedzi i odwrócił się do tego, który się odezwał.
– Jak ci na imię, żołnierzu?
– Ss’ess – wyjaśnił Verpin. – Głównodowodzący Ss’ess.
– Cóż, głównodowodzący Ss’essie, jesteś teraz w naszej grupie. – Fett machnął ręką w stronę reszty insektów. – Wy też. Czy to jasne?
Ss’ess zaszczękał w odpowiedzi żuwaczką.
– Świetnie. – Fett odwrócił się na pięcie i ruszył tunelem, nie zawracając sobie głowy omijaniem szyny repulsorowej. Było oczywiste, że teraz nikomu już nie zagrozi. – Jak daleko stąd do bunkra dowodzenia?
– Niedaleko – odparł Ss’ess. – Ledwie dziesięć kilometrów.
– Dziesięć klików? Wspaniale. – Fett przeszedł w lekki trucht. Jaina zauważyła, że próbuje ukryć swoje utykanie. – Zastanawiałem się właśnie, co z moją dzisiejszą porcją ćwiczeń.
– Czy mam złożyć sprawozdanie z sytuacji? – spytał Ss’ess, doganiając go w paru susach.
– Wiemy, jaka jest sytuacja – mruknęła Jaina, ruszając w ślad za nim. Szyna repulsorowa była zbyt wąska, żeby pomieścić więcej niż jedną osobę naraz, a ściany tunelu opadały ostro, więc była zmuszona truchtać za Ss’essem. – Imperialni wysadzili zakład zasilania. Wszędzie lądują statki wroga. To pech, że wasza sztuczna grawitacja ma własne źródło zasilania; czeka nas długi spacer, zanim dotrzemy do miejsca, gdzie zacznie się walka.
Ss’ess obejrzał się na nią, a jego czułki podniosły się w wyrazie niemego osłupienia.
– Moc ci to pokazała?
– Ta-a, Jedi widzą takie rzeczy – burknął Fett. – I właśnie dlatego są tak cholernie wkurzający. Daj mi znać, kiedy białe skorupy zaczną wysadzać śluzy. – Zamilkł i podjął szybki marsz. Nie zdjął hełmu – nie chciał, żeby ktokolwiek widział, ile wysiłku kosztuje go zachowanie tempa. Jaina pomyślała, że pewnie teraz żałuje, że zostawił swój plecak odrzutowy na statku. Uśmiechnęła się pod nosem. Może i był jej mentorem, ale to fakt, że swego czasu dostarczył jej zamrożonego w karbonicie ojca Huttowi Jabbie, więc nie zaszkodzi, jeśli się teraz odrobinę pomęczy. Poza tym podejrzewała, że skoro to jej brat torturował i zabił jego córkę, Fett ma wobec niej podobne odczucia.
Biegli już jakąś godzinę, kiedy natrafili na rozwidlenie tunelu: jedna odnoga biegła górą, druga dołem. Fett zatrzymał się i udając, że musi się namyślić, spróbował złapać oddech. Minęła chwila, zanim odwrócił się i zaświecił Ss’essowi latarką w twarz.
– Którędy? – spytał krótko.
– Wszystko jedno. Jeżeli pójdziemy górą, miniemy Szczytową Śluzę Powietrzną na Trzydziestym Kilometrze Długiego Krateru Pylistego Jeziora. – Ss’ess pochylił się nieznacznie i machnął w stronę korytarza schodzącego w dół, raczej żeby uniknąć oślepiającego blasku latarki Fetta, niż wskazać im kierunek. – A ta droga prowadzi przez Hangar Dla Gości Numer Dwa, gdzie stoją wasze Bes’uliike…
