Yuu Kamiya "No Game No Life" #1 - recenzja light novel


www.gildia.pl
No Game No Life - 1 (light novel).
Dostępność: 1-2 dni robocze
Cena: 17,40 zł 24,99 zł
dodaj do koszyka

Bywało (o wiele) lepiej

Z miejsca zaznaczę: mam problem z nowelką Yuu Kamiyi No Game No Life. Z jednej strony jako czytelnik źle się czuję w klimatach ecchi (lekkiej erotyki), gier komputerowych, rodzinnej dramy oraz loli (podtekstów związanych z bardzo nieletnimi dziewczętami) – serwowanych naraz. sięgam po josei/seinen/shoujo. Z drugiej – prościutkie, fantastyczne historie z motywem nastoletniego angstu, które sprawdzają się w mandze, w formie książkowej często wypadają blado (zwłaszcza, gdy autorowi brak warsztatu). Ale ze strony trzeciej – przebobrowałam fora i grupy mangowe, gdzie widzę ogromne zadowolenie czytelników i sporo słów uznania, czasem nawet gorącą obronę nawet kiepskich stron nowelki. Dlatego postaram się poniżej napisać w miarę bezstronnie, co dobrego, a co złego (i bardzo złego) znajdziecie w pierwszym NGNL.

Osiemnastoletni Sora i jedenastoletnia Shiro to para społecznych wyrzutków – ona zbyt inteligentna, żeby inni mogli ją zrozumieć, on zbyt... głupi. Spędzają czas tylko ze sobą, zamknięci w pokoju, w którym grają w gry online. Razem są "[ ]" – najlepszym graczem świata, wygrywającym każdą grę. Dlatego nie mogą oprzeć się pokusie tajemniczego zaproszenia od kogoś, kto zdaje się wiedzieć o nich wszystko. Przyjmują wyzwanie, wygrywają i... zostają przeniesieni do Disboard, świata, w którym konflikty, nawet na najwyższym szczeblu, rozwiązuje się grami. Zamieszkuje go wiele ras, a ludzie są w największych kłopotach...

Fabuła

Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Fabuła jest prosta, dość przewidywalna (bo co może zrobić para najlepszych graczy w świecie, gdzie gra decyduje o wszystkim?), postaci może nie zaskakujące, ale przyjemne i łatwe do prowadzenia. Mogłoby być z tego bardzo przyjemne czytadło. A jednak coś nie zagrało. Z jednej strony Yuu Kamiya sam przyznaje, że NGNL to jego literacki debiut – wcześniej miał za sobą współpracę artystyczną przy serii Itsuka Tenma no Kuro Usagi, a na mangakowym koncie – kilka doujinów, dwie niedokończone mangi (EArTH ∞ i Greed Packet) i jedną ukończoną (EArTH), wszystkie charakteryzujące się naciskiem raczej na artystyczne pantyshoty niż porządne wątki. Dlatego w No Game No Life doskonale widać wszystkie błędy debiutanta, na dodatek przyzwyczajonego do pisania scenariuszy komiksu, a nie tekstów fabularnych.

Na dość denerwującą całość składa się miliard drobiazgów. Przykładowo Sora i Shiro przybywają do zupełnie obcej krainy, ale już w następnej scenie nie mają problemu z rozmowami z mieszkańcami, ogrywaniem ich w pokera czy słownymi potyczkami. Jednocześnie kilka scen dalej okazuje się, że ludzie w Disboard posługują się innym językiem – bo nasi bohaterowie nie mogą w nim czytać i muszą się tego nauczyć. Co też robią – w godzinę. Jaki zamysł miał autor, co nim tutaj kierowało? Nie wiadomo.

Podobnie "interesująca" jest scena, w której Sora odbiera swoją wygraną od Stephanie, siedemnastolatki z królewskiej rodziny. Jakkolwiek zasada "zawieszenia niewiary" podczas lektury fantastyki mogłaby wyjaśnić, dlaczego dziewczyna zakochuje się w nim w ciągu sekundy – skoro miałoby to oparcie w zasadach rządzących magią tego świata. Ale trudno już usprawiedliwić, jak ta sytuacja przeradza się w konkretną próbę gwałtu (a przynajmniej porządne macanko), któremu sekunduje jedenastolatka chcąca nakręcić telefonem porno, żeby jej brat mógł go używać w przyszłości do masturbacji.

Jednocześnie trzeba przyznać, że od mniej więcej połowy książki jest lepiej. Zarówno pojedynki w grach są ciekawiej i składniej opisane (gra w szachy jest tu naprawdę fajnie przedstawiona), a takich wpadek jak wyżej jest stanowczo mniej. Akcji robi się więcej i jest ciekawsza, autor mniej koncentruje się na pantyshotach (tak, w książce, w trakcie narracji...). I powtórzę też to, co zawarłam we wstępie: podobne sceny jak najbardziej mogłyby się obronić w mandze dla nastoletnich chłopców. Co więcej, czytając, ma się wrażenie, że część z tych elementów przygotowana była raczej jako scenariusz, wzbogacony potem o opisy.

