Zlaty bad boy – recenzja książki "Ja, Ibra"

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Bool
11 czerwca 2012

Nadęty pajac, który zawsze wszystko wie lepiej, czy piłkarski geniusz, któremu warto podporządkować strategię drużyny? Odpowiedź na to pytanie w przypadku Zlatana Ibrahimovicia nie jest prosta. Kiedy jego emploi przechyla szalę na rzecz pierwszej z tych opcji, wyniki sportowe zdają się świadczyć o czymś wręcz przeciwnym. A jak sam siebie widzi „Ibrakadabra”? O tym właśnie jest ta książka.

Wspomnienia Ibry, sformatowane do wymiaru czytalnego przez szwedzkiego dziennikarza Davida Lagercrantza, to swoisty autopanegiryk. Nie może być inaczej, skoro Zlatan to w Kraju Trzech Koron niekwestionowany bohater. Człowiek, który osiągnięciami, przynajmniej klubowymi, przerasta swych rodaków podobnie jak większość piłkarzy wzrostem – o głowę. Niemniej, zafascynowany własną „fajnością”, nie potrafi się od niej uwolnić.

O swym dzieciństwie mówi: ciężkie, ale zaraz dodaje: ono mnie ukształtowało. I rzeczywiście, pchnęło ku wielkiej karierze poprzez rozwijane w samotności umiejętności indywidualne; przez drastyczne doświadczenia i zderzenia z rzeczywistością innego świata uchroniło przed stoczeniem w nałogi czy na margines. Z drugiej jednak strony to właśnie przez nie Ibra stał się indywidualistą, niezdolnym chyba do przekroczenia pewnych granic, by wznieść się na sam szczyt.

To prawda, że jest jednym z najlepiej zarabiających piłkarzy świata. To prawda, że gdzie się pojawi, zwykle zdobywa mistrzostwo kraju. Wchodzi przecież do ekip mocnych. Ale gdy przychodzi do starć w europejskich pucharach, wszystkie mentalne słabości wychodzą na jaw. Ibrahimović uwielbia być zwycięzcą. Jak sam pisze, odpowiada mu rola przywódcy. I może na lokalnych „podwórkach” starcza mu na to charyzmy. Jednak do bycia prawdziwym liderem i „pójścia do przodu” (kolejna jego mantra) jest po prostu niezdolny. Tonie w swoich wyrafinowanych kiwkach i w nich rozmienia skutecznie interes drużyny na drobne. Kiedy mu się to wytyka, jest przekonany, że cały świat sprzysiągł się przeciw niemu, bo jest odmienny i „kroczy własną drogą”.

Mówi dużo i chętnie, i, jak to zwykle on, radykalnie o swoich kolegach z dotychczasowych drużyn oraz o „sekretach” ich szatni. Jednak słowa podziękowania dla ludzi, którzy po drodze włożyli masę pracy, żeby uświadomić mu parę spraw, czegoś nauczyć, pojawiają się ledwie w jednym zdaniu, w końcówce, niczym wymuszony pierd, jaki kala trochę nieskazitelny obraz wojownika, zawsze perfekcyjnie profesjonalnego self-made-mana; twardziela, który swą przewagę nad innymi lubi kwitować czysto gangsterską dumą: „on się mnie bał”.

Ibrahimović ma też niezłomną wiarę w siebie. Niby taki luzak, który „nie przejmuje się niczym”, ale swoim krytykom najchętniej dałby w mordę. I co z tego, że zostawi za sobą spaloną ziemię? To przecież inni wciąż są winni: ten oszukał go za młodu, tamten jest „dupkiem bez jaj”… A jeśli już jakaś wina „okaże się” po stronie Ibry to, cóż, zawsze da się ją wyjaśnić „trudnym dziedzictwem z Rosengård” – „kłopotliwych” blokowisk na peryferiach Malmö, gdzie Zlatan się wychowywał. Tłumaczy to też chyba pośrednio, choć pewnie nie do końca, jak chciałby tego sam Ibrahimović, dlaczego tak często przychodzi mu zmieniać kluby. Tu przy okazji ciekawostka dla polskiego czytelnika: do Ajaxu werbuje Zlatana wysoce przezeń szanowany Leo Beenhakker…

Jednak nie tylko przy swoim „lansie” Ibra nie jest w pełni uczciwy wobec czytelnika. Kiedy pisze o swych bijatykach czy wręcz atakach na innych piłkarzy, zapomina tak jakoś nadmienić, dlaczego oni się go boją. Ma czarny pas taekwondo, wie zatem gdzie i jak uderzyć, czasem nawet swoich… Poza tym, że rozpiera go chęć wyznań o kradzieżach rowerów i okradaniu marketów, nie rozpisuje się zanadto o innych gangsterskich „zabawach” w Rosengård – za młodu, ale też wówczas, gdy był już znanym piłkarzem, a na boisku „brakło mu adrenaliny”. Wielokrotnie powtarza, że coś, co robił, „było głupie”, ale żeby nie stracić czasem pieczołowicie kreowanego wizerunku „równego ziomala”, zaraz dodaje: „Po prostu, taki jestem”.
 
Bardzo dobrym podsumowaniem tych wspomnień jest trzeźwy, rzeczowy komentarz Rafała Steca zamieszczony na końcu książki. Pozwala on zrozumieć, z jakiego pokroju mentalnością mamy tu do czynienia.

Całość stanowy bezcenny wgląd w głowę gwiazdora, który czuje się pępkiem świata. Grubaśny i obszerny, a więc zawierający wiele detali, smaczków, tematów do dywagacji, a także wartych przemyślenia tak dla tych, którzy są „za”, jak i „przeciw”.
Książka nie rozstrzygnie sporu, kim właściwe jest Ibrahimović: niezrozumianym herosem czy niedojrzałym palantem. Jeśli ktoś miał już wyrobione zdanie, po jej lekturze tylko się w nim utwierdzi. Jest tu bowiem wszystko czego po Zlatanie można by się spodziewać.
„To było szaleństwo” – lubi często powtarzać Ibra. Po przeczytaniu jego wspomnień można dodać: nie „było”. Szaleństwo trwa nadal.

Ja, Ibra

Autor: Zlatan Ibrahimović, David Lagercrantz
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Wydanie polskie: 3/2012
Liczba stron: 388
Format: 170 x 230 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788363248109
Cena z okładki: 39,90 zł



blog comments powered by Disqus