Przerwał mu rumor walącej się skały, dobiegający z wyższego szybu. Wszyscy Verpinowie podskoczyli nerwowo i wyciągnęli długie szyje w stronę źródła hałasu, ale Fett nie przejął się zbytnio – zajrzał tylko do środka. Jaina wiedziała, że sprawdza w tej chwili odczyty wbudowanych w hełm czujników. Sama sięgnęła po Moc, próbując się zorientować, kto i w jakiej sile wdarł się do korytarza, jednak nie wyczuła nic poza odległym echem niebezpieczeństwa – nikłym i zamglonym.
– Ss’ess? – zagadnął verpińskego żołnierza Fett, nie spuszczając wzroku z wlotu tunelu. – Czy nie dałem ci wyraźnie do zrozumienia, że masz mnie poinformować, kiedy szturmowcy dobiorą się do śluz?
– Zrobię to niezwłocznie – pospieszył z odpowiedzią Ss’ess – jak tylko zaczną je wysadzać.
Fett odwrócił się w jego stronę.
– Chcesz powiedzieć, że jeszcze nie zaczęli? – spytał. – Nie wysadzili ani jednej?
– Żadnej – potwierdził Verpin. – Mówiłeś, żeby powiedzieć, kiedy białe skorupy zaczną. Jedna śluza oznaczałaby, że zaczęli. Powiedziałbym ci o tym.
Jaina poczuła, jak w Fetcie wzbiera nagłe rozdrażnienie.
– Di’kut! – wycedził jedno z nielicznych mandaloriańskich słów, których nie musiała mu podpowiadać Mirta. – Chcę, żebyś razem ze swoimi koleżkami robalami przekazał Moburiemu wiadomość, zanim zdechniecie.
– Zdechniemy? – W głosie Ss’essa było raczej zdziwienie niż strach. – Skąd wiesz?
– Czy powiedziałem coś, co każe ci przypuszczać, że to pora na wyjaśnienia? – warknął Fett. – Skup no się, panie Ss’ess. Nie masz na to za dużo czasu.
Jaina doskonale rozumiała, o co mu chodzi. Jeżeli szturmowcy nie zaczęli jeszcze wysadzać śluz, to znaczy, że zamierzają zamknąć system wentylacyjny asteroidy – a to mogło oznaczać tylko jedno…
– Gaz!
– Nie udawaj takiej zaskoczonej, Jedi. Nie do twarzy ci z tym. – Boba Fett wyciągnął z sakwy u pasa maskę oddechową i odwrócił się do Ss’essa. – Powiedz Moburiemu, żeby wracał do Hangaru Dla Gości Numer Dwa z każdym, kto może się poruszać.
– Łamiesz naszą umowę? – Ss’ess prawie się zachłysnął. – Bobo Fetcie…
– Nie. – Mandalorianin uniósł hełm tylko na tyle, żeby móc założyć maskę. – Mamy mało czasu, Ss’ess.
– W hangarze są filtry powietrza i ochronne kombinezony – wyjaśniła Jaina; antenki Verpina, przyklejone w geście zakłopotania do policzków, ani drgnęły. – Chce utrzymać swoich ludzi przy życiu, żeby mogli odeprzeć atak.
– Twoi ziomkowie też mogliby mi pomóc – dodał Fett. – To pech, ale wasze szanse na przeżycie są mniejsze niż szanse przetrwania fotonu w czarnej dziurze. Zdołasz przekazać tę wiadomość, zanim zginiesz?
– Tak. – Czułki Ss’essa podniosły się z policzków. – Dziękuję ci za szczerość – powiedział.
Z tunelu, w którym wcześniej rozległ się hałas, dobiegł słaby 
syk.
Fett zerknął w stronę źródła dźwięku, a kiedy się odwrócił, wskazał Jainie jej pas z ekwipunkiem.
– Widzę, że nauka poszła w las – powiedział. – Nie masz maski tlenowej?
– Jasne, że mam. – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Po prostu jej nie potrzebuję.
Fett przechylił głowę na ramię.
– Chciałbym to zobaczyć.
– Nie ma sprawy.
 
