Fragment nr 3 książki "Afganistan. Relacja BOR-owika"


Większość żołnierzy jest w minorowych nastrojach i nie wiadomo, czy to bardziej wpływ afery wokół aresztowania żołnierzy w kraju, czy zbliżających się świąt. W każdym razie każdy stara się usiąść osobno i nie przeszkadzać innym. Wszystko ulega radykalnej zmianie, gdy pojawia się grupa naszych dziennikarzy. Jak zwykle są rozgadani i pewni siebie, od razu robią wokół siebie zamieszanie. Nic ich nie obchodzi, że wkoło siedzą inni i być może woleliby, aby nikt im nie przeszkadzał. Dla części z nich są to pierwsze lub kolejne święta z dala od bliskich, więc razi ich zachowanie redaktorów, którzy robią wszystko naraz, jedzą, gadają i chwalą się swoimi osiągnięciami. Jeden z nich otwiera laptopa i pokazuje zdjęcia, mówiąc, że tutaj doszło do tragedii i dzięki niemu ujrzało to światło dzienne. On nawet rozumie wojskowych, ale chodzi mu o prawdę.
- Jaką prawdę? – Pyta niespodziewanie siedzący przy sąsiednim stoliku kapitan. Po czym wstał i podszedł do stolika dziennikarzy którzy od razu przycichli, jakby obawiali się awantury. Kapitan spojrzał na zdjęcie na laptopie i skinął głową z uznaniem.- Bardzo ładne ujęcie, ale czy ktoś z was był w wojsku?
- Ja.- Przyznał się najważniejszy i najbardziej głośny redaktor.- Szkoła podchorążych.
- To może zabawmy się w wojsko.- Zaproponował kapitan, siadając przy ich stole i pokazując, aby nie ruszali komputera.- Mówicie, że musicie pokazywać prawdę, więc zamieńmy się na kilka minut rolami. Będziecie żołnierzami, którzy są na patrolu złożonym z pięciu HMMWV i wykorzystamy do tego wasze zdjęcie…- wskazał na ekran laptopa, stawiając przed nim stojaki na serwetki. – To będą wasze pojazdy i macie pod swoimi rozkazami trzydziestu ludzi. Każdy z nich pójdzie za wami w ogień i wykona każdy rozkaz, jesteście żołnierzami zawodowymi, a ponieważ jesteście z tej samej jednostki, znacie dobrze ich rodziny, żony i dzieci, bo spotykacie się czasami prywatnie. Tutaj jest każdy z nich…- obok stojaka postawił pięć plastykowych kubków do picia.- Jedziecie wąską drogą niedaleko wioski, identycznie jak tutaj na tym zdjęciu…
Wciągnęła mnie opowiadana historia, więc przesiadłem się bliżej, zresztą nie tylko ja, bo większość wojskowych zrobiła to samo, zastanawiając się, do czego dąży ich kolega.
- A więc…- ciągnął dalej spokojnie kapitan, wskazując na ekran komputera.- …Lekko pagórkowaty kamienisty krajobraz. Po prawej zabudowania wioski, w centrum pojedyncze budynki, wszystko oddalone o jakieś czterysta, sześćset metrów od drogi. W tle widać wzgórza, które są idealnym miejscem dla obserwatorów terrorystów, bo widać nie tylko wieś i drogę, ale jeszcze spory kawał terenu poza nimi. Tu drzewa, - wskazał na kępę po lewej stronie.- Oraz skały, które nie pozwalają jechać poboczem i musicie trzymać się drogi.
Jedziecie i modlicie się, aby szczęśliwie dojechać do bazy, a macie do niej czterdzieści kilometrów. Teraz jesteś dowódcą i możesz wydawać rozkazy. – wskazał na najważniejszego redaktora, który przyznał się do szkolenia wojskowego. – Pozostali mogą być doradcami i podpowiadać, co należy robić. Wchodzicie w zabawę?
- Nie ma sprawy..- Decyduje główny dziennikarz, dając jednocześnie znak kamerzyście, aby to nagrywał.- A co będę z tego miał? – pyta.
- Jeżeli poradzicie sobie z sytuacją, to odpowiem na każde pytanie, jakie zadacie.
- Wchodzę.- Zdecydował szybko dziennikarz, widząc oczyma wyobraźni super materiał, który dzięki temu zyska. – Co mam robić?
