Dyżur Literacki - Magdalena Kozak

Autor: Bool
7 stycznia 2010

NocarzMagdalena Kozak z upodobaniem gromadzi doznania ekstremalne. Nie tylko jest lekarzem, ale na dodatek zamieszkała daleko od szosy wraz z przybocznym zoo: dwoma końmi, krową, trzema kozami, dwoma kotami, trzema psami, wężem, legwanem, plagą myszy i wysoce zmienną ilością kur. No i jeszcze z mężem, którego wyskakała sobie ze spadochronem.
Zapewne gwoli odreagowania ciężkiego losu lekarza Magda skacze ze spadochronem, strzela i uprawia sporty walki.
I pisze również fantastykę.
Jej debiutancki cykl o wampirach, przyczajonych ABW, przebojem zdobył czytelników fantastyki oraz sensacji.
“Vesper, renegat, żywiołowo sprzeciwia się wizerunkowi Polaka jako cichego, stłamszonego kombinatora. Z takim facetem wygralibyśmy II wojnę światową i wszystkie powstania i ukarali skorumpowanych urzędników. W konsekwencji literatura ku pokrzepieniu serc zyskała nową, wampiryczno-fantastyczną postać i nie mam wątpliwości, że możliwość odreagowania szarości życia, którą zaoferowała Kozak, jest bezcenna dla zasmuconych wysokością pierwszej pensji.” – napisał o jej bohaterze Łukasz Orbitowski


Oto podsumowanie Dyżuru Literackiego Magdy Kozak:

MK: Dziękuję za zaproszenie. Pogadamy sobie? Tak forumowo, na luzie? Super, zaczynajmy!

Pyt.: Jak widzisz poziom realizmu w fantastyce? Czym powinien się kierować autor, chcąc wyważyć proporcje pomiędzy wiarygodnością a fantazją?

Na wstępie chciałabym oświadczyć, że nie czuję się na siłach wypowiadać „o fantastyce w ogóle i autorach w szczególe”. Krytyk literacki ze mnie żaden, a to, że sama piszę, niekoniecznie znaczy, że potrafię mądrze opowiadać o tym, co ktoś inny napisał. Proponowałabym więc przyjąć założenie, że będę po prostu pisać o sobie. Jak ja, Magdalena Kozak, postrzegam pewne sprawy, co widzę, co lubię, co i jak potrafię. Proszę pamiętać, że absolutnie nie oznacza to, że posiadłam patent na jedynie słuszną rację i od razu wszyscy inni też tak powinni.

Wyłuszczywszy powyższe, przystępuję do zeznań.

Realizm w fantastyce? Na maksa!
Jestem maniaczką odrabiania lekcji. Jeżeli postać ma coś zrobić, muszę, absolutnie muszę dokładnie znać każdy szczegół tej roboty. Najlepiej, jeśli zrobię to sama. Okej, nie wszystko się da – nie mogę latać za pomocą telekinezy i czytać w myślach, trudno. Ale na przykład nie opisałabym broni, której przynajmniej nie miałam w rękach, śmigłowca, którym nie leciałam, czy też wszelakiego szpeju, którego ani razu nie miałam na sobie. A już absolutnie nie wypuściłabym akcji, której nie „klepnęliby” koledzy ze służb jako wiarygodnej. To ma być tak zrobione, jak to się robi naprawdę i tutaj nie uznajemy żadnych ściem.
Ale czy to dobrze? Czy to w ogóle potrzebne? Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że to moja prywatna pasja: podłączanie fantastyki jak najbliżej do rzeczywistości. Przynajmniej tak blisko, by czasem w jakiejś nieśmiałej główce mogło się zrodzić pytanie: a co, jeżeli to prawda? A może Nocarze istnieją?
A czym powinien się kierować autor... Zaraz, chwileczkę. Ustalmy fakty. Czy autor w ogóle coś powinien? Czy ma jakieś „musi”? O nie, co to to nie. Żadnego „powinien”! Precz z „musi”! Uwolnić fantazję!
Ekhem, chyba mnie troszkę poniosło. To może następne pytanie, proszę?