Jaina wolałaby co prawda uniknąć zdradzania tej umiejętności któremukolwiek z Mandalorian – a już szczególnie Bobie Fettowi – gdyby jednak tak postąpiła, skazałaby Verpinów na pewną śmierć. Wiedziała, co zrobiłby w takiej sytuacji Mandalorianin z krwi i kości, ale ona wciąż była Jedi – i nie zamierzała się tego dziedzictwa wyrzekać.
 
Syk stawał się coraz głośniejszy, więc Jaina uniosła swój pręt jarzeniowy do tunelu i zobaczyła lśniącą chmurę oparów, dryfującą… nie, raczej pełznącą korytarzem. Podniosła dłoń i sięgnęła po Moc, usiłując odepchnąć wilgotne powietrze, wcisnąć je z powrotem w głąb szybu. Dźwięk przeszedł w wysokie buczenie, a chmura zatrzymała się i zalśniła mocniej.
 
Żołądek Jainy wywinął nieprzyjemnego koziołka. Co to ma znaczyć…? Zmarszczyła brwi. Czuła, że Fett świdruje ją wzrokiem, więc szybko przywołała się do porządku – za późno jednak, żeby go oszukać. Cóż, przynajmniej wiedziała, że jeśli oberwie się jej za okazanie zaskoczenia, to bura nie będzie zbyt surowa. Naparła bardziej, czerpiąc większą siłę z Mocy i odpychając mocniej lśniący obłok. Buczenie zmieniło barwę – dźwięk był teraz niski, głęboki, a w samym środku chmury coś zamigotało perłowo.
– Nigdy nie widziałem niczego podobnego – dobiegł stłumiony głos Fetta; nawet maska oddechowa nie zdołała zatuszować lekkiego rozbawienia. – Co się z tym dzieje?
 
Jaina powstrzymała się od zgryźliwej riposty i natarła na tuman jeszcze mocniej, wpychając do tunelu tyle atmosfery z korytarza, w którym stali, że jej szaty zafalowały, szarpnięte nagłym pędem powietrza. Brzęczenie przeszło znowu w pisk, a potem gwałtownie ustało, kiedy chmura rozwiała się z oślepiającym błyskiem.
Minęła dobra chwila, zanim zdołali się otrząsnąć i zaczęli znowu widzieć normalnie, ale wraz ze wzrokiem wrócił syk – słabszy niż wcześniej, zarazem jednak dziwnie natarczywy. Jaina poświeciła w głąb tunelu prętem jarzeniowym i zauważyła, że eksplozja rozbryzgała lśniącą chmurę po podłodze i ścianach – o dziwo, sufit był czysty – tworząc na nich coś w rodzaju srebrzystej powłoki… A ta powłoka pełzła w ich stronę. Zbliżała się szybko, tworząc dziesiątki błyszczących strzałek, a każda była wycelowana w jednego z członków prowizorycznej grupy bojowej Fetta.
Mandalorianin wyszarpnął spod hełmu maskę.
– Sprytne – uznał. Zdjął z pleców blaster T-21, pożyczony ze zbrojowni na Niklu Jeden (zostawił swój EE-3 na statku, przekonany, że nie będzie go potrzebował podczas rutynowej inspekcji) i zwolnił blokadę. – Wygląda na to, że właśnie nieźle to draństwo wkurzyłaś. – Otworzył ogień, a Verpinowie poszli w jego ślady, rażąc niezwykłe zjawisko strumieniami plazmy z karabinów rozpryskowych. Kulki magnetyczne nie były wcale bardziej skuteczne niż plazma z blastera – trochę tylko tępiły groty strzał, które natychmiast przekształcały się w zębate kliny albo po prostu zbiorowisko nieforemnych kleksów i parły dalej naprzód.
Jaina nie miała pojęcia, co to takiego, ale wiedziała jedno: cokolwiek to było, zbliżało się stanowczo za szybko, żeby marnować czas na zastanawianie się. Nie przyszedł jej do głowy żaden pomysł wykorzystania Mocy, skuteczniejszy od ostrzału z broni, więc sięgnęła po swój miecz i przykucnęła. Zasłaniała się ostrzem, usiłując odbić lecące w jej stronę pociski.
 