- Musi pan przeprowadzić bezpiecznie ludzi do bazy. – podpowiada jeden z żołnierzy.
- Ilu jest przeciwników? – Zaniepokoił się dziennikarz, bojąc się niespodzianek.- I jaką mają broń, bo jak się okaże, że jest ich pluton i mają RPG, to nie mamy o czym rozmawiać.
- Niech będzie… - zastanawiał się przez chwilę, zerkając na swoich kolegów, jakby oczekiwał od nich podpowiedzi.- Dwóch? – zaproponował.
- Jeden z kałachem, drugi z karabinem.- uściślił kapitan.- Może być?
- Przecież nie mają żadnych szans? – Zdziwił się dziennikarz.- Na pewno tylko dwóch?
- Słowo się rzekło, dwóch. – do rozmowy włączył się podpułkownik, jedzący obok kolację.- Tutaj już dzieci chodzą z bronią i dobrze znają się na polowaniu, choć teraz częściej polują na ludzi niż na zwierzęta. – uśmiechnął się.- Im większe doświadczenie nie jest potrzebne. Mogę być waszym rozjemcą, gdyby doszło do jakiś wątpliwości.
- Wchodzę.- Szybko stwierdził dziennikarz i przybił wyciągniętą dłoń kapitana.
- Jako dowódca jedziesz trzecim samochodem i czujesz, że coś tu za spokojnie i za sielsko. – Wyjaśnia kapitan wskazując na ekran. – Na razie wszystko jest w porządku, ale wiesz, że to cisza przed burzą. Zawsze obok tej wioski coś się działo. Ktoś podkłada miny w nocy, strzela do konwoju i szybko znika na wzgórzach, więc tym razem jest podobnie… Wybuch pod pierwszym autem! Na szczęście jest dobrze opancerzone, minister Szczygło to załatwił..- kilka osób parska śmiechem, nie pozostawiając wątpliwości, co o tym myślą, ale milkną, widząc powagę na twarzy pułkownika.
- Tak poza tematem, HMMWV są dobre, ale bez przesady, nie gwarantują pełnego bezpieczeństwa. Ich masa własna jest taka, że w przypadku wybuchu miny pod pojazdem bardzo często przewracają się na dach, co skutecznie uniemożliwia załodze szybką ewakuację na zewnątrz. Przy wybuchu bardzo często dochodzi do zdeformowania drzwi i rozerwania zbiornika paliwa, więc obsługa, nawet jeśli jest lekko ranna, ma małe szanse, aby to przeżyć. Dlatego właśnie wolimy jeździć Rosomakami, które swoją masą nie pozwolą na takie fikołki. Ale wracajmy do naszej sprawy… Urywa przednie koło HMMWV i tarasuje drogę naprzód. – Przewraca jeden ze stojaków oraz zgniata w dłoni dwa kubki.– Dwóch żołnierzy jest rannych, ale na szczęście żyją. Koledzy wyciągają ich z pojazdu i zajmują pozycje obronne. Tu, tu i tu. - Trzy kubki ustawia za pojazdem.- Pozostałe wozy stają i szukają napastników. Niestety, kierowca pojazdu ostatniego zagapił się i uderzył w poprzedzający, tarasując w ten sposób drogę odwrotu.- Przestawia odpowiednio stojaki i pokazuje dłonią na stół.- Dalej to już twoje zadanie. Jesteś dowódcą i ty tu dowodzisz.
- Wzywam natychmiast pomoc przez radio.- decyduje dziennikarz, po konsultacji ze swoimi kolegami. – I helikopter dla rannych.
- Bardzo dobrze. – chwali kapitan i od razu dodaje. – Ale wsparcie przyleci dopiero za dwadzieścia minut, a do tego czasu nie możesz siedzieć w wozach, bo was rozbiją.
- Wszyscy wysiadają i ubezpieczają okolicę. W pojazdach zostają tylko kierowcy i strzelcy przy karabinach maszynowych.
- OK. – zgodnie z decyzjami dziennikarza kapitan ustawia odpowiednio kubki na blacie stołu.- I co dalej? Okolice nie są bezpieczne, helikopter będzie chciał, abyś najpierw oczyścił teren, bo tutaj..- Wskazał na zdjęcie.- aż się roi od miejsc, gdzie mogą czaić się talibowie w zasadzce. Jeden RPG i można stracić wiatrak.
