Marzenie o młodym chłopcu

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Bool
3 lutego 2009

www.gildia.pl
Fryne hetera.
Dostępność: 1 tydzień
Cena: 28,90 zł 32,20 zł
dodaj do koszyka

Opowieść o pięknej Fryne i romantycznej, ba! dla współczesnych wręcz mitycznej antycznej Helladzie! Tyle zwiastuje okładka najnowszej powieści Witolda Jabłońskiego. Kto jednak poznał losy Witelona, wychodzące wcześniej spod tego samego pióra, z góry wietrzy podstęp. I słusznie!

Oto na początek lądujemy w Kairze lat 20.; w Egipcie poety Konstandinosa Kawafisa. Otrzymuje on pewnego dnia tajemniczy list, zaproszenie na spotkanie ze słynną Fryne. Nie wierzy, przecież hetera żyła w Atenach dwa tysiące lat temu! A jednak ciekawość bierze górę, Kawafis udaje się we wskazane miejsce i czeka… Na spotkanie z nim przybywa tajemnicza piękność, przedstawiająca się jako Fryne właśnie, i zaczyna snuć swą autobiograficzną opowieść – o sobie, ludziach, epoce swej świetności. Poeta słucha nie mówiąc nic. Chłonie. Nieprzypadkowo adresatem zaproszenia stał się pasjonat, zauroczony starożytnością.

I tak zaczyna się lektura, która wystylizowana została (chyba) na antyczną „rozprawę o życiu” – wszak w takiej formie rodziła się filozofia. Niestety, zabieg ten nie powiódł się. Zamiast filozofującego traktatu otrzymaliśmy przyciężką epistołę ociekającą niewiele wnoszącymi detalami, rozbijającymi niekiedy całkowicie tok narracji.

Świat idealny?
Jabłoński pozostaje wierny swej niechęci do dialogów, a to wielka szkoda. Tam, gdzie odchodzi od epatowania niepotrzebnymi szczegółami i od monologów, jakie wygłaszają jego postaci, robi się naprawdę interesująco. Szkoda też, że ciekawie jest głównie tam, bowiem resztę można wyczytać, ot, chociażby w przedstawionej na końcu bibliografii. Zastanawia zresztą, jaki jest cel jej zamieszczenia. Ma udowadniać, że autor dobrze przygotował się do pracy? Kogoś, kto orientuje się w realiach starożytności, raczej nie przekona.

Zachwycony własnym zachwytem Jabłoński widzi antyczne Ateny w perspektywie wygodnej dla własnych celów. Koncentruje się w dużej mierze na niuansach obyczajowo-seksualnych, w tle pozostawiając choćby refleksję społeczną. Niby rozwodzi się nad polityką, ale w gruncie rzeczy bardziej fascynuje się pełną blichtru demagogią rozdyskutowanego Areopagu. To jakby dziś za przejaw polityki przyjąć dysputy sejmowe, milczeniem pomijając prawa, ustawy, podatki i cały państwowy bałagan, jaki urzędnicy narzucają nam codziennie w pijackim widzie bezkresnej władzy ludu, czyli demokracji. Oczywiście, demokracji rozumianej jak zwykle, w każdej epoce i „wersji”, po swojemu, również w Atenach. O tym autor, uzurpujący sobie pozycję moralnego arbitra, też woli zmilczeć. Biada temu, kto spróbuje na bazie tych wywodów dociec istoty ustroju spod Akropolu!

W szafarzu pełnej ahistorycznych mankamentów fabuły próbuje sprzedać nam przesłanie tyle wzniosłe, ile nachalne: „antyk był lepszy, bardziej tolerancyjny, wyrozumiały”. Z tego wywodzi najważniejszy z lansowanych poglądów – piękno, słuszność i wielkość miłości między mężczyznami, tak, tej cielesnej – i głosi go z zapamiętaniem nawróconego akolity, owładniętego potrzebą niesienia ludowi nowo odkrytej prawdy. W dążeniu do udowodnienia słuszności fascynacji młodym chłopięcym ciałem potępia wszystkich, którzy z jej (jego) poglądem się nie zgodzą – heroiczną Spartę, dumne Teby, przebiegły Wschód czy „pastuchów” Hebrajczyków. Ne starcza mu jednak odwagi, aby pójść tym tropem do końca, ujawnić się. Woli zasłonić się do tego kobietą. Usprawiedliwia się, niejako spoglądając na Attykę i jej obyczaje „patriotycznym”, tyle frywolnym, co wyrozumiałym okiem Fryne – „doświadczonej w sztuce miłości, kobiety wiedzącej”.