Lśniąca mgiełka rozdzieliła się i otoczyła ją, podpełzając coraz bliżej. Wtedy Jedi wyskoczyła ponad głową Fetta we wspomaganym Mocą salcie, by wylądować w tunelu prowadzącym do wspomnianego przez Ss’essa hangaru. Buty i pancerz Fetta pokrywał srebrzysty osad. Jaina zobaczyła, że mgiełka wsącza się pod jego kombinezon przez rozdarcie w okolicy kostki. Verpinów ogarnęła nagła panika – rzucili się do ucieczki w głąb tunelu, ale srebrna chmura ruszyła za nimi. Było oczywiste, że nie zdołają przed nią umknąć.
Solo machnęła ręką w stronę nogi Mandalorianina.
– Boba, to coś…
– Na ciebie też wlazło – wszedł jej w słowo, wskazując dłoń, w której trzymała miecz. – Twoja ręka…
Jaina spojrzała w dół; lśniąca substancja pokrywała już jej nadgarstek i rękaw. Dezaktywowała broń i spróbowała strząsnąć ulotną materię, ale równie dobrze mogłaby się starać pozbyć tatuażu.
– Fierfek! – zaklęła, czując narastający gniew. Nie zmarnowała pięciu ostatnich standardowych tygodni na zarabianiu siniaków tylko po to, żeby zginąć marnie w tym parszywym tunelu! Musiała przetrwać, choćby po to, żeby dorwać własnego brata… – Masz jakiś pomysł, co to może być?!
– A co za różnica? – Fett nie wydawał się specjalnie poruszony. – Prawdopodobnie i tak nas wykończy. Chyba zaczyna mi przepalać skórę…
– A więc to kwas! – Jaina wydobyła z sakwy u pasa pojemnik z neutralizatorem. Zanim zdjęła nakrętkę, poczuła, że pali ją ręka, ale nie było to pieczenie spowodowane działaniem żrącej substancji. Obejrzała się na Fetta, trzymając w dłoni zieloną dyszę iniektora. – Mówiłeś, że to pali! – zawołała z pretensją w głosie.
– Hm, może powinienem był użyć słowa „piecze”? – Mandalorianin nie spuszczał wzroku ze swojej stopy. – Co za różnica? – powtórzył.
Jaina zaczęła wyjaśniać mu tę różnicę. Od tego zależało, czy użyje neutralizatora, czy antytoksyny, a poza tym nie zawsze można zastosować stymoiniekcję. Nagle dotarło do niej, że uwaga Fetta dotyczyła czegoś zupełnie innego. Srebrna mgiełka pokrywająca jego nogawkę i but rozpraszała się i znikała, tak samo jak – zauważyła po chwili Jaina – pieczenie na jej nadgarstku. Wkrótce srebrzyste plamy zmieniły się w drobniutki pył, pokrywający cienką warstewką jej skórę – lekko zaczerwienioną, ale nienaruszoną. Sięgnęła po Moc, żeby wybadać, czy dziwna substancja nie wyrządziła żadnych szkód głębiej, ale nie wyczuła nic poza lekkim oparzeniem.
Niestety, wyglądało na to, że z Verpinami srebrzysta mgła nie obeszła się tak łaskawie: opadła na nich lśniącym całunem, zanim jeszcze uszli kilka metrów w głąb tunelu. Wszędzie rozlegał się niepokojący szczęk odnóży i słabe piski umierających istot.