- Nic nie mówiłeś, że przeciwnicy mają RPG..- Denerwuje się któryś z dziennikarzy.- Mieli mieć tylko kałacha i karabin.
- Przecież na razie nikt nic nie wie. – Dziwi się kapitan.- Masz zasadzkę, jeden twój wóz wyleciał w powietrze, drugi jest uszkodzony. Nie masz pojęcia, gdzie są napastnicy i ilu ich jest. Dopóki nie zaczną strzelać, nie wiesz nawet, gdzie są i czego możesz się spodziewać.
Ale żaden helikopter nie wyląduje, dopóki nie oczyścisz terenu i nie zameldujesz, że może to zrobić bezpiecznie. Na razie musisz to sprawdzić. Twój kolejny ruch…
- No, rozglądam się.- Zaczyna niepewnie główny dziennikarz.
- Bang..- Mówi kapitan i miętoli jeden z kubków.- Pierwszy błąd. Przeciwnik dostrzegł jak obserwujesz okolicę przez lornetkę, więc bierze cię na muszkę. Ale jestem litościwy i trafia kolegę obok, bo ty musisz nadal dowodzić. Teraz wiesz, że to zasadzka. Nie wiesz tylko skąd strzelają, bo to był pojedynczy strzał i nikt nie zauważył, gdzie jest strzelec.
- To profesjonalista.- podpowiada porucznik, siadając obok.- Dobrze wie, że większe kłopoty sprawi raniąc, niż zabijając. Po pierwsze, rannym musi się zająć sanitariusz lub inny członek oddziału. Po drugie, osłabia cię psychicznie, bo ranny krzyczy i trzeba się nim opiekować. Po trzecie, on strzelił raz, a ty nadal milczysz, bo nie wiesz, gdzie on jest.
- Każę strzelać strzelcom z wozach. – do zabawy włącza się kolejny dziennikarz.- Mają stworzyć osłonę ogniową i ostrzelać wioskę!
- Jestem strzelcem w drugim wozie.- Odzywa się sarkastycznie sierżant, wskazując palcem, w którym samochodzie siedzi.- Odmawiam wykonania rozkazu! Zgodnie z prawem i konwencjami nie mogę strzelać do celu, którego nie zidentyfikowałem, bo w ten sposób mogę zabić niewinną osobę. Proszę o podanie dokładnego namiaru przeciwnika.
- Tooo..- Długa chwila namysłu u dziennikarzy.
- Bang…- mówi jak echo kapitan, zgniatając kolejny kubek, tym razem na końcu konwoju.- Trafił nieostrożnego kaprala, który wychylił się za mocno. Trafił, ale ponownie nie zabił. Ranny potrzebuje pomocy.
- Wołam sanitariusza.- Decyduje dziennikarz, zaczynając się powoli gubić.
- Jestem sanitariuszem…- w rolę wczuwa się kolejny wojskowy.- Nie mogę lecieć na koniec konwoju, bo mam dwóch rannych z przodu i trzeciego obok pana, nie dam rady się rozerwać. W związku z powyższym kapralem muszą się zająć jego koledzy. Dwie osoby zajęte udzielaniem pomocy.- melduje.
- Nadal czekam na podanie celu!..- Przypomina o sobie strzelec z drugiego wozu.
- Strzelaj do tych drzewek.- Dziennikarz wskazuje archaiczne drzewka po lewej stronie.
- Strzelam, ale poza kurzem nic nie widać. Pozostali obserwują okolicę, ale nadal nie można zlokalizować strzelca.
- Bang…. – Kapitan gniecie drugi kubek z tyłu kolumny.- Trafiony żołnierz, który pomagał rannemu. Widzi pan, lub tak się panu wydaje, że w oknie domu – wskazuje na jedną z ruder. - drgnęła zasłona, ale nie jest pan tego pewny, bo nie można dostrzec błysku ognia.
- Każę ostrzelać podejrzane okno. – Decyduje się dziennikarz.
- Jestem strzelcem w trzecim wozie. – Włącza się kolejny żołnierz.- W świetle ostatnich wydarzeń odmawiam wykonania rozkazu, bo nie widzę i nie mogę zlokalizować celu.
- Przecież widać, jak ktoś strzela – dziwi się dziennikarka.
