Recenzja książki "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa

Autor: Kormak
15 listopada 2006

Walter Moers to jeden z najbardziej znanych niemieckich pisarzy i autorów komiksów. Tworzy nie tylko dla dzieci (seria książek i filmów animowanych Käpt'n Blaubär, czyli Kapitan Niebieski Miś), ale także dla czytelników dorosłych. Nie dba przy tym o zasady politycznej poprawności, co wpędziło go w nie lada kłopoty. Niemieccy neonaziści wydali na niego wyrok śmierci z powodu jednej z jego postaci komiksowych, którą Moers nazwał Adolf, Nazistowska Świnia. Z tego powodu autor pozostaje w ukryciu, nie pozwala sie fotografować i bardzo rzadko udziela wywiadów.

Miasto Śniących Książek należy do serii książek, których akcja dzieje się w fantastycznej krainie - Camonii. Jak twierdzi sam Moers, on sam jedynie przetłumaczył dwa pierwsze rozdziały większego dzieła autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, camońskiego słynnego pisarza, pochodzącego z Twierdzy Smoków. W tym właśnie mieście zaczyna się akcja powieści: Hildegunst jest młodym (jak na tamte warunki), ledwie 77-letnim smokiem, który stoi na progu kariery pisarskiej. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież wszystkie smoki są pisarzami. Spełnia on ostatnie życzenie swojego wuja, Dancelota Tokarza Sylab, który jest również jego ojcem duchowym, opiekunem i nauczycielem, wyruszając na poszukiwania autora tajemniczego rękopisu. Tych kilka kartek jest najwspanialszym kawałkiem literatury, jaki kiedykolwiek powstał w Camonii. Niestety, autor pozostał anonimowy, dlatego misją Hildegunsta jest odnalezienie go i sprawienie, żeby doczekał się należnego mu uznania. Ostatni ślad prowadzi do Miasta Śniących Książek, raju dla pisarzy, poetów, wydawców książek, antykwariuszy i miłośników literatury pod wszelkimi postaciami. Hildegunst wyrusza więc w podróż, nie spodziewając się, że zmieni ona jego życie...

Pierwsze, co rzuca się w oczy w Mieście Śniących Książek, to bogactwo pomysłów autora. Właściwie na każdej stronie mieści się ich tyle, że można by obdzielić nimi kilka osobnych powieści. Jeśli weźmie się pod uwagę, że Miasto... liczy sobie ponad 450 stron, liczba ta oszałamia. Wszystkie pomysły są właściwie o tym samym: ich motywem przewodnim są książki, co jednak nie czyni ich wcale monotonnymi. Literatura w Mieście Śniących Książek jest centrum wszystkiego. Książki są pisane, wydawane, sprzedawane, kupowane, poszukiwane, gubione, kradzione, niszczone, restaurowane itd. Nawet potrawy noszą literacki nazwy: np. Atramentowe Wino, ciastko Loczek Poety czy Pralinki Grozy z nadzieniem-niespodzianką (dla czytających horrory). Całe miasto żyje dla i dzięki książkom. Odwiedzają je czytelnicy z całej Camonii i każdy znajdzie tam coś dla siebie. Książki mogą oni znaleźć w księgarniach, antykwariatach, kupić od ulicznych handlarzy czy Łowców Książek. Ta ostatnia profesja pełni bardzo ważną rolę w powieści. Ci śmiałkowie zapuszczają się w najgłębsze zakamarki katakumb pod Miastem, polując na niezwykle rzadkie egzemplarze książek o takiej wartości, że za jedną z nich można kupić całą dzielnicę. Zawód Łowcy jest dochodowy, ale jednocześnie krwawy i niebezpieczny, nie narzekają jednak oni na brak pracy. Kto bowiem posiada najlepszy księgozbiór w Mieście, ma nad nim władzę. Jak przekona się o tym sam Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, niebezpiecznie jest im wchodzić w drogę.