Jaina zerknęła na Fetta.
– Jak się czujesz? – spytała.
Mandalorianin poświecił latarką w głąb korytarza, oświetlając ciała Ss’essa i reszty Verpinów, porozrzucane po podłodze i pokryte szarą warstewką pyłu. Niektórych skręcały jeszcze przedśmiertne drgawki, ale paru leżało już całkiem bez ruchu, brocząc ciemną posoką z oczu i tchawek piersiowych.
– Jak farciarz – mruknął Fett. – Nawet mnie się to zdarza. – Odwrócił wzrok od Ss’essa i reszty insektoidalnych istot, wyminął ciała i pobiegł w głąb korytarza. Jaina nie ruszyła za nim. Wyciągnęła z sakwy u pasa pakiet medyczny i kucnęła przy Ss’essie, po czym zaczęła ostrożnie sondować go Mocą, obserwując sygnały wysyłane przez jego mózg i zapisując je w pamięci. Minęła chwila, zanim Fett zatrzymał się i obejrzał przez ramię. – Chyba nie próbujesz go ocalić? – powiedział lodowatym tonem. – Miałem nadzieję, że nauczyliśmy cię więcej niż…
– Próbuję się tylko dowiedzieć, czy twoja wiadomość dotarła do Moburiego. – Ledwie zdążyła to powiedzieć, poczuła promieniujące od Ss’essa i stłumione przez ból poczucie winy i porażki. – Nie dotarła… – westchnęła.
Fett wzruszył ramionami.
– Będzie czekał.
– Skoro tak mówisz… – Jaina nie starała się ukryć sceptycyzmu. Mandalorianie napotkają dość trudności w dotarciu do hangaru przed Imperialnymi, a Verpinowie nie mieli rozkazów, według których powinni stawiać opór za wszelką cenę. – Mimo wszystko, nie liczyłabym na to. – Pobrała ze skóry Ss’essa próbkę pyłu i krwi, zaszczepiła w jego mózgu sygnał nieprzepartej senności, klepnęła go lekko w ramię i wstała.
– Mogę ci powiedzieć, co to było za świństwo – stwierdził Fett, czekając, aż schowa wacik z pobranym materiałem do próbówki. – Nanowirus.
– Kilka testów nie zaszkodzi – zauważyła, dołączając do niego. – Lepiej się upewnić.
– Jestem pewien – powiedział z naciskiem i znów zaczął biec. – To bardzo w stylu Imperium. Jak znam życie, ściągnęli pomysł z tego paskudztwa, które twój ojciec znalazł na Wotebie w czasach, kiedy całowałaś się z robalami.
– To nie były robale – zaprotestowała Jaina, powstrzymując się przed walnięciem go Mocą w bańkę hełmu. – Killikowie to…
– A więc naprawdę się z nimi całowałaś? – nie dał jej dokończyć. – Zawsze myślałem, że to tylko taka…
Tym razem Jaina nie zdołała się powstrzymać – pchnęła go Mocą na ścianę, a potem cisnęła w głąb tunelu.
– Nie kłap tyle jadaczką, dziadku – warknęła. – Jeszcze dostaniesz zadyszki, a musisz wypełnić umowę.
Fett parsknął krótkim śmiechem i podjął bieg.
– Gniew to słabość, Jedi – przypomniał jej. – I lepiej, żebyś dotrzymała mi kroku. Przed nami jeszcze jakieś pięć kilometrów.
 
Przez następne pół godziny minęli co najmniej dwustu martwych Verpinów. Niektórzy spoczywali w pobliżu rozbitych kapsuł, pokiereszowani, ale zwinięci do pozycji embrionalnej przez towarzyszy, którzy ich znaleźli, większość leżała jednak tam, gdzie upadła, z powykręcanymi w bolesnej agonii kończynami, przyprószona tym samym szarym proszkiem, który pokrył Ss’essa i innych Verpinów po ataku szarej mgły.
A jednak kilka ciał – najwyraźniej mechanicy albo przedstawiciele kasty robotników – wyglądało na ofiary bardziej typowych obrażeń: głównie postrzałów z blasterów i wybuchów granatów. Na żadnym z nich nie było śladu srebrnego pyłu, który pokrywał martwych żołnierzy, ale Jaina nie zamierzała zwracać na to uwagi Fetta. Na pewno sam już to zauważył i wyciągnął odpowiednie wnioski.
 
Jeżeli imperialni naukowcy opracowali broń zdolną zabijać wyłącznie verpińskich żołnierzy, na pewno planowali uruchomić ponownie produkcję amunicji. W ciągu kilku dni przemysł zbrojeniowy systemu Roche’a zacznie zaopatrywać Szczątki Imperium – a więc i Jacena – w najlepszą broń w galaktyce.
Jaina próbowała uświadomić sobie konsekwencje takiego obrotu spraw, kiedy powierzchnia Mocy zmąciła się lekko pod wpływem impulsów strachu i bitewnej gorączki, dochodzących od kogoś w pobliżu. Czuła, że to ludzie; aura paru z nich wydawała się jej dziwnie znajoma… Pewnie to Mandalorianie Fetta, najwyraźniej bez reszty pochłonięci walką, uznała. Lekkim pchnięciem Mocy zatrzymała swojego towarzysza i za pomocą gestów poinformowała go o tym, co wyczuła.
 
Mandalorianin kiwnął głową i zajął się szykowaniem swojego miniarsenału, a kiedy skończył, oboje zgasili latarki i zaczęli się skradać pod przeciwległymi ścianami tunelu. Fett posługiwał się czujnikami podczerwieni w hełmie, Jaina zdała się na Moc. Nie uszli daleko, kiedy poczuli zapach bitwy. Nie był to jednak typowy swąd przysmażonego strzałami z blastera ciała i wyprutych flaków, tylko charakterystyczny odór rozdzieranego poszycia, zupełnie jakby ekipa remontowa dobrała się do statku, który przetrwał porządny ostrzał z turbolasera: gryzący smród zapieczonych w metalu ciał i spopielonych ludzkich szczątków.
 
W ciągu dwóch minut zdołali pokonać jakieś dwadzieścia metrów i wkrótce Jaina wyczuła, że zbliżają się do wyjścia – najprawdopodobniej na rampę załadowczą Hangaru Dla Gości Numer Dwa. Odbierała emocje napływające od kilkunastu nieźle wkurzonych Mandalorian. Byli jakieś trzydzieści metrów od nich, w windzie towarowej po drugiej stronie rampy. Naprzeciwko szerokiego korytarza, prowadzącego prawdopodobnie do hangaru (chyba że był to sam hangar) Jaina wyczuwała obecność jakichś dwudziestu pięciu osób, maksymalnie skupionych, zdyscyplinowanych, rozstawionych w łukowatym szyku bojowym. Domyślała się, że to szturmowcy.
 
Fett wymamrotał coś do mikrofonu w hełmie i zaraz zrobił błyskawiczny unik, kiedy z ciemności wyprysnęła blasterowa błyskawica, która z ogłuszającym hukiem wypaliła krater wielkości ludzkiej głowy w ścianie tunelu. Mandalorianin bezzwłocznie odpowiedział ogniem, zasypując niewidzialnego napastnika deszczem strzałów – i nagle pogrążona w półmroku rampa załadowcza rozbłysła strumieniami barwnych promieni. W migoczącym świetle Jaina zdołała dostrzec szóstkę postaci w mandaloriańskich zbrojach, rozpłaszczonych na podłodze platformy pod drzwiami windy. Ich beskar’gamy wyglądały na prawie nienaruszone, ale były tak odkształcone i odbarwione, jakby ich właściciele przyjęli na siebie co najmniej serię strzałów z laserowego działka.
 
Fett zawołał coś niezrozumiale, próbując przekrzyczeć huk wystrzałów z licznych blasterów, po czym przypadł do ziemi i nachylony puścił się w stronę windy. Niemal w tej samej chwili jedna z salw trafiła jego T-21 w moduł chłodzący; broń wybuchła, siejąc wokół zniszczonymi elementami. Następny strzał dosięgnął wewnętrznej strony karwasza Fetta; poderwało mu ramię wysoko w górę, a wtedy trzeci blasterowy promień trafił go w rękę, roztrzaskując osłonę dłoni. Impet strzału obrócił go wokół własnej osi i posłał kawałek dalej, rozpłaszczając na nieczynnej repulsorowej szynie.
 
