Elementarz pisarza - Rozdział 9

Autor: Andrzej "Flower" Filipczak
12 grudnia 2002

Wersja 5 czyli poprawiamy samego siebie

"Sprawdzam bez ustanku - rozdziały, sceny, akapity... Nie lubię wypuszczać z rąk opowiadania czy powieści, dopóki się nie upewnię, czy proza jest na tyle dobra, że przetrwa. [...] Niepodobna napisać pierwszego zdania, póki się nie napisze ostatniego. Jest to stwierdzenie absurdalne i wbrew moim intencjom niejasne lub zgoła niezrozumiałe, a jednak prawdziwe. Ukończenie jakiejkolwiek pracy automatycznie wymaga sprawdzenia jej efektów"1.

Joyce Carol Oates

Witam!

Mam nadzieję, że powiodło się Wam już najtrudniejsze zadanie, czyli napisanie własnej opowieści. Dziś przed Wami stoi zadanie nie mniej trudne, czyli jej poprawianie. Panie, panowie, skąd te uśmiechy? Nie wierzycie, że poprawianie jest równie trudne jak samo pisanie? A jednak tak właśnie jest. Poprawiając wyrzucamy cząstkę tego co z takim trudem wymyśliliśmy i umieściliśmy w tekście. W trakcie poprawiania, wyrzucamy rzeczy zbędne dla Czytelnika, nawet jeżeli nam samym wydają się być nadzwyczaj ważne. Wkrótce zobaczycie jakie to trudne.

Kiedy zacząć nanosić poprawki? Słyszałem o dwóch szkołach. Pierwsza, to nanoszenie poprawek na bieżąco, np. czytałem o człowieku, który przed napisaniem kolejnej strony czytał napisane dnia poprzedniego, i poprawiając je wciągał się w klimat opowieści, tak, że bez problemu mógł ją kontynuować. Aby to jednak zrobić, trzeba mieć w głowie już całą historię.
Ja osobiście jestem zwolennikiem drugiej szkoły - poprawiania po zakończeniu pisania pierwszej wersji tekstu. Dlaczego? Posłuchajmy Pearl Buck:

Mózg człowieka jest wyjątkowo leniwy. Jeżeli zaczniesz poprawiać swój tekst przed dotarciem do końca - założę się, że utkniesz i będziesz marnował czas, póki całkiem nie zrezygnujesz z pisania. Ja nie cofam się nawet wtedy, kiedy zobaczę, że zrobiłam jakiś okropny błąd konstrukcyjny albo psychologiczny. Wracam do niego dopiero po napisaniu ostatniego zdania2.

Dodatkowym argumentem przemawiającym za nanoszeniem poprawek dopiero po zakończeniu pisania, jest dość częsta sytuacja (przynajmniej u mnie), że czasami akcja wymyka się nam spod kontroli, a postacie zaczynają żyć własnym życiem, niezbyt chętnie wykonując to, co dla nich zaplanowaliśmy. Lub inaczej. Kończymy opowieść, ale czujemy, że zostało coś jeszcze do powiedzenia, że należy w naturalny sposób pozwolić postaciom zakończyć powstałe podczas opowieści wątki. Nie bójmy się tego. Najczęściej dalej to dobre efekty.
Bierzemy się więc do poprawek. W jaki sposób? Posłuchajmy Piotra Wereśniaka:

"... jeśli ze scenariusza można wyjąć jakąś scenę bez straty dla całości - należy ją wyrzucić. Jeżeli można wyjąć jakiś dialog albo postać, nie zmieniając wymowy filmu, to znaczy, że ten dialog, czy ta postać są po prostu niepotrzebne i należy je wywalić.
Dobry scenariusz powinien stanowić zwartą strukturę nie do ruszenia. Z dobrego scenariusza nie można wyjąć ani literki, bo inaczej całość się zawali. Bardzo trudno jest napisać taki scenariusz, ale, niestety, muszę przyznać, że jest to możliwe"3.

Wiem, że to trudne. Czytacie swój tekst i nie zauważacie tam niczego, co należało by wyrzucić. Idealnym wyjściem jest możliwość odłożenia tekstu na kilka tygodni na półkę, tak aby zdobyć się na odrobinę obiektywizmu i spróbować spojrzeć na własny tekst jak na cudzy. Znaleźliście coś do wyrzucenia? To wyrzucamy, przekształcamy, piszemy poszczególne sceny od nowa. W przypadkach skrajnych trzeba napisać od nowa całe opowiadanie. A więc poprawiamy. Piszemy kolejna wersję opowieści. Niech nikogo nie dziwi, że do dalszej lektury nadaje się dopiero trzecia, czwarta lub piąta wersja tekstu. Nie warto się śpieszyć. Wiem, że chcecie pokazać światu swoje dzieło jak najszybciej, ale uważajcie. Wypuszczając półprodukt niszczycie sobie reputację. Po kilku gniotach Waszego autorstwa, nikt nawet nie zechce Was dalej czytać, nawet, gdybyście wówczas napisali arcydzieło (no, może tu nieco przesadzam).