Nie sposób opowiedzieć o wszystkich zaletach Miasta Śniących Książek"bez zdradzania fragmentów fabuły, psując tym samym czytelnikom przyjemność czytania. Wyobraźnia Moersa (czy też talent kronikarski Hildegunsta, jak kto woli) od samego początku przykuwa uwagę i sprawia, że każdą kartkę przewraca się z napięciem i niecierpliwością, bo akcja zaczyna się może powoli, ale kiedy już nabierze rozpędu, trudno nadążyć za tokiem wydarzeń. Wbrew pozorom nie jest to tylko kolejne fantasy. Miasto... to również traktat o procesie twórczym, szukaniu inspiracji oraz hołd złożony książkom nie tylko jako literaturze, ale także jako przedmiotom. Książki są całym kosmosem: mają przecież swoje zapachy, zrobione są z różnych materiałów, różnią się w dotyku. W Camonii książki żyją i potrafią zabić - dosłownie. Sama akcja powieści to zresztą odegranie jednego z najstarszych motywów literackich i mitologicznych: zejście bohatera do podziemnego świata, inicjacja/śmierć i odrodzenie.

Wiele jest w tej książce scen, które potrafią ściąć krew w żyłach (uważni czytelnicy rozpoznają nawiązania do lovecraftowskiej grozy, chociażby poprzez obecność shoggothów), jest także miejsce na wzruszenia, szczególnie pod koniec. Przede wszystkim jednak Miasto Śniących Książek kipi humorem, czasem bardzo subtelnym, który trafi zarówno do młodych czytelników, jak i tych tak starych, jak sam Hildegunst. Rozrywką samą w sobie jest np. zapoznawanie się z nazwiskami camońskich pisarzy, które są anagramami największych mistrzów literatury światowej (np. Charles Baudelaire to Abradauch Sellerie, a William Shakespeare - Eseila Wimpershlaak). Bawią także same tytuły fikcyjnych książek, w rodzaju Pogrzebu chrząszcza, Mysie hotele w świeżej wieprzowinie, czy Ogolony język. W tym miejscu trzeba wspomnieć o tytanicznej pracy, jaką musiała włożyć w przekład polska tłumaczka, bo język Moersa nie dość, że nie należy do najlżejszych, to obfituje w gierki słowne. Część z nich została świetnie przełożona na polski, a reszta na szczęście pozostała nietknięta, bo po polsku straciłaby nie tylko swoje znaczenie, ale i ładne brzmienie (niech buchemicy zostaną buchemikami, a Buchlingi - Buchlingami). Niejedna książka została całkowicie zepsuta w polskim przekładzie, bo tłumacz był zbytnim purystą - czy trzeba przypominać fatalne wersje Diuny, Kubusia Puchatka albo Władcy Pierścieni ?

Miasto... bierze się do ręki z prawdziwą przyjemnością. Twarda oprawa, duży format, ładny papier i czcionka, solidne klejenie i tasiemka jako zakładka - tak powinno się robić książki. Jeśli miałbym do czegoś porównać powieść Moersa (lub Hildegunsta, jak kto woli) to chyba tylko do Cyberiady Stanisława Lema - jest tak dobra. Obie są z pozoru monotematyczne: u jednego autora są książki, u drugiego roboty. Jednak zarówno niemiecki, jak i polski pisarz potrafili stworzyć przebogatą mitologię, pełną niezwykłych pomysłów i humoru, z zaskakującą inwencją słowotwóczą. Kolejnym podobieństwem są ilustracje - Moers sam ozdobił swoją książkę czarnobiałymi rysunkami, które kojarzą mi się z abstrakcyjnymi grafikami Daniela Mroza, przedstawiającymi roboty ze starego wydania książki Lema (Wydawnictwo Literackie, 1978 r.) W obu przypadkach też pod pozorem ograniczeń gatunku (fantasy i science-fiction) kryje się całkiem inne, wręcz filozoficzne w swej naturze treści. Każdy, kto kocha czytać książki, w fabule Miasta... znajdzie własne przeżycia, które towarzyszyły mu pewnie nie raz, kiedy zdarzyło mu się trafić na dobrą książkę. A Miasto Śniących Książek to naprawdę dobry kawałek literatury.

Camonia #3 - Miasto Śniących Książek

Autor: Walter Moers
Tłumaczenie: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 9/2006
Tytuł oryginalny: Die Stadt der Träumenden Bücher / Zamonia: The City of Dreaming Books
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 464
Format: 165x240 mm
Oprawa: twarda z obwolutą
ISBN: 83-7384-559-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł


blog comments powered by Disqus