- Najczęściej na filmach albo gdy strzela czołg. - Śmieje się podpułkownik.- Proszę pamiętać, że w dzisiejszych czasach są tłumiki ognia, napastnik może schować się w głębi pomieszczenia i przez to być niewidocznym. Poza tym może być wszędzie..- wskazuje teoretyczne miejsca na monitorze, gdzie mógł schować się snajper .- w krzakach, na dachu, na wzgórzu i nadal nie możecie go zlokalizować.
- Wydaję rozkaz, żeby ostrzelał podejrzane okno.– Upiera się dziennikarz.- Masz strzelać, na moją odpowiedzialność! To rozkaz!
- Odmawiam wykonania rozkazu, chyba że wyda mi go pan na piśmie. Atakowanie obiektu niebronionego jest przestępstwem i mogę być oskarżony o zabójstwo - art. 123 pkt 4. a to jest zagrożone dziesięcioma latami więzienia. Obserwuję wskazany obiekt, ale nie otwieram ognia, bo nie mogę dostrzec przeciwnika. Przykro mi, panie dowódco, ale pozwolę sobie na małą dygresję. Według nowych wykładni prawa, wszyscy żołnierze z drugiej wojny światowej są zbrodniarzami i powinni siedzieć w więzieniu jak nasi koledzy w kraju. Ale o to wam dziennikarzom przecież chodziło. O przestrzeganie obowiązującego prawa.- zaznacza.
- Obserwuję oddalony budynek.- Melduje kolejny żołnierz.- Dostrzegam ruch, ale to równie dobrze może być ktoś ciekawski, który podszedł do okna, aby zobaczyć, co się dzieje lub powiew wiatru. Nie strzelam, ale meldują o podejrzanym ruchu.
- Bang.- Mówi spokojnie kapitan, zgniatając kubek przy drugim wozie.- Widać, że przeciwnik ma celne oko. Trzyma w szachu cały konwój i nikt nie jest bezpieczny.
Wszyscy czekają na rozkazy dowódcy. – Patrzy z uśmiechem na dziennikarza. – Wróg jak mówi pan pułkownik, może być wszędzie… W głębi domu, w zaroślach, między skałami albo nawet na pagórkach poza wsią. – pokazuje wszystkie miejsca na ekranie.- Snajper potrafi trafić z odległości osiemset metrów w pudełko zapałek, a Afgańczycy mają dobre oko.
- Każę ostrzelać puste miejsca, ale nie celować w budynki.
- Strzelamy… - meldują kolejni wojskowi, którzy wcielili się w strzelców. - Ale to robota głupiego i powodujemy tylko zamieszanie. Nasi koledzy widzą, że strzelamy w różnych kierunkach i dochodzą do wniosku, że jesteśmy otoczeni. To źle wpływa na ich nerwy…
- Są jeszcze rykoszety, część kul odbija się od skał i trafia w okolice budynków. Nie ma odpowiedzi, żadnego strzału, który by zdradził stanowiska snajpera.
- Pierwsza drużyna ma podejść do wioski i zabezpieczyć teren. – Decyduje szybko dziennikarz, wskazując na zabudowania wioski.- Z dwóch pierwszych samochodów.
- Pierwsza drużyna to teraz siedmiu ludzi.- Włącza się do zabawy kolejny żołnierz.- Dwóch rannych i sanitariusz zostają na miejscu. Przystępujemy do wykonania rozkazu.
- Bang… - to znowu kapitan i pierwszy kubek jest miażdżony.- Trafiony dowódca drużyny. Ten ruch można było przewidzieć i snajper czekał, kiedy to nastąpi. Pozostali żołnierze zalegli….
- Na swoje szczęście. – Dopowiada kapral, wskazując na ekran laptopa.- Proszę zwrócić uwagę, że poza drogą i kilkoma ścieżkami nikt nie chodzi na skróty, o czym świadczy rosnąca trawa. Jest więcej niż pewne, że na tym terenie są założone miny i jeśli żołnierze zejdą ze ścieżek, trafią na piekło. Chyba że najpierw teren sprawdzi saper z wykrywaczem metali, co pod obstrzałem jest niemożliwe.
- Jestem dowódcą moździerza, melduję gotowość do otwarcia ognia. – Jest nowy chętny do zabawy.- Proszę o podanie namiarów ostrzału.
- Ostrzelać wzgórza za wioską.- Podpowiada kolega dziennikarza.
- Wykonuję rozkaz.- melduje moździerzysta i naśladuje odgłos wystrzału.- Fiuut. Granat sporo przeniósł. Nikt nie pomyślał a w kraju tego nie sprawdzili, że strzelamy na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów, więc opór powietrza jest mniejszy i pociski przenoszą.
Unoszę lufę, aby zmniejszyć odległość, ale robię to na wyczucie. Fiuut! Poszedł drugi.. Tym razem za blisko, rozerwał się tuż za wioską. Nie wiem, czy mam strzelać dalej? Przypominam, że już sześć tygodni wcześniej zgłaszałem, że ładunek miotający w granatach jest niestabilny i często pocisk nie osiąga przewidzianej odległości. Przyczyna to wadliwa seria, albo efekt złego magazynowania i przechowywania amunicji w różnych temperaturach. Tak między nami, gdybyśmy chcieli kogoś zabić, użyłbym granatów kasetonowych, które mamy z sobą…
- Bang… - kapitan jest bezlitosny.- Snajper znowu strzela, ginie pana zastępca, który biegnie do pierwszej drużyny, aby poderwać ich do ataku. Drużyna cofa się do drogi i chowa za stojące HMMWV, które dają osłonę. Jest pan prawie pewny, że strzelano z budynków stojących na uboczu. Tylko że nadal jest to tylko przypuszczenie i nie ma pan na to żadnych dowodów, a żandarmeria będzie wymagała dowodów, a nie odczuć i przypuszczeń.
- Jestem strzelcem z czwartego pojazdu. – zgłasza się kolejny uczestnik.- Mam dość bezradności dowódcy i otwieram ogień. Wiem, że popełniam przestępstwo według konwencji haskiej, ale strzelam w obronie kolegów. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie i zdaję sobie sprawę, że po powrocie do kraju zostanę aresztowany jako zbrodniarz.
- Zapomniałeś powiedzieć, że aresztują cię na oczach rodziny i w świetle kamer telewizyjnych. Wyprowadzą w kajdankach, jak pospolitego przestępcę.- dodaje kolejny z nieskrywanym sarkazmem w głosie.- Dzieci nie rozumieją o co chodzi, bo przecież na ścianie wisi order, który dwa tygodnie wcześniej wręczył tacie minister MON.
- Jestem z piątego wozu, próbuję zająć lepszą pozycję. Mam z sobą karabin wyborowy, ale nie widzę przeciwnika. – Żołnierze coraz lepiej się wczuwają w sytuację, dziennikarze odwrotnie, coraz bardziej są zagubieni.- Słyszę strzał, ale na szczęście pocisk przelatuje niedaleko mojej głowy. Mogę ryzykować lub trzymać głowę nisko, ale na pewno muszę zmienić stanowisko, bo snajper wie, gdzie jestem…
- Wystrzelić granaty dymne..- Wpada na pomysł dziennikarz.- Nie będziemy przez to widoczni.
- OK. Proszę bardzo.- Godzi się kapitan. – Przez minutę nic nie widać, ani wioski, ani nic innego. Efekt jest taki, że ktoś z wioski strzela z kałasznikowa w naszym kierunku. Teraz wiemy, że przeciwnikiem nie jest samotny snajper, ale także ktoś inny. Pytanie, jeden czy kilku? Dym znika i niby się nic nie zmieniło, ale nie tylko my skorzystaliśmy z osłony dymu. Równie dobrze mógł to zrobić snajper, jak i facet z kałachem.
- Tu moździerz, co mam robić? – Denerwuje się artylerzysta.- Gdzie mam strzelać?
- Bang…- kolejny kubek zmiażdżony.- Stracił pan łączność i telegrafistę, był na tyle nieostrożny, że poszedł za panem i za wysoko podniósł głowę.
- Tu druga drużyna.- Melduje się nowy uczestnik. – Podrywamy się i korzystając z osłony terenowej, docieramy do połowy ścieżki. Przy kolejnej próbie poderwania się otrzymujemy ostrzał z kałasznikowa, mam jednego rannego i widzimy uciekającego w kierunku wioski Afgańczyka.
- Tu strzelec z trójki. Widzę uciekającego, ale nie mogę dostrzec, czy ma w dłoniach broń. Waham się, choć cały czas mam go na celowniku. Jeśli zostawił kałacha w krzakach, mogę być przestępcą, bo będę strzelał do nieuzbrojonego człowieka.
- Tu dwójka. Ja nie mam takich wątpliwości, strzelam krótką serią i część kul trafia w budynek za nim. Po powrocie do kraju przypomina sobie o mnie żandarmeria i aresztuje za bezprawne użycie broni i ostrzelanie obiektu niebronionego.
- Tu kierowca czwartego pojazdu! Mam to wszystko w dupie, zjeżdżam z drogi i jadę w kierunku wioski, aby zapewnić osłonę kolegom. Po trzydziestu metrach trafiam na minę…
- Tu pierwsza drużyna! Korzystając z szarży samochodów podchodzimy pod wioskę. Nadal nie widać przeciwników ani skąd prowadzą ogień!
- Tu moździerze! Co mam robić?! Strzelać czy nie?! Czekam na rozkazy!!
- Bang!… Bang!.. – Kapitan jest spokojny i metodyczny.- Kolejne dwa strzały i nie ma pan już połowy oddziału. Wszyscy czekają na rozkazy i są zdezorientowani.
- Strzelać do wszystkiego, co się rusza!.- Dziennikarz ma już dość swojej nieporadności.
- Odmawiamy wykonania rozkazu, obowiązuje nas konwencja genewska i nie chcemy trafić do więzienia po powrocie do kraju.- Meldują wszyscy.- Naprawdę, nie jesteśmy mordercami, którzy przyjechali tu postrzelać. Czekamy na rozkazy zgodne z prawem.
- Nie wiem… – Poddaje się dziennikarz.- Przecież to nie ma sensu, ja tu nic nie mogę zrobić!
- W ciągu dziesięciu minut stracił pan pięciu ludzi, nie licząc rannych. – pułkownik podsumowuje dotychczasowy bilans gry.- Ogólne straty to trzydzieści procent stanu patrolu, ale przyjmijmy, że wchodzi pan do wioski i ją przeszukuje. Okazuje się, że mieszkańcy nic nie wiedzą o talibach, bo jak zapewniają - tu mieszkają wyłącznie wieśniacy. Mają broń, ale tylko taką, na którą mają pozwolenia i nikt z niej nie strzelał. Żołnierze znajdują jednak kałasznikowa, który leżał w skrytce pod okapem zniszczonego budynku, ale nikt się do niego nie przyznaje. Przypominają sobie jednak, że był tu zwolennik terrorystów, ale pięć minut temu uciekł w góry. - pokazuje na wzgórza poza wioską.
- W trakcie akcji zginęła kobieta we wsi i starszyzna żąda ukarania winnych i złożenia odszkodowania.- Włączył się do gry major.- Jej ciało leży za ostrzelanymi budynkami i nie można w żaden sposób określić, czy zginęła od naszych kul, czy terrorystów. Nawet gdyby się okazało, że zabił ją własny mąż, jutro połowę Afganistanu będzie wiedziało, że polski oddział ostrzelał spokojną wioskę i zabijał niewinnych rolników. To samo będą twierdzili także prokuratorzy, którzy nigdy nie byli na żadnej wojnie, a swoje stopnie zawdzięczają znajomościom zza biurek i dyspozycyjności wobec przełożonych.
- Chcecie nam powiedzieć, że w swoich informacjach kłamiemy? – Zdenerwował się główny dziennikarz.- Po to było to przedstawienie?!
- Absolutnie nie - zaprzeczył kapitan. – Chciałem tylko, żebyście stanęli po drugiej stronie i poczuli jak to jest, gdy trzeba podejmować decyzję i odpowiadać za życie innych ludzi. Gdyby to wydarzyło się naprawdę… zginąłbyś, ty, ty, ty …– wskazywał kolejnych dziennikarzy. -… i jeszcze kilku. A pan, jako dowódca musiałby wytłumaczyć ich rodzinom, jak to się stało, że oni zginęli, a pan nadal żyjesz. Myślisz, że byliby w stanie to zrozumieć?

Afganistan. Relacja BOR-owika

Autor: Jan Jagoda, Władysław Zdanowicz
Wydawnictwo: Branta
Wydanie polskie: 5/2009
Liczba stron: 248
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61668-03-9
Cena z okładki: 9,99 zł


blog comments powered by Disqus