Wiem, że to trudne. Czytacie swój tekst i nie zauważacie tam niczego, co należało by wyrzucić. Idealnym wyjściem jest możliwość odłożenia tekstu na kilka tygodni na półkę, tak aby zdobyć się na odrobinę obiektywizmu i spróbować spojrzeć na własny tekst jak na cudzy. Znaleźliście coś do wyrzucenia? To wyrzucamy, przekształcamy, piszemy poszczególne sceny od nowa. W przypadkach skrajnych trzeba napisać od nowa całe opowiadanie. A więc poprawiamy. Piszemy kolejna wersję opowieści. Niech nikogo nie dziwi, że do dalszej lektury nadaje się dopiero trzecia, czwarta lub piąta wersja tekstu. Nie warto się śpieszyć. Wiem, że chcecie pokazać światu swoje dzieło jak najszybciej, ale uważajcie. Wypuszczając półprodukt niszczycie sobie reputację. Po kilku gniotach Waszego autorstwa, nikt nawet nie zechce Was dalej czytać, nawet, gdybyście wówczas napisali arcydzieło (no, może tu nieco przesadzam).

Pamiętajcie:
"Pisarze mają taką mądrą zasadę: <<Tylko grafomanom podoba się to, co napisali. Tylko grafomani zachwycają się bezkrytycznie własnym tekstem>>"4.
"Kiedy ktoś powiada, że napisał coś wspaniałego, to wiadomo, że jest wręcz przeciwnie. Kiedy określa swój utwór jako bardzo dobry, to trzeba odrzucić przynajmniej "bardzo". Kiedy mówi, ze zrobił co mógł - patrzy trzeźwo. Jeszcze właściwszą postawę zająłby wtedy, gdyby powiedział, ze następnym razem dołoży starań. Jeśli ocenia, że utwór mógłby być lepszy niż jest, i dodaje, że w przyszłości spodziewa się pisać lepiej - zapewne jego nadzieje się spełnią. Dodam jednak, że człowiek, który nie wierzy w siebie, nie doczeka się tej wiary ze strony innych"5. /Irvin S. Cobb/

Ile powinno powstać wersji tekstu? Posłuchajcie Arthura Hailey'a:

"Pierwsze szkice są z reguły naiwne, niszczę je więc, nie chcąc, żeby je ktoś zobaczył. Stopniowo dojrzewają; wzmacniam wtedy kontury i opracowuję pierwszą wersję. Mieści się ona zwykle na trzydziestu-czterdziestu kartkach maszynopisu z pojedynczym odstępem i nigdy nie ogląda światła dziennego, przynajmniej jeżeli chodzi o czytelników. Pokazuję ją swemu wydawcy, agentowi i żonie, żeby zobaczyć ich reakcje. Ciekaw jestem również co powiedzą ludzie, których poznałem gromadząc materiał i których sądy - jako specjalistów w danej dziedzinie - są dla mnie dość ważne. Później piszę drugą i trzecią wersję, a nawet - i to częściej tak niż nie - czwartą i piątą"6.

A więc poprawiajcie powoli, dokładnie, tak by nikt nie mógł się do niczego przyczepić. I jeszcze jedna rada na koniec:
"W ogóle (...) warto nie mieć dla własnego tekstu litości. Jeżeli kusi cię, by być dla siebie samego pobłażliwym, pamiętaj, że inni na pewno tacy nie będą"7.

 

Zadanie domowe:

Poprawienie Waszego opowiadania.

Przypisy:

  1. "Sztuka pisania", wyd. Galaktyka sp z.o.o., Łódź 1996, s.141
  2. "Sztuka pisania", wyd. Galaktyka sp z.o.o., Łódź 1996, s.130
  3. Wereśniak P. "Alchemia scenariusza filmowego", dodatek do "Film" nr 5/2000, Warszawa 2000
  4. Wereśniak P. "Alchemia scenariusza filmowego", dodatek do "Film" nr 5/2000, Warszawa 2000
  5. "Sztuka pisania", wyd. Galaktyka sp z.o.o., Łódź 1996, s.132
  6. "Sztuka pisania", wyd. Galaktyka sp z.o.o., Łódź 1996, s.135
  7. Ziemkiewicz R.A. "Elementarz pisarza" w "Fenix" nr 1/1995, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1995


blog comments powered by Disqus