Do Jainy dotarło wreszcie, że to nie są gapowaci szturmowcy z opowieści jej matki. Ci umieli strzelać – i robili to celnie. Zapaliła swój miecz i rzuciła się za Fettem, jednocześnie odbijając strzały z blasterów w stronę atakujących i używających Mocy, żeby przesuwać ciało swojego mentora po szynie – w myśl zasady, że ruchomy cel trudniej trafić.
 
Nie zdążyła się nawet porządnie skoncentrować, kiedy włosy na karku zjeżyło jej dziwne uczucie; stwierdziła, że skupia na niej uwagę ktoś szczególnie niebezpieczny, ktoś, kogo nie należy lekceważyć. Przez moment sądziła, że to jej brat, ale zdała sobie sprawę, że gdyby tak było, już by nie żyła. Odruchowo zanurkowała w stronę szyny; po drodze przytrzymała się Fetta, który właśnie wstawał, trzymając BlasTecha S330 zabranego któremuś z martwych najemników.
Uderzyli z impetem o ziemię – Fett klął głośno wewnątrz hełmu, próbując zepchnąć z siebie Jainę, ona zaś usiłowała utrzymać ich oboje jak najniżej, dopóki obecność, którą czuła…
…nie cisnęła ich na tylną ścianę, rozświetlając okolice windy niczym wybuchająca supernowa. Wystrzał osmalił twarz Jainy z lewej strony i napełnił nozdrza ostrym fetorem stopionej skały, zwęglonego ubrania i spalonych włosów. Kiedy obejrzała się przez ramię, zobaczyła prawie półmetrową bańkę, oślepiająco białą, która zagłębiała się w ścianę tunelu. W zetknięciu z nią kamień zmieniał się w ciecz, spływającą z otworu skwierczącym, jasnym strumieniem.
 
Fettowi wreszcie udało się wygrzebać spod Jainy. Podźwignął się na jedno kolano i odwrócił, nie przestając kląć – zdawałoby się, nieświadomy całkiem sporej dziury, wypalonej w jego dłoni. Nawet jeśli zauważył, że klęczy na paskudnie wgiętym napierśniku jednego z własnych ludzi, o twarzy tak napuchniętej i czerwonej, jakby ugotowano go żywcem, nie dał nic po sobie poznać.
– Nie o to mi chodziło, Jedi – powiedział, podnosząc głos prawie do krzyku, żeby mogła go usłyszeć poprzez zgiełk bitwy. – Kiedy kazałem ci mnie osłaniać, miałem na myśli ogień zaporowy!
– Wybacz – bąknęła kwaśno. Już miała dodać, że to się więcej nie powtórzy, gdy Mandalorianie ostrzeliwujący się na drugim końcu rampy rozładowczej zerwali się nagle i zaczęli biec w ich stronę. Ich przywódca, wysoki, barczysty osiłek w czarno-czerwonej zbroi, nie spuszczał oka z trzymanego w ręku chronometru, a cała reszta odpowiadała ogniem na ostrzał imperialnych, na wpół skryta za platformą. Beskar’gamy chroniły ich podczas walki na tyle skutecznie, że mogli bez narażenia życia zdejmować kolejnych szturmowców; strzały wroga odbijały się od ich pancerzy, nie czyniąc im najmniejszej krzywdy.
Dowódca oddziału przebiegł jeszcze parę kroków i przyklęknął obok Fetta.
– Dobrze cię widzieć, szefie – wysapał i pokazał im tarczę chronometru, odliczającego sekundy. – Mamy dziewięć sekund do następnej salwy.
– Ciebie też dobrze widzieć, Moburi. – Fett obrócił hełm w stronę Jainy. Była pewna, że gdyby zdołała coś dojrzeć za ciemnym „T” wizjera, zauważyłaby na jego twarzy pełen samozadowolenia uśmieszek. Potem skupił się znów na Moburim. – Działo plazmowe? – spytał krótko.
– Karabin – wyjaśnił Moburi. – Właśnie dlatego… – zaczął.
– Gdzie? – przerwała mu bezceremonialnie Jaina i wychyliła głowę nad krawędź szyny, ale grad blasterowych strzałów oślepiał tak skutecznie, że nie widziała dokładnie żadnego ze strzelców, nie mówiąc już o namierzeniu kogokowiek. – Tylko jeden?
– W zupełności wystarczy – zapewnił ją Moburi.
Jaina zerknęła na jego chronometr: zostało sześć sekund. Nie miała czasu na wyjaśnianie im, co zamierza – muszą unicestwić tę broń, zanim znów wystrzeli.
– Gdzie? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem.
Moburi spojrzał na Fetta, który przeniósł wzrok na Jainę i pokręcił głową.
– Nic z tego – zapowiedział. – Nie zamierzam…
– Nie będziesz musiał – weszła mu w słowo. Wiedziała, co chce powiedzieć: że nie zamierza ryzykować narzędzia swojej zemsty na Jacenie – i rozumiała dlaczego. Płatni zabójcy nie dożywali wieku Fetta, niepotrzebnie ryzykując, tymczasem ona będzie musiała wiele razy podejmować ryzyko, jeśli chce się zmierzyć z bratem – a z chwilą, kiedy rozpocznie łowy, napotka znacznie większe zagrożenia niż paru skorych do bitki szturmowców. – Kryć się! – zawołała, zapaliła swój miecz świetlny i wyskoczyła w powietrze wspomaganym Mocą susem, który płynnie przeszedł 
w salto.
Usłyszała jeszcze, jak gdzieś za jej plecami Fett klnie: „Fierfek!”, a potem krzyczy: „Dawaj! Dalej!”
 
Kiedy wylądowała mniej więcej w połowie rampy, z tyłu poszybował w ciemność ogień z ponad dziesięciu mandaloriańskich blasterów. Działała jak w transie; w uszach szumiała jej krew pompowana przez gorączkę walki, miecz świetlny snuł półprzejrzystą zasłonę. Kierowała się instynktownymi odruchami, bo umysł miała bez reszty zajęty namierzaniem strzelca obsługującego karabin plazmowy. W ciemności, przecinanej co chwila ostrymi błyskami blasterowych strzałów, oddawanych przez ustawionych w półokrąg szturmowców, trudno było cokolwiek dostrzec, jednak Jaina wiedziała bezbłędnie, gdzie kryje się jej cel. Był chroniony przez resztę oddziału, bezpieczny za solidną osłoną – a jego kryjówkę zdradzał tylko ledwie widoczny zarys lufy i lunetki.
 
Kula plazmy trafiła w ścianę na poziomie twarzy Jainy, kiedy stała u stóp windy, co oznaczało, że snajper strzelał do nich z góry.
Zza jej pleców dobiegło bolesne stęknięcie – widocznie jeden ze strzałów dosięgnął nieosłoniętej części ciała któregoś z Mandalorian. Chwilę później gdzieś po prawej wybuchł granat udarowy, obsypując wszystko deszczem białych plastoidowych odłamków. Jaina poczuła, że w ostrze jej miecza uderzają trzy silne strzały. Odruchowo je odbiła: dosięgnęły jednego ze szturmowców, posyłając go i jego karabin w przeciwnych kierunkach. Natychmiast skorzystała z okazji i rzuciła się w lukę w zwartym szeregu wroga. Skoczyła w lewo, a potem w prawo, cały czas tnąc bezlitośnie obleczone w białe pancerze ramiona i oddzielając chroniące głowy hełmy od korpusów.
 
W pewnej chwili wyczuła, że strzelec obsługujący plazmowy karabin koncentruje uwagę, chociaż tym razem wrażenie nie było tak silne jak poprzednio. Może dlatego, że skupiał się na kimś innym? Tak czy inaczej, na pewno by to przeoczyła, gdy

Star Wars: Dziedzictwo Mocy #9 - Niezwyciężony

Autor: Troy Denning
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2011
Liczba stron: 400
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324139491
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,80 zł


blog comments powered by Disqus