Postaci

Wbrew wszystkiemu Kamiyi poszło stanowczo lepiej z postaciami, niż przy konstruowaniu fabuły. Główna para, Sora i Shiro, są może dość klasycznym przykładem duetu zbudowanego na kontraście (ona: mała, młodziutka, białe włosy, spokojna, hiperinteligentna; on: wysoki, niezbyt mądry, czarnowłosy, ale za to ze świetną intuicją społeczną). Ich relacje jako rodzeństwa są nawet ciekawe. Widać tu zaufanie, które pokładają w sobie nawzajem, przywiązanie, a także to, jak uzupełniają się nawzajem. Nieco dziwi (a w moim przypadku nawet drażni) częste stosowanie erotycznych podtekstów – jeśli ktoś jest fanem wątków typu incest i loli, zapewne będzie zadowolony, ale jednak nie każdemu nagie sceny z jedenastolatką w roli głównej i jej chęć do wskoczenia za jakiś czas do łóżka bratu podpasują.

Inni bohaterowie są potraktowani raczej schematycznie. Na dobrą sprawę jak na razie mamy do czynienia tylko ze Steph, księżniczką zakochaną w Sorze, oraz Zell, dziewczyną, która wchodzi w układ z elfami. Widać tu potencjał, który może uda się ładnie rozwinąć – zobaczymy.

Warsztat

Niedostatki warsztatowe Kamiyi po prostu widać jak na dłoni. Początkowe niezręczności fabularne, niejasności i wprowadzanie scen z podtekstem w losowych momentach to jedno. Drugie – powtórzenia. Jakkolwiek przypominanie o rządzących Disboard zasadach może być zrozumiałe ze względu na formę publikacji (początkowo No Game No Life ukazywało się w czasopiśmie rozdziałach), tak zwrócenie na przestrzeni dwóch stron trzy razy uwagi na to, że Sora jest osiemnastoletnim prawiczkiem to już stanowcza przesada. A takich momentów jest niestety trochę -– im dalej, tym mniej, ale jednak rażą. Widać jednak, że autor się rozwija, może więc później da się to czytać bez zgrzytania zębów?

Technikalia

Wydanie jest od strony drukarskiej bez zarzutu: wygląda ładnie, ilustracje są wyraźne, zamieszczono też wszystkie, barwne i czarno-białe, które były w oryginale. Obwoluta wygląda estetycznie, całość prezentuje się naprawdę porządnie. Od strony edycyjnej jednak nie można nie wspomnieć o błędach. I to nie pojedynczej literówce – tekst sprawia wrażenie, jakby do druku poszła wersja przed ostatnią korektą.  Być może dlatego znajdziemy czasem wręcz epickie literówki ("koszystali"). Ale spacje i przecinki w losowych miejscach lub ich brak? Zdarzają się. Ucinanie zdań? Również: "Zell dysponowała natomiast dużo potężniejszymi umiejętnościami, których. Była w stanie przeciągnąć na swoją stronę każdą bierkę na planszy". Formy gramatyczne? Także bywają przekręcone. Trudno powiedzieć, z czego to wynika, gdyż Waneko dotąd nie prezentowało czytelnikom fuszerek – może i zdarzała się jakaś literówka, ale raz na ruski rok. Uznaję na ten moment, że pierwszy tom NGNL to wypadek przy pracy – ale czujcie się ostrzeżeni.

Podsumowując

Osobiście nie wrócę do tej serii. Jest zupełnie nie w moim stylu: na co dzień wolę sięgnąć po Gangstę, też od Waneko, czy tytuły pokroju Ality niż podobne naiwne historyjki z cyckami w tle. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest duża grupa odbiorców, która ten tytuł polubi. Z jednej strony to ci, którzy mają już za sobą mangową adaptację NGNL albo anime na podstawie nowelki – wśród nich jest wielu fanów, którzy sięgnęli po książkę i nawet ją sobie chwalą. Z drugiej – młodzi odbiorcy, głównie chłopcy, którzy szukają lekkiej, prostej i niewymagającej lektury, w sam raz do łyknięcia na dwa razy. Im mogę polecić tę LN na próbę – ale nie gwarantuję, że będą zadowoleni, raczej jednak nie wróżę problemów. Spróbujcie, a się przekonacie. 

No Game No Life #1 (light novel)

Autor: Yuu Kamiya
Wydawnictwo: Waneko
Wydanie polskie: 7/2016
Oprawa: miękka w obwolucie
Papier: offset
Druk: cz.-b.
ISBN-13: 9788380960572
Cena z okładki: 24,99 zł



blog comments powered by Disqus