Roo & Roo – recenzja książki "Wayne Rooney. Moja historia"

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Bool
15 czerwca 2012

„Jestem bardzo spokojny, cichy, wrażliwy, skromny i nieśmiały…” – tak w swojej biografii mówi o sobie jeden z największych boiskowych twardzieli, Wayne Rooney. Jego historia, a właściwie jej pierwsza cześć, okazała się na całym świecie ogromnym zaskoczeniem. Do tego stopnia, że chciałoby się podsumować ją także jego własnym, nieco ironicznym stwierdzeniem: „Och, sama prawda, cały ja.” A jednak…

Zaskoczenie pojawia się już na początku, kiedy nie ma mowy o dzielnicach biedy czy ulicznych gangach. Wiele za to wspomnień o licznych rodzinach i ich wspólnotowym życiu, o wsparciu rodziców, nie bogatych, ale z którymi niczego młodemu Roo nie brakowało, o początkach gry w piłkę na ulicach Croxteth, o nienajgorszej nauce w szkole i pierwszych, nieśmiałych randkach. Zaraz, zaraz… A gdzie ten gość, który wrzeszczy na nas z pewnego zdjęcia, umalowany wojowniczo w angielską flagę? Sam Rooney twierdzi, że to jego alter ego, które ujawnia się w walce, a na co dzień mu obce.

W tym samym tonie utrzymana jest również dalsza część książki, już bardziej „piłkarska”, którą otwiera powrót do początków wielkiej kariery – gry najpierw w akademii, a potem w pierwszej drużynie Evertonu. Widać tu, że Wayne walczy: o to, by być najmłodszym, który wystąpi w pierwszej drużynie, potem najmłodszym, którzy strzeli gola w Premiership. I to drugie mu się udaje! Upaja się tym, ale nie jakoś nachalnie, tylko spokojnie. Znów zdziwienie.

Dalej pisze o nieciekawych okolicznościach rozstania z klubem z Liverpoolu oraz przejścia do Manchester United, obszernie opowiada o swym związku z Coleen McLoughlin, a także o doświadczeniach z kadrą narodową. Analizuje najważniejsze mecze i wydarzenia, sukcesy i porażki. I tak aż po Mundial w Niemczech, gdzie jego udział zakończyła słynna czerwona kartka, a reprezentacji Albionu – chwilę później – totalnie zawalona seria rzutów karnych.

Nikt oczywiście nie wierzy w to, że „Moja historia” jest autentycznie „moja”, czyli że spisał ją sam Rooney. W pracy nad nią pomagał mu zawodowy biograf, Hunter Davis, i pytaniem pozostaje, jak wielki jest jego wkład w ostateczny kształt tej książki. Sprawił on bowiem, że choćby w Anglii przyjęto ja z pewnym lekceważeniem. Nie leje się tu krew, nikt nie chleje na umór, faule nie są umyślne, Rooney nikogo nie chce zamordować ani zemścić się na sędziach czy „wrogach” z boiska…

To zdumiewające, ale właśnie fakt, iż nie gra pod publiczkę, jest w jego wspomnieniach najbardziej przekonujący. Świadczy o tym także swymi słowami we wstępie Michał Pol, jednocześnie tłumacz książki. Pamiętając wszak o tym, że Wayne to jednak niezupełnie „grzeczny chłopiec”, trudno ostatecznie orzec, ile Rooneya w tym właśnie „Rooneyu”. Niemniej brzmi to wszystko piekielnie autentycznie. I tylko czy aby słabe wyniki sprzedażowe nie skłonią wydawcy, aby nieco „zaostrzyć” kolejne części? Przewidziano bowiem łącznie pięć.

Któż nie pamięta reklamy pewnego napoju (emitowanej podczas Mundialu w RPA), kiedy to jeden Wayne Rooney zmagał się na boisku z drugim Waynem Rooneyem? Wygrywał wówczas ten „napity”, ale obaj klepali się po plecach i wszystko było dobrze. Ten króciutki spot zdaje się znakomicie oddawać prawdziwą dwoistość natury gwiazdy MU, z którą piłkarzowi chyba dobrze. To ona sprawia, że tę pierwszą odsłonę jego biografii czyta się bardzo dobrze. A zarazem budzi niezwykłą ciekawość, co też Roo powie nam o tym, co było dalej…

Wayne Rooney. Moja historia

Autor: Hunter Davies, Wayne Rooney
Tłumaczenie: Michał Pol
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Wydanie polskie: 3/2012
Liczba stron: 300
Format: 155 x 230 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788363248116
Cena z okładki: 39,90 zł



blog comments powered by Disqus