"Opowieści ery mroku"


Kolejne nieudane zaklęcie rozpłynęło się w powietrzu. Wykończona osunęłam się na kolana.

- Co się stało tym razem? - spytał Mistrz, nawet na mnie nie patrząc. Zawsze tak robił, wydawało się, że czytał jedną ze swoich magicznych ksiąg, ale jednocześnie uważnie śledził moje starania. Był magiem, więc nie musiał patrzeć, żeby widzieć.

- Przestraszyłam się. - przyznałam ze wstydem.

Dwa słowa, jak w dwóch słowach wyrazić TEN stan. Uczucie niebytu. Zalewające umysł i ciało fale całkowicie skrajnych uczuć. Gorąca i zimna, ciemności i światła. Jak opisać ten moment, kiedy zagłębiam się w sobie do tego stopnia, że przestaję już być sobą? Przestaję czuć siebie. Kiedy w moich palcach pojawia się siła, której nie potrafię pojąć. Której nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

- Przestraszyłaś się? - tym razem spojrzenie Mistrza skoncentrowało się na mnie, przeszyło mnie na wskroś.

- Przepraszam. - szepnęłam, prawie niedosłyszalnie.

- Jak chcesz nauczyć się zaklęcia, którego się boisz?

- Przepraszam. - powtórzyłam jeszcze ciszej.

- Nie przepraszaj. - westchnął Mistrz. Spojrzałam na niego i przez chwilę zdawało mi się, ze mam przed sobą zmęczonego życiem starca. Tylko przez chwilę, potem obraz zamazał się i Mistrz znowu był sobą. I nie byłam w stanie powiedzieć nic na temat jego wyglądu. Nie był stary ani młody, przystojny, ani szpetny. Był po prostu Magiem.

Wbił we mnie spojrzenie swoich przerażających oczu, jego świadomość wniknęła do mojego umysłu, doszukując się setna problemu. Oglądał ostatnią próbę w sposób, w jaki ja nigdy nie umiałam patrzeć.

- Dlaczego boisz się ciemności? - spytał, nie przerywając połączenia.

Ciemność. Strach. Śmierć. Nieznane. Ukryte. Tajemnicze. Mroczne. Złe. Coś, co mnie pochłonie i już nigdy nie będę sobą. Nie będzie mnie wcale.

- Nie wiem. - odpowiedziałam głośno.

- Rozumiem. - Mistrz powoli skinął głową.

Tego dnia nie odezwał się już do mnie ani słowem. Do tematu wrócił kilka miesięcy później. Trzy dni przed świętem Samhain.

- Czy wiesz, jakie święto się zbliża? - zapytał.

Skinęłam głową.

- Odpowiedz - zażądał.

- Święto zapalania świec. - odpowiedziałam.

- To nazwa dla pospólstwa. - lekko wydął wargi. - Dla nich każde święto, podczas którego zapala się świece, jest świętem świec. Zbliża się święto zmarłych, święto nadejścia ciemności. Czy wiesz, co oznacza to święto?

Skinęłam głową, wiedziałam o tym, zanim jeszcze zostałam wiedźmą. Mistrz patrzył na mnie, oczekując odpowiedzi, powiedziałam więc głośno:

- Ciemność zapanuje nad światem. Zapalamy światła, żeby przepędzić ją z naszych domów. Palimy świece na grobach, żeby nie obudziła naszych zmarłych.

Mistrz znowu się skrzywił.

- Mówisz o tym tak po prostu. Mówisz, jakbyś nie była wiedźmą. Jakbym nigdy nie opowiadał ci o odwiecznym tańcu Światła i Ciemności, o równowadze sił. Nie chodzi o to, żeby odgonić Ciemność, tego nie da się zrobić. Wiesz, dlaczego magowie przywdziewają na ten dzień czarne szaty? - spytał.

Tak, wiedziałam, ale tym razem zabrakło mi słów, żeby odpowiedzieć głośno.

- Magowie w tę noc utożsamiają się z Ciemnością. - powiedział Mistrz. - Witają ją z radością, bo rozumieją, że nie ma Światła bez Ciemności, ani Ciemności bez Światła, a każde z nich ma na ziemi swój czas i swoje miejsce. Musisz poznać jedno i drugie, jeśli chcesz korzystać z Magii. Rozumiesz?

Milczałam przez jakiś czas.

- Nie bardzo - przyznałam wreszcie.

- A więc słuchaj mnie uważnie. Nie możesz być wiedźmą, jeśli boisz się korzystać z mocy. Bo jeśli się boisz, to znaczy, że nie ufasz samej sobie.

- Nie wszyscy Magowie korzystają z Czarnych Mocy. - próbowałam się bronić.

- W ogóle mnie nie słuchasz. Wszyscy Magowie wiedzą, czym jest Ciemność i nie boją się jej, bo respekt to coś innego, niż strach. Niektórzy świadomie odrzucają Czarną Magię, ale żeby coś odrzucić, trzeba to najpierw poznać.

Wstrzymałam oddech, bojąc się tego, co miało teraz nastąpić.

- Oto, co zrobimy. - Mistrz ciągnął nieubłaganie. - Udasz się w podróż. Sama. Udasz się na północ, bo stamtąd nadciągnie Mrok. Pojedziesz na pustkowie i tam staniesz naprzeciw całkowitej Ciemności. Tam dokonasz wyboru. Albo pokonasz swój strach i poznasz prawdziwy Mrok, łącząc się z nim ciałem i duszą, albo wrócisz do domu rodziców i przestaniesz być moją uczennicą. Przestaniesz być wiedźmą.

- Nasz Pan wybrał mnie na wiedźmę. - przeraziłam się. - Tylko umierając mogę przestać mu służyć.

- Tym ja się zajmę. - powiedział Mistrz pewnym siebie głosem. I chyba tylko inny Mag mógłby zrozumieć, na jakie naraża się niebezpieczeństwo, występując przeciw rozkazom swego Pana. - W końcu, nie przysięgałaś mu jeszcze jako wiedźma.

W pierwszej chwili byłam mu niewypowiedzianie wdzięczna, że narażał się na gniew Pana specjalnie dla mnie. Potem zaczęłam się zastanawiać, czy on chciał mi pomóc, czy może po prostu miał mnie dość.

- Nie chcę cię odsyłać, dziecko. - Mistrz bezbłędnie odgadł moje myśli. - Robię to dla twojego dobra. Jeśli nie przestaniesz się bać Magii, to pewnego dnia Magia cię zniszczy.


Ruszyłam o świcie następnego dnia. Mistrz przygotował wszystko, czego mogłabym potrzebować w drodze: wspaniałą klacz, ciepłe ubrania, pieniądze i prowiant. Zrobił wszystko, żeby mi pomóc, teraz pomyślność mojej misji zależała już tylko ode mnie. Wyjechałam z pałacu, pełna wiary w siebie. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś mogłoby pójść nie tak.

Ludzie ustępowali mi drogi, widząc mój czarny płaszcz i srebrny amulet na szyi. Widzieli, że jestem wiedźmą. Trochę mnie zaskakiwał ich szacunek. Nawet się nie domyślali, że jeszcze rok temu byłam jedną z nich. Teraz, w bogatej szacie i na wspaniałej, czarnej klaczy, wyglądałam bardziej jak szlachecka córka, niż jak dziewczynka ze wsi.

Jechałam przez cały dzień, nie spiesząc się, ale i nie ociągając. Robiłam przerwy, tylko wtedy, gdy ja, albo moja klacz tego potrzebowałyśmy, ale nie częściej. Jechałam, by stawić czoło wyzwaniu, jakie postawił przede mną mój Mistrz i wyjść z niego zwycięsko. Nie straszne mi były żadne próby. Nie bałam się nawet Mroku.

I dopiero, gdy słońce zaszło, gdy jasny dzień zaczął zamieniać się w wieczór. Gdy cienie zaczęły się poruszać, mącąc mój wzrok. Popędziłam klacz, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ludzkiej siedzibie. Dotrzeć do jakiegoś światła.


Z okna wynajętego pokoju obserwowałam gęstniejący mrok. Ścianę ciemności potężną, jak mur wokół pałacu mojego pana. Była coraz bliżej i tylko wątły płomyk świecy odgradzał mnie od niej. A cienie, jej wysłannicy, były nawet w moim pokoju, kryły się po kątach. Obserwowały mnie uważnie, same pozostając poza zasięgiem wzroku.

Spałam przy zapalonej świecy.


Następnego dnia wyruszyłam dużo ostrożniej i z dużo mniejszym entuzjazmem. Starałam się nie myśleć o czekającym mnie zadaniu, a jednocześnie nie mogłam myśleć o niczym innym. Jechałam, aby zmierzyć się z tym, czego się najbardziej bałam. W momencie, gdy na niebie świeciło jasne, jesienne słońce, łatwo byłoby mi powiedzieć: "Nie boję się ciemności", ale wiedziałam, że jak tylko zapadnie zmrok, mój lęk powróci. Chwyci mnie za gardło i przygnie do ziemi. Sprawi, że nie będę w stanie myśleć o niczym, tylko o uwolnieniu się od niego. I to za wszelką cenę. Wiedziałam, że tego nie wytrzymam, że znowu ucieknę. Do światła, do ludzi.

Koło południa dotarłam do niewielkiego miasteczka. Zjadłam obiad w najlepszej (jedynej) gospodzie, a w czasie, gdy stajenny zajmował się moją klaczą, wyszłam na ulicę. Obserwowałam prostych ludzi, ich życie, ich radości, przygotowania do zbliżającego się święta. Nie napawałam się już szacunkiem, z jakim schodzili mi z drogi. Nie czułam się lepsza od nich. Nie czułam się wiedźmą, czułam się jak tchórz. Gdyby ktokolwiek zobaczył moje wnętrze, czy odnosiłby się do mnie z szacunkiem? Już nawet ja nie wierzyłam, że jestem w stanie przejść próbę. A co, jeśli mi się nie uda? Miałabym na powrót stać się zwykłą dziewczyną. Przecież to niemożliwe. Za dużo przeszłam, za dużo się nauczyłam, za bardzo się zmieniłam. Już nigdy nie będę tym, kim byłam. Jeśli nie przejdę próby, nie będzie dla mnie przyszłości.

Westchnęłam zrezygnowana. Niby jak miałam przejść próbę. Jak miałam pokonać Ciemność? Jak miałam pokonać Ciemność, skoro uciekałam, gdy tylko ją widziałam? Kolejne westchnienie. Jeśli stanęłabym naprzeciw Ciemności, jeśli chociaż spróbowałabym ją pokonać, może mogłabym wrócić do Mistrza i powiedzieć, starałam się. Ale ja zawsze uciekam.

W takim razie, może nie powinnam walczyć z Ciemnością. Muszę walczyć z samą sobą. Siebie mogę chociaż spróbować pokonać.

Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w horyzont. Zastanawiałam się. Do następnego miasteczka powinnam dotrzeć późnym popołudniem. Jeśli przejadę przez nie, nie zatrzymując się, do zmroku zostaną mi jeszcze dwie godziny jazdy. Dwie godziny, podczas których nie dojadę donikąd. Tę noc spędzę sama na pustkowiu. Nie spotkam jeszcze prawdziwej Ciemności, Ona nadejdzie dopiero jutro, ale nie będę miała dokąd uciekać, będę musiała pokonać swój lęk. Nie mogłam pokonać Ciemności, ale mogłam pokonać siebie. Czas zastawić na siebie pułapkę.


Pułapka. Jadąc przez powoli gęstniejący mrok nie mogłam zrozumieć, co mnie podkusiło, żeby się w to wpakować. Nie rozglądałam się na boki, ale czułam Cienie kłębiące się wokół mnie. Czułam, że One tam są. Czułam ich obecność. Kątem oka dostrzegałam Ich nieznaczne poruszenia. Cienie. Istoty, które mogą istnieć tylko w Ciemności. Które z niecierpliwością oczekują Jej nadejścia. Które budzą się tylko dla Niej, tylko w Niej.

Klacz zatrzymała się nagle, zarżała niespokojnie. Wiedziałam, w jakiś sposób wiedziałam, że Coś stanęło nam na drodze. A choć wytężałam wzrok, wpatrując się Ciemność przed nami, nie potrafiłam odróżnić mroku nocy, od jego czarnego ciała. I choć z napięciem wsłuchiwałam się narastającą ciszę, nie potrafiłam odróżnić zwykłej nocnej ciszy, od Ciszy zrodzonej z jego obecności. Mimo to wiedziałam, że Coś jest przed nami. A świadomość, że nie potrafię tego wyczuć, a To bacznie mnie obserwuje, doprowadzało mnie do szaleństwa.

- Dokąd jedziesz? - szept tak delikatny, że ledwie słyszalny. Jakby rozbrzmiewał tylko w mojej głowie. Zmroziła mnie czyjaś mroczna obecność, czułam, jak ze strachu jeżą mi się włoski na karku.

- Zejdź mi z drogi. - powiedziałam, choć głos mi drżał.

- Nie ma już nic. Nic. Odejdź. - rozbrzmiewał szemrzący głos, a ja miałam wielką ochotę go posłuchać. Ale nie miałam dokąd wracać.

- Nie mogę. - odpowiedziałam, sztywno kręcąc głową. Łzy napłynęły mi do oczu, czyżby tak miało się to wszystko zakończyć?

- Nadchodzi Ciemność. - szeptał, podpełzając bliżej. - A my zapowiadamy Jej nadejście. Budzimy jej sługi. Tylko oni mają prawo połączyć się z nią. Pozostali...

Cisza, którą pozostawił, przeraziła mnie bardziej, niż jakiekolwiek słowa. Cień przysuwał się do mnie, wyczuwając mój strach, napawając się nim. Wiedział, że nie byłam w stanie się obronić.

- Idę spotkać się z twoją panią! Przepuść mnie do niej. - powiedziałam głośno.

Cień zatrzymał się.

- Kim jesteś? - spytał.

- Wiedźmą.

- Jesteś wiedźmą? - spytał głosem pełnym napięcia. Czułam, że ma ochotę podejść bliżej, a jednocześnie bardzo się mnie boi. To dodało mi pewności siebie.

- Zejdź mi z drogi. - powiedziałam z taką siłą, na jaką tylko mnie było stać. - Idę spotkać się z twoją panią.

Cień bardzo niechętnie usunął się na bok. Kopnęłam klacz, zmuszając ją do pełnego galopu. Pędziłam na złamanie karku. Jakby goniły mnie wszystkie demony. Nie zwolniłam, nawet kiedy klacz zaczęła się potykać. Jedną ręką trzymałam się kurczowo końskiej grzywy, drugą przygotowywałam zaklęcie ognia. Gdy tylko wybiegłyśmy na otwarty teren, uwolniłam zaklęcie i z utęsknieniem wpadłam w krąg światła. Wątłe ognisko dawało mi chociaż złudzenie bezpieczeństwa.

Przez ponad pół nocy siedziałam skulona przy ogniu. Bałam się, ze jak tylko zamknę oczy, światło zniknie i pochłoną mnie ciemności. Klacz najspokojniej w świecie skubała trawę w okolicy, jakby nie pamiętała spotkania z Cieniem. Już miałam zaufać jej instynktowi, podzielić jej spokój i odpocząć przed jutrzejszym spotkaniem, gdy w oddali usłyszałam zew Nocnych Łowców. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wilki choć polują w nocy, nie są sługami Ciemności. Wtedy czułam jedynie paraliżujący strach, strach tak potężny, że nie byłam wstanie nic zrobić, kiedy moja klacz zerwała się i zniknęła w ciemności. Skuliłam się tylko jak najbliżej ognia, tak mała, mało znacząca, niezauważalna, jak tylko potrafiłam być.

Nie wiem, kiedy usnęłam, kiedy się obudziłam, byłam zupełnie sama. Co gorsza, nie miała pojęcia, gdzie jestem. Podczas nocnej szarży musiałam zjechać ze szlaku.

Słońce świeciło wysoko na niebie, ale daleko, na północy zaczynała już formować się Ciemność. Wzdrygnęłam się mimo woli, moja droga prowadziła właśnie tam. Stałam jak zauroczona, wpatrując się w falę cienia rozlewającą się daleko przede mną. Tutaj, na tym pustkowiu zobaczyłam ją po raz pierwszy. I dopiero tutaj zaczęłam rozumieć, czym tak naprawdę ona jest. Wszystko, co do tej pory brałam za ciemność było zaledwie jej namiastką, nieudolną podróbką. Było niczym, w porównaniu z tą wszechmocną siłą.

Jak zahipnotyzowana ruszyłam w jej stronę. Czułam jej wołanie, zew, któremu nie potrafiłam się oprzeć, na który moja dusza odpowiadała. Szłam w jej stronę, tak jak ćma leci w stronę ognia.

Czułam w sobie dziwną pustkę. Ten przerażający rodzaj spokoju, jakby wszystko, co do tej pory robiłam, wszystko, czym byłam, przestało mieć znaczenie. A jednocześnie dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że żyję. Moje ciało nareszcie należało do mnie. Zmysły mi się wyostrzyły. Wiatr na twarzy był chłodniejszy, bardziej rześki. Światło słońca jaśniejsze, kontury bardziej wyraźne, kolory żywsze. Dźwięki... zapachy... Jakbym dopiero w tej chwili zobaczyła wszystko to, co dawniej było tylko tłem. Nagle zdałam sobie sprawę, ile różnych doznań dociera do mnie w każdej sekundzie, na większość z nich wcześniej nie zwracałam uwagi. Jednocześnie zdobyłam świadomość swojego ciała. Czułam krew krążącą w żyłach, bicie serca, impulsy myśli, kurcze mięśni. Całą złożoność organizmu. Każde doznanie, każdy mój ruch, każda myśl, były ostre, jak nigdy dotąd. Do tej pory żyłam, żeby żyć, z przyzwyczajenia, bo inni tak robią, bo ktoś mi kazał. Przez tą jedną krótką chwilę czułam świadomość swojego istnienia. Czułam w sobie siłę, której się nie spodziewałam. Trochę mnie ona przeraziła.

Taki stan nie może trwać długo. Gdy pierwszy raz przystanęłam, zamknęłam oczy, próbując opanować myśli, gdy choć na chwilę się zawahałam, wszystko znikło. Znowu byłam zupełnie sama w zupełnie obcym i wrogim mi miejscu. Intruz. Odwróciłam się i pędem wróciłam do punktu, w którym spędziłam noc. Tu czułam się choć odrobinę bezpieczna. Zaczęłam szukać śladów końskich kopyt. Wystarczyło je znaleźć i ruszyć za klaczą. Ona, kierowana instynktem na pewno odnalazła dom, ludzi, światło.

Przecież nie każdy musi być wiedźmą. Może ja się po prostu do tego nie nadaję. Pisany mi jest inny los. Tylko jaki?

Znowu spojrzałam w Ciemność. Tylko przez chwilę, żeby nie porwał mnie jej dziwny czar, ale i tak zauważyłam, że mrok znacznie się przysunął. Za dwie, może za trzy godziny miała mnie dosięgnąć. Nie mogłam jej uciec.

Świadomość, że nie ma już dla mnie powrotu wcale mnie nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie, z tym większą gorliwością zaczęłam szukać śladów kopyt, a gdy je znalazłam, bez wahania ruszyłam za klaczą.

Zatrzymałam się po kilkuset krokach.

- Co ja robie? - zapytałam głośno.

Przecież nie mogłam uciec. Ciemność i tak znalazłaby mnie. Znalazłaby mnie uciekającą. Znalazłaby odrażającego tchórza. Którym zresztą jestem.

Powoli, bardzo powoli wróciłam do mojego wygasłego ogniska. Wolniej nie mógłby iść skazaniec w stronę szubienicy. Tu zatrzymałam się na chwilę, niepewnie spojrzałam na rosnącą Ciemność. Co za różnica, gdzie się z nią spotkam? Czy tu, czy tam i tak pozna we mnie tchórza. Nie oszukujmy się, byłam tchórzem. A jeśli odnajdę klacz, to być może uda mi się jeszcze uciec. Zawróciłam, przeszłam parę kroków. No tak, ucieknę, ale co dalej?

Przeszłam jeszcze parę kroków i zawróciłam. Szłam w stronę Ciemności, ale po chwili znowu wróciłam. Byłam bliska łez. Wahanie, wciąż wahanie. O ile łatwiej byłoby podjąć decyzję i trzymać się jej choćby niewiadomo, co się działo. Niczego nie żałować i niczego się nie bać.

A przecież decyzja już dawno została podjęta. Brakowało mi tylko odwagi, by się jej trzymać. Odwagi i siły. Bogowie! Dajcie mi siłę! Taką siłę, jaką czułam w sobie, gdy po raz pierwszy spojrzałam w Ciemność.

Odetchnęłam głęboko, próbując zapanować nad własnymi myślami. Musiałam być silna. Już wcześniej wypatrzyłam niewielkie wzniesienie, z którego mogłam obserwować równinę przede mną i las za mną. Postanowiłam, że tam powitam Ciemność.

Wspinaczka, wysiłek fizyczny, dały mi chwilę wytchnienia, pozwoliły mi się uspokoić.

Kiedy dotarłam na szczyt, słońce właśnie zachodziło. Przez kilka sekund miałam nadzieję, że nie skryje się za horyzontem, że nie zostawi mnie samej. Tak bardzo nie chciałam być sama. A potem słońce zniknęło. Nie było już Światła. Odwróciłam się powoli, bardzo powoli.

Ciemność nadpełzała nieuchronnie. Pochłaniała wszystko, co stało jej na drodze. Nie ważne, żywe, czy martwe, naturalne, czy stworzone przez człowieka. Nic się przed nią nie uchroni. Obserwując jej nadejście czułam się mała, nic nie znacząca. Bo czym byłam wobec tej wszechogarniającej potęgi?

Patrzyłam jak zauroczona, kiedy Ciemność gęstniała coraz bliżej mnie. Bałam się jej, ale nie mogłam oderwać wzroku. Tak, Ciemność przerażała mnie, ale i fascynowała. Przyciągała. Przyzywała.

I dopiero, gdy pierwsze, zimne macki Ciemności dopchnęły moich rąk, wyrwałam się z hipnozy.

Odwróciłam się i uciekłam. Biegłam na złamanie karku. Potykałam się, wstawałam, biegłam dalej. Byle tylko nie odwracać się za siebie. Byle nie myśleć o tym, co za mną.

W końcu nie miałam siły już dalej biec. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Uspokoiłam się trochę, przecież nie mogłam bez końca uciekać. Odwróciłam się i ponownie spojrzałam w Mrok.

Jakkolwiek wytężałam wzrok, widziałam tylko Czerń. Za tą zasłoną mogło kryć się wszystko. Wszystko to, czego się najbardziej bałam. A mimo to musiałam przez nią przejść.

Chwiejnie stanęłam na nogi. Tym razem nie cofnęłam się, kiedy Ciemność dotknęła moich rąk. Ona, ośmielona tym wyrazem zaufania, przysunęła się jeszcze bliżej. Była tak blisko, że przestałam zdawać sobie sprawę, gdzie kończy się Ona, a zaczynam się ja.

Mój umysł ogarnęła panika. Otworzyłam usta w bezgłośnym krzyku. Nie chciałam tego. Nie chciałam przestać istnieć. Nie chciałam rozpłynąć się w Ciemności. Przyszłam tu, żeby się z nią połączyć, nie, żeby zostać wchłoniętą.

Siłą woli odsunęłam siebie od Ciemności. Stałyśmy chwilę naprzeciw siebie, bacznie się obserwując. Próbując się poznać, ocenić.

Tym razem to ja postąpiłam krok do przodu i weszłam w Mrok. Czułam, że Ciemność mnie otoczyła, ale zamiast jej odpychać, otuliłam się nią, jak czarnym płaszczem. Wdychałam czarne powietrze. Ciemność była w moich płucach. Ciemność krążyła w moich żyłach. Ciemność dotarła do mojego serca. Ciemność wypełniła moje myśli.

Oddałam się jej całkowicie, a ona udzieliła mi swojej siły. Na krótką chwilę stałyśmy się jednością.

I mimo tak całkowitego połączenia, nigdy tak naprawdę nie zrozumiałam, czym właściwie ona jest. I nigdy nie przestałam się jej bać.

Pozostałam na pustkowiu tylko tak długo, żeby przekonać samą siebie, że pokonałam swój strach. Nie wyzbyłam się go, ale go pokonałam. Zaraz potem wróciłam do świata ludzi.

 

 

Foto: www.mythinglinks.org/Samhain.html



blog comments powered by Disqus