Świat skażony
Gdzieś wyczytałem, że „Fryne żyje dzięki Jabłońskiemu”. Czy jednak w istocie jego książka przypomina jej obraz, tak zwiewnie namalowany przez Gérôme’a czy emocjonalnie oddany przez Grottgera? Ciężar nadaje mu już konstrukcja i język powieści. W miejsce eterycznej nimfy wyłania się z niej masywna przez swój niekiedy cyniczny, a gdzie indziej idealistyczny „realizm”, posągowa figura, bliższa zimnej rzeźbie, w jaką cudną heterę zaklął Praksyteles.
Co więcej, ona sama, jako tytułowa bohaterka, zdaje się momentami tonąć pod falami hellenofilskich upojeń czy „umoralniających”, z czasem nieznośnych wtrętów, jakich autor nie szczędzi czytelnikowi. Bywa, że przesłaniają ją wielcy tamtej epoki. No i oczywiście „cudne pary” miłujących inaczej. Wówczas nasuwa się wątpliwość: do czego nawiązuje w zasadzie tytuł książki? Czy nie stanowi aby, podobnie jak osoba narratorki, tylko listek figowy dla takiego sposobu snucia opowieści? Wpisany immanentnie w kobiecą naturę chaos ma chyba usprawiedliwiać nawarstwiające się dowolne dość spostrzeżenia, opisujące świat przedstawiony. W efekcie pełna wtrętów i emocjonalnego rozchełstania akcja sączy niespójnie.

Najbardziej absurdalne są jednak chwile, kiedy rozbudowane didaskalia sięgają współczesności. To głównie po to nieśmiertelna Fryne spotyka się z Kawafisem. Wówczas ujawnia się jakoby „druga strona”, prawdziwe oblicze obecnego, rzecz jasna, tego gorszego świata. Manifesty te dodatkowo spowalniają i tak już snującą się momentami akcję tej nierównej i przy całej prywatnej sympatii do autora, po prostu nieudanej książki.

W powieści pada co prawda nieco świeżych myśli, które niewątpliwie mogą skłonić do refleksji nad tym, jak patrzymy dziś na świat. Wielbicieli spisków zafascynują może powiązania, jakie autor rysuje w odniesieniu do Aleksandra Wielkiego i judaizmu. Problem w tym, że zbyt często deklaruje z prostotą dziecka: „kiedyś było lepiej!”. Waląc w czambuł podwalinę społeczną, kulturową i religijną współczesnego świata Zachodu, zapomina, że to właśnie dzięki niej może dziś zachwycać się snutymi przez siebie wizjami starożytnej idylli. To świat Zachodu, a dokładnie świat chrześcijański stworzył pojęcia równości i tolerancji, której fenomen nie śnił się nawet brodatym greckim mędrcom. Dzięki nim zachował pamięć i daje możliwość drążenia w przeszłości. To także on rozszerzył zakres wolności do rozmiarów nieznanych nigdy i nigdzie wcześniej, jak i teraz. Tylko zanurzony w nim Jabłoński może pluć do własnego gniazda, głosząc pean ku czci dawnego świata. To też fakt charakterystyczny dla świata Zachodu. Tylko on pozwala to robić, i jeszcze na tym zarobić. Ot, taki paradoks, w którym żyjemy i, jak widać, tworzymy, czasem bezrefleksyjnie.

Fryne hetera

Autor: Witold Jabłoński
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 9/2008
Liczba stron: 372
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7578-010-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 31,00 zł
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus