"Światło, cień i ruch" - przedmowa Volkera Schlondorffa


Przed rokiem po raz pierwszy zostałem wylany przez producenta. Film nosił tytuł Papieżyca. Oparty na bestsellerowym tomiszczu amerykańskiej autorki miał opowiadać o tym, jak pewnej kobiecie w odległym roku 830 udało się dowieść wyższości nad mężczyznami i zasiąść na Stolicy Piotrowej. Jak wyglądałby świat, zarówno chrześcijański, jak i ten inny, gdyby w ciągu ostatniego tysiąclecia papieżami bywały także kobiety? To pytanie nurtowało mnie przez całe siedem lat, podczas gdy pisaliśmy kolejne wersje scenariuszy, szukaliśmy odpowiednich lokalizacji i kandydatek do głównej roli. A potem doręczono mi urzędowe wypowiedzenie. Obie strony, producenci i ja, głośno zarzucały sobie nawzajem, że ta druga zamierza zrobić „niewłaściwy film”. Ostatecznie dostałem skromną odprawę i nagle miałem mnóstwo wolnego czasu. Postanowiłem go jakoś wykorzystać. Wydawcy niejednokrotnie już proponowali mi, że chętnie opublikują moją autobiografię – wystarczy, że poświęcę kilka dni na rozmowę z dziennikarzem czy ghost writerem, a oni już zrobią całą resztę. Tylko mój przyjaciel Michel Krüger zdobył się na szczerość, żeby mnie ostrzec, że jeśli chcę mieć książkę, to muszę ją sam napisać. I do dziś jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Na strychu trzymałem całe mnóstwo kartonów i waliz pełnych listów, zdjęć i pamiętników, które przez całe życie taszczyłem ze sobą od przeprowadzki do przeprowadzki. Przeniosłem je teraz do specjalnie wynajętej w sąsiedztwie pracowni i rozłożyłem na dwóch wielkich stołach, uporządkowane rocznikami. Całymi dniami zagłębiałem się w zakurzonych papierzyskach. Z dzieciństwa w Taunusie, młodości we Francji, z lat spędzonych w Monachium, Nowym Jorku i Berlinie biegły ku mnie tęskne, pełne wyrzutów i czułości głosy, że oto nadszedł wreszcie czas, by sobie o nich przypomnieć. Pamiętniki, rozpoczynane najczęściej w momencie przełomu albo rozpaczy, urywały się czasem po kilku dniach, a czasem ciągnęły się przez całe lata, pełne drobiazgowych zapisków. Uznałem jednak, że nikogo one nie obchodzą, a już najmniej mnie samego, i odłożyłem wszystko z powrotem. Zacząłem chaotycznie zapisywać to, co akurat przyszło mi w danej chwili do głowy, robiąc śmiałe przeskoki w przód i w tył przez całe życie. Stopniowo jednak powróciła stara dobra chronologia i tylko z rzadka musiałem upewniać się w papierach co do jakiejś daty czy wypowiedzi, niekiedy je przytaczając. Po upływie pół roku miałem 650 kartek zabazgranych atramentem. Gdyby to był film, mógłbym to nazwać surowym montażem, teraz przyszedł czas na montaż końcowy, czyli mozolne dzieło przepisywania...

Jeden z moich dobrych przyjaciół zarzucił mi kiedyś, że jestem chorobliwie skromny. Ta książka będzie dowodem, jak bardzo się mylił. Dysponuję zdrową pewnością siebie – od urodzenia, od dzieciństwa albo jeszcze wcześniej – już w szkole mówiło się o mnie, że „ten to sobie da radę”. Z tego też powodu i tutaj siebie nie oszczędzałem, ale innych również.

Po trzydziestu bez mała filmach można w zasadzie uznać, że powiedziałem już wszystko. Dlaczego więc jeszcze książka? A dlatego, że bardzo często zarzucano mi, jakobym w ogóle nie pokazywał siebie w filmach, tylko ukrywał się za opowiadanymi historiami...

To prawda – moje własne przeżycia nie zawsze wydawały mi się ważne. Lektury natomiast bywały prawdziwym objawieniem: dopiero kiedy odnalazłem własne emocje w literaturze, zacząłem traktować je poważnie. Za to czytając, przeżywałem o całe lata wcześniej to, co dopiero później mi się przytrafiało. O tych właśnie wzajemnych relacjach chcę opowiedzieć, o książkach, które przeczytałem, i o filmach, które zrobiłem, o życiu, które przeżyłem – i o tym, jak to wszystko się ze sobą łączy.

Zawsze chciałem wiedzieć: jak to robią inni. Odpowiedź przyszła najpierw z książek, i to w bardzo emocjonalny sposób. Podczas lektury niemal zawsze pojawia się taka magiczna chwila, kiedy książka objawia swoją tajemnicę, a pewne zdania zaczynają nagle tak wibrować, że nieomal czujemy, że to właśnie dla tego jednego zdania, dla tej jednej sytuacji autor napisał całą książkę...

W czasie pisania scenariusza, w czasie prób z aktorami, w czasie kręcenia filmu, w czasie montowania materiałów wielokrotnie przeżywa się takie właśnie chwile prawdy. Robiąc film, trzeba właśnie wytropić tę ukrytą energię. Nikt nie powinien w to ingerować – nawet reżyser. Im mniej on się wtrąca, tym lepiej pracuje się wszystkim pozostałym. Kiedy kręciłem mój pierwszy film Niepokoje wychowanka Törlessa, operator Franz Rath spytał mnie w pewnym momencie, co my właściwie robimy, o co tu chodzi? A ja, wcale nie myśląc w tym momencie o platońskiej jaskini, odpowiedziałem mu w moim ojczystym dialekcie heskim: „Wiesz, Franz, trochę światła, trochę cienia, trochę ruchu”.

Światło, cień i ruch – te trzy słowa zadecydowały następnie o tym, że na planie staraliśmy się trzymać tego, co widzialne i wykonalne. Oczywiście chodziło też o coś więcej, były przesłania, były zamiary i „głębsze znaczenie”, oczywiście chodziło o przedstawienie własnych – zarówno tych pięknych, jak i tych bolesnych – przeżyć, ale jeśli tylko się dało, wyłącznie gdzieś między wierszami. W tym też sensie wszystko jest w zasadzie zawarte w filmach, niniejsza książka jest jedynie długą retrospekcją o przyjaciołach i książkach, kobietach i krajach i o wszystkim innym, co jeszcze się działo.

Babelsberg, 27 marca 2008

Światło, cień i ruch. Moje życie i moje filmy

Autor: Volker Schlöndorff
Tłumaczenie: Ryszard Turczyn
Wydawnictwo: Propaganda
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 12/2009
Tytuł oryginalny: Licht, Schatten und Bewegung. Mein Leben und meine Filme
Liczba stron: 518
Format: 140x215 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788360711507
Wydanie: I
Cena z okładki: 49,90 zł


blog comments powered by Disqus