Trwa teraz niewątpliwie moda na tematy wampiryczne. Jak swobodnie się czujesz w tradycji Drakuli i Louisa de Pointe du Lac?

Tradycja, hm.
Z całym szacunkiem dla zwolenników wampirów w wydaniu klasycznym – tradycja obchodzi mnie minimalnie. Dla mnie wampir to po prostu superdrapieżnik i czy nosi cylinder i pelerynę, czy kombinezon z nomexu, to nie ma znaczenia.
Przyznaję ze skruchą: zupełnie było mi obojętne, czy temat modny czy nie, tak samo, jak nie wiem, czy teraz się nosi buty z noskami w szpic czy na płasko. Po co mi ta wiedza, i tak włożę to, co mi pasuje, czyli adidasy albo jakieś taktyki. A akurat perfekcyjni krwiopijczy zabójcy pasowali mi najbardziej do opowieści o operacjach specjalnych... No i tak to właśnie wyszło: poniekąd przypadkiem. Napisałam o wampirach, bo potrzebowałam superkillerów. W międzyczasie temat okazał się modnym, ha, jaka miła niespodzianka.
Głupio mi teraz, bo może mogłabym błysnąć jakąś wyrafinowaną strategią marketingową a tu nici. Ot, laska ma pasję i napisała sobie, co chciała. Może i brzmi to trochę płytko – ale za to ile frajdy było przy pisaniu! Nie oddałabym jej za nie wiem ile doskonale przemyślanych strategii.

Jesteś mocno kojarzona z powieściami akcji, z militariami i twardymi bohaterami. Co poradziłabyś młodym pisarzom, którzy chcieliby pisać w tym gatunku – jak budować płynność akcji, jak tworzyć bohaterów, jakiego języka wreszcie używać?

Po pierwsze i najważniejsze: „przeżyj to sam”. Reszty nie trzeba. Przyjdzie sama, z natchnieniem.

Nie twierdzę, że każdy potencjalny autor militariów natychmiast powinien zaciągnąć się do wojska i ruszyć do Afganistanu, bo tylko tak nabędzie moralne prawa do opowiadania tego typu historii. Ale coś tutaj jest na rzeczy, wiecie? „Internetowych znawców” rozpoznasz na pierwszy rzut oka: epatują nieistotnymi szczegółami a w fabule mają elementarne dziury, wynikające po prostu z nieznajomości tematu. I ani język piękny i przebogaty niczego w tej sytuacji nie zmieni ani akcja wydumana prześlicznie. Bo właśnie: będą sztuczne i wydumane. Jak można przywołać wiarygodnego bohatera, kiedy samemu nie zna się ani jednego operatora a wszystkie wiadomości pochodzą „z drugiej ręki”: telewizji, książek, Internetu? To wszystko jest już przefiltrowane, ubarwione, przeżute, wyplute, upozowane i przycięte tak, by obrazek pasował do ram. Więc robi się kalkę kalki i kopię kopii.
Dalej. Jak budować płynność akcji, skoro samemu nie byłoby się w stanie zaplanować napadu na śmietnik? Jak sprawnie używać języka, który de facto jest językiem obcym, bo się go bynajmniej nie używa na co dzień?
Szczerze? Nie wiem.
Podobno są tacy, co potrafią, cześć im za to i chwała. Ja nie umiem. Zawsze biadolę, że jestem autorem o wyjątkowo małej wyobraźni: wszystkiego muszę spróbować, dotknąć pomacać i popsuć. No ale okej, przyznaję, jestem pod tym względem zwichnięta. Czczę i wielbię Hemingwaya i Londona, bo goście wiedzieli o czym piszą. Kurczę, nawet Emily Bronte i Lucy Maud Montogomery pisały o tym, na czym się znają. Moim zdaniem, zawsze tak wychodzi najlepiej. Ale, jak już zastrzegałam powyżej: jest to moje zdanie i tylko ja mam obowiązek się z nim zgadzać.

Jaki jest Twój przepis na dobrą książkę?

Oj, co za strasznie trudne pytanie. Kurczę, nie ma przepisu. Nie istnieje gotowa recepta – bo moim zdaniem nie istnieje coś takiego, jak „obiektywnie dobra książka”. Wszystko jest względne, opiera się na opinii czytelniczej, jeden uważa, że super, drugi odsądza od czci i wiary i obaj mają taką samą rację – jakże więc znaleźć uniwersalny patent na coś, co spełniałoby wszelkie możliwe życzenia? Przepraszam. Nie umiem.

Jak zabierasz się do pisania? Musisz mieć spokój w domu? Wyganiasz wszystkich, czy też piszesz w doskoku pomiędzy obowiązkami rodzinnymi, pracą itp ..

Zdecydowanie potrzebuję ciszy i spokoju. Nie znoszę, kiedy wyrywa się mnie z transu – wtedy co na drodze, to nieprzyjaciel. Jeżeli z mojej dziupli dochodzą odgłosy walenia w klawiaturę, nie należy tam wchodzić bez konkretnego powodu, jak pożar albo koniec świata, bo można paść ofiarą bardzo niestosownych insynuacji i pomówień
Dlatego też bardzo chętnie piszę podczas podróży służbowych. Jestem sama, wieczorem, w hotelu, i nikt mi nie zawraca czwóry zgoła bezsensownymi pytaniami o kolację. Kto by się przejmował kolacją, kiedy tam bohaterowie walczą o życie? No trzeba mieć odrobinę zrozumienia!

Przyznaję, nie znam żadnej Twojej książki, ale zastanawiam się czy w swoich powieściach wykorzystałaś jakieś swoje rzeczywiste przeżycia, z pracy, życia?

Tak

Myślisz, że wampiry faktycznie żyją? Zgodziła byś się na wywiad z wampirem?

Oczywiście, że istnieją: chociażby wampiry emocjonalne. Wystarczy parę minut rozmowy i taki wyssie cię z całej energii, zaraz świat objawi się miejscem podłym i ponurym a wszystko, cokolwiek zrobiłeś/łaś, robisz bądź zrobisz – miałkie, płytkie i całkowicie bez znaczenia. Absolutnie nie chciałabym z kimś takim przeprowadzać wywiadów!

Renegat Rozumiem obsesję na punkcie wiarygodności detali... jako obsesję Bo to przecież fantastyka i wydaje mi się, że skoro można opisać człowieka o fantastycznych cechach, to i broń może być "podrasowana"...

Okej, ale czym innym jest wyobrażona, fantastyczna broń a czym innym ewidentne błędy, wynikające z nieznajomości tematu. W pełni kupuję „dzidę laserową” z kreskówki o Kapitanie Bombie, bo się jak najbardziej trzyma konwencji. Ale mam bardzo za złe autorowi, który na poważnie każe swojej postaci odbezpieczać Glocka. Nie raczył zainteresować się potrójnym wewnętrznym zabezpieczeniem pistoletu i wciska ordynarny kit, licząc na to, że czytelnicy się nie znają. Albo że się wyłga tanim: „bo to przecież fantastyka”, więc wolno pisać dowolne bzdury. Tego właśnie nie znoszę. Fantastyka, moim zdaniem, jest gatunkiem literackim równie wymagającym, o ile nie nawet bardziej, od tzw „main stream’u”. Chyba daruję sobie wałkowanie, dlaczego, bo to temat-rzeka. Ograniczę się tylko do deklaracji: żadnej taryfy ulgowej dla fantastów! Robota ma być zrobiona porządnie! I żadnych ściem!

Ale tej próby wierności procedurom stosowanym w "służbach", przyznam, nie kupuję, a nawet wydaje mi się ona idealistyczną naiwnością. Skąd pewność, że koledzy nie "przyklepują" czegoś, co jest tylko ich pobożnym życzeniem?
Być może zgodnym z teorią, z "zasadami sztuki" oraz ich prywatnymi pragnieniami, ale dalekim od rzeczywistości?
Z tego, co ujawniają od czasu do czasu dziennikarze, wynika, że we wszystkich tych służbach, od BORu poczynając, króluje totalny serwilizm i wszelkie idące za nim wynaturzenia...


Ejże, no chwila, moment. Czy ja jestem naiwna, słodka blondi, która nie ma o niczym bladego pojęcia, więc da się nakarmić jakimiś rzewnymi historyjkami? Przepraszam bardzo, czuję się niemalże dotknięta. To trochę tak, jakby pytano chirurga z wieloletnim doświadczeniem, czy opisywane przez niego operacje nie są aby jedynie „pobożnymi życzeniami”. Bo patrząc na to, co dziennikarze ujawniają w gazetach o światku medycznym, to oj, panie, strach się bać.

A zatem, może zamiast odwzorowania rzeczywistości, opisujesz w swoich książkach czyjeś nieziszczalne marzenia? Czyli fikcję?

Wiem, z kim rozmawiam. I o czym. I wiem też, ile prawdy mogę powiedzieć publicznie a co musi pozostać fikcją. Po to są redaktorzy merytoryczni, między innymi.

Zastanawiam się, w jakich klimatach zostanie napisana Pani kolejna książka? Na tyle, na ile znam Pani opowiadania, mogę powiedzieć, że niewiele mają wspólnego z serią o Nocarzu. Czyżby więc kolejna pozycja miała nas zaskoczyć tematyką albo realiami?

Kolejna książka zowie się „Fiolet” i powinna ukazać się w kwietniu 2010 nakładem wydawnictwa Bellona.
- czas i miejsce: Warszawa, dziś, najpóźniej jutro
- mocny element fantastyczny, ale ani jednego wampira!
- jak zwykle wybuchy, strzelaniny, operacje sił specjalnych
- sporo skoków spadochronowych
- nawet strażacy się przyplączą i to nie raz
- akcja, akcja i jeszcze raz akcja!
- no i będzie trochę o miłości, ale nie za dużo, żeby nie przesadzić

Tylko czy można taką tematykę uznać za zaskakującą? W moim przypadku? Hm, nie sądzę. Przecież piszę tylko o tym, na czym się znam. Więc o Warszawie, bo mieszkałam tam długi czas, o skokach, bo są moją wielką miłością i popełniłam ich prawie 300, o żołnierzach, bo... No, bo. W sumie, cała ja. Czemu tu się dziwić?

Odpowiadając na pierwsze pytanie mocno podkreśliłaś potrzebę drobiazgowego rozpracowania detali po realistycznej stronie fabuły - np. od odwzorowania struktur "służb" po wzór moletowania na chwycie jakiegoś szpeju itp. Ja pytam: czy to samo dotyczy modelowania tej drugiej, fantastycznej strony fabuły? Obmyślasz ją sobie szczegółowo - od przykładowego systemu wierzeń krwiopijców, po odpowiadający mu ich wieczorowy makijaż i uczesanie? Czy wolisz po prostu dokładać pewne elementy fantastyczne tak, jak to akurat będzie pasowało do akcji? Słowem, co bardziej Ci odpowiada w fantastyce: rozmach wymyślanej nierzeczywistości czy wartkość intrygi? Ile powinno być, Twoim zdaniem, fantastyki w fantastyce?

Znowu „powinno”. Kurczę, nie ma „powinno”! Albo dobra, inaczej, niech będzie, że tak: fantastyki w fantastyce powinno być quantum satis. To takie recepturowe określenie, znaczące: aż wystarczy. Tyle, ile będzie dobrze. Jednemu wystarczy okruch, inny buduje cały świat.
Ja chyba jestem z tych, co biorą okruch i obudowują go rzeczywistością. Mam wrażenie, że wtedy powstaje nowa jakość, zatytułowana roboczo: co by było, gdyby. Na przykład, gdyby takie wampiry istniały naprawdę.
Ale wynikające stąd implikacje interesują mnie o tyle, o ile mają wpływ na rzeczywistość. Jasne, mogłabym się zastanawiać, czy Nocarze noszą makijaż albo np. tatuaż na prawym pośladku – ale tylko w zakresie, w którym mogłaby to być istotne fabularnie. Na przykład, jeżeli planowałabym scenę, w której jakiś Nocarz, złapany in flagranti, ucieka przez balkon, wciągając spodnie a potem oburzony mąż pisze na niego skargę do Ultora, bo właśnie po tym tatuażu rozpoznał, że to musiał być któryś z jego podwładnych. No tak, wtedy ten tatuaż jest ważny. Ale skoro w całej opowieści nikt w obecności czytelnika nie pozbywał się aż tak demonstracyjnie ubrania, nie uznałam za stosowne opisywać tatuaży, choć może któryś z chłopaków by miał, czemu nie.
Zaraz, jest chyba jakaś scena Vespera z gołym tyłkiem. Nie, nie ma tam tatuażu, zdecydowanie. Ale to nie znaczy, że inni nie noszą, jeśli chcą - i, oczywiście, jeśli symbiont nie traktuje tego, jako uszkodzenie ciała podlegające naprawie...
Widzicie chyba, do czego zmierzam w ten krotochwilny sposób? Fantastyczne strona fabuły jest modelowana w zakresie, w którym jest sprzęgana z rzeczywistością. Ich współdziałanie musi jawić się, jako spójne i wiarygodne. Inna sprawa, czy to się udaje: pewnie raz lepiej, raz gorzej, w zależności od umiejętności autora.

Dlaczego wybrałaś akurat ten gatunek, a nie np. mniej czy bardziej realistyczną sensację, powieść wojenną, czy jeszcze co innego?

Powieść wojenną napisałabym oj, jak bardzo chętnie. Ale Hemingway mógł stworzyć „Komu bije dzwon”, bo był na wojnie w Hiszpanii. A ja?
Uważam, że wojna to zbyt poważna sprawa, żeby o niej bajdurzyć na podstawie opisów z Internetu...

Ale dlaczego właśnie fantastyka? Co w niej takiego atrakcyjnego, przynajmniej od strony pisarza?

Wiesz co, ja chyba nie poczuwam się do bycia pisarzem, to strasznie poważnie brzmi, wionie grozą i zatęchłą, pełną pajęczyn biblioteką. Wolę być opowiadaczem historii.
Dlaczego są to akurat historie fantastyczne? Może to ma coś wspólnego z dziecięcym zamiłowaniem do bajek? Opowiem wam bajkę o królewnie... Ale nie, nie o Księżnej Dianie, bo się angielska rodzina królewska wkurzy i mnie pozwie do sądu, że to wcale tak nie było tylko inaczej; zresztą mi przecież nie chodziło o taką królewnę, tylko inną, bo ta moja miała mieć fajne przygody i nie zginąć w wypadku samochodowym, nie taki był plan! Więc chcąc nie chcąc lepiej, żeby to była historia fantastyczna, prawda?
No dobra, jest jeszcze cała masa jakże prawdziwych opowieści o biednych, bezdomnych, samotnych ludziach, cierpiących na dotkliwe nieprzystosowanie do tego okropnego świata, który traktuje ich z wrogością i niezasłużoną pogardą... Żyletkę proszę, na miejscu, raz! Nie lubię czytać takich historii, więc tym bardziej nie chciałabym ich pisać. Bueh!

Jak oceniasz, Autorko, poziom polskiej literatury fantastycznej (i nie tylko jej). Głupio może mówić o konkurencji, więc nie pastwmy się nad tym kto lepszy, kto zaś gorszy. Interesuje mnie jak sytuację naszej literatury widzi insider. Czy jest dobrze czy wręcz przeciwnie.

Niestety, zły adres. Może okropnie bluźnię w tej chwili, niech mnie Wielki Bibliotekarz pokarze, ale na własny, prywatny użytek dokonałam kilku życiowych założeń. Oto one:
Doba ma 24 godziny a w życiu jest mnóstwo rzeczy, które są warte posmakowania. Mając w planie, co następuje: praca zawodowa, medycyna, strzelanie, sztuki walki, skoki ze spadochronem, życie towarzysko-militarne, tworzenie własnych opowieści, wreszcie czytanie książek – w zakresie: medycznym, militarnym, historycznym, literatury pięknej, obejmującej również fantastykę, w tym fantastykę polską... Jak sądzicie, jaki ułamek z tych 24 godzin przypada na fantastykę polską? Obawiam się, że nikły. Jak więc mogłabym się wypowiadać ogólnie o jej kondycji, skoro znam może kilkadziesiąt pozycji na setki, ba, tysiące dostępnych na rynku? Nagadałabym głupot i tyle. Wolę więc pozostawić analizy i podsumowania tak zwanym molom książkowym (bez obrazy, życzliwie), bo się po prostu na tym znają. A ja w tak zwanym międzyczasie pobiegam, postrzelam, poskaczę, może znajdę kolejną historię wartą opowiedzenia...

Czy w Polsce w ogóle łatwo jest zostać pisarzem?

Znowu: nie wiem. Nie przeprowadzałam analizy. Znam paru pisarzy na dziesiątki, może setki aktywnych w tym zawodzie. I co, mam teraz zmyślać?
Mnie osobiście nie było łatwo, bujałam się dobre dwa lata od wydawcy do wydawcy i pies z kulawą nogą nie raczył się zainteresować tekstami. Czasem coś poszło w Fahrenheicie, cześć za to i chwała jego Redakcji. Wreszcie udało mi się wepchnąć NURSowi „Operację Faust” do SFFiH – i tu nagle zdziwko: tekst został hitem numeru! Potem „Nielegalna krew”, znowu hit... i już poszło lawinowo, jakbym wreszcie wykuła dziurę w tej przeklętej zaporze wydawców. Ufff, stało się. Nareszcie.
Ale zawsze będę wspominać słowa ś.p. Packa (Tomka Pacyńskiego), kiedy mu w chwilach załamania łkałam, że to się nigdy nie uda. Oznajmiał wtedy „Wiesz, czym się różni pisarz zadebiutowany od niezadebiutowanego? Uporem! Idziesz, żołnierzu, nie poddajesz się, idziesz i walczysz!” No to walczyłam aż wywalczyłam – i zawsze Mu będę za to wdzięczna.
A morał z tej opowieści: walczyć trzeba, żołnierze. Nie poddawać się, szturmować tekstami. Czasami przez wiele długich lat.

I czy pisarzem w Polsce zostać warto?

Dla kasy- nie sądzę, są dużo lepiej płatne zawody. Ale z pasji, jak najbardziej: satysfakcja gwarantowana. Jeśli się to kocha, oczywiście. I wyrobi żelazną odporność na podłych recenzentów

Pada od czasu do czasu pytanie - troszkę niefajne i niesprawiedliwe - co by osoba n zabrała na bezludną wyspę. Pozwolę sobie skorzystać z głęboko utajonej mądrości tego pytania i zaproponować własne: czy gdybyś wybierała się na bezludną wyspę w ogóle brałabyś książki? Czy może raczej laptopa z edytorem tekstu i pisała własne?

Nie brałabym książek. Na bezludnej wyspie jest ciężki zapier...nicz i codzienna, bezlitosna walka o przetrwanie. Na pewno wzięłabym broń i różne takie survivalowe utensylia, ale książki, po co? Zbędne obciążenie. Najważniejsze i tak znam niemalże na pamięć, na resztę szkoda miejsca w plecaku, bo są rzeczy bardziej istotne dla przeżycia. Zaś laptopa, hmmm... A to ta bezludna wyspa jest zelektryfikowana? I może ma Internet? No to jedziemy z laptopem i szybciuteńko nadajemy SOS!
Zaraz, a jeżeli jeszcze do tego wyspa ma willę z basenem i jacuzzi, nooo to nieco zmienia postać rzeczy... Poczekajmy chwilę z tym SOSem, co nagle to po diable. Wakacje, Bahama mama, kąpiele morskie tudzież słoneczne, mmmm... I może coś napiszemy, korzystając z chwili wytchnienia? Biorę laptopa. Zdecydowanie.

Co się niecnych recenzentów tyczy... Jest ponoć taka prawda: lepiej że piszą źle, niżby mieli nie pisać w ogóle . Ja tego ocenić nie mogę, ale brzmi sensownie. Bo chyba gorsze od krytyki jest trafienie w pustkę... Tak sobie dygresję układam, bo chyba nie miałaś Autorko przykrych doświadczeń z krytykami?

Recenzenci, powiadasz? Ekhem, to chyba jakaś prowokacja... Ale trudno, dam się trochę podpuścić (tylko trochę!):

O kurna olek, ja wszystko rozumiem, książki upublicznia się na własny rachunek i odpowiedzialność, nikt tu nikogo nie zmusza więc jakby co to tylko do siebie samego można mieć pretensje. Pastwienie się czynników trzecich nad tekstem jest wpisane w kardynalne założenia publikacji, amen. Więc siedzę cicho i staram się przyjmować z pokorą, zarówno kopniaki jak i zachwyty.
Ale jedno, jedno jedyne wkurza mnie nieprzeciętnie, budzi gorący sprzeciw i chęć niestosownej, niemożliwej do zrealizowania, acz krwawej i okrutnej pomsty: jak jakiś reckopisarz płci dowolnej zaczyna wyrzekać, że przedstawione akcje są naciągane i niemożliwe do zrealizowania. I żeby to jeszcze jakiś fachowiec krytykował, można by było podyskutować, byłoby interesująco. Ale nie, to pisze przykładowo osoba, której szczytem kompetencji w kontaktach z policją jest otrzymanie mandatu za przekroczenie prędkości - aha, no i obejrzenie w telewizji jakiegoś serialu, nie zapominajmy: seriale kształcą. O losie zły i podły, o ludzie bez pokory ni wyobraźni! No jak można! Jak można!

Ufff, wykrzyczałam się. Chusteczkę poproszę. Okej, już mi lepiej, dziękuję.

Nikt Jaka jest książka, którą byś Autorko bezwzględnie chciała napisać jako ukoronowanie swojej kariery? Nie raz i nie dwa jest tak, że pisarz zaczyna w gatunku A lecz kończy w okolicy Z lub choćby K. Czy i w Twoim przypadku jest chęć przejścia w inne strefy? Czy widzisz siebie, Autorko, dajmy na to w roli twórcy powieści obyczajowych? Czy marzysz o napisaniu nowego Ulyssesa, a może Mistrza i Małgorzatę. Lub - żeby nie było, że się snobizuję, co chyba mimo wszystko czynię - coś w stylu Cobena?

Odpowiedź już została udzielona, choć nie na wprost .
Bardzo chciałabym kiedyś napisać „Komu bije dzwon”. Ale do tego potrzeba dużo więcej odrabianych lekcji...

 Kiedyś, wieki temu, gdy jeszcze wilkołacze dole Twych powieści zapewne były w powijakach, wspomniałaś mi Magdo, że żeby być (zostać) pisarzem w dzisiejszym światku, należy zmierzać po trupach do celu, że światek ów jest bezwzględny. Pomijając Twą potrzebę kompensacji i niewątpliwe, związane z tymże zagadnieniem poczucie mocy, chciałbym się dowiedzieć, ile "trupów" pozostawiłaś po drodze do roli pisarza, ile Twoim zdaniem zwęglonych, czy chociażby nadpalonych ciał odznaczyłaś na kolbie swego dymiącego pióra... Z całym szacunkiem ośmielę się zapytać, czy nie sądzisz, że upór to za mało, żeby zostać pisarzem?

Pamiętam naszą rozmowę, jak przez mgłę, było to ładnych parę lat temu. Nidzica 2006, prawda? Byłam wtedy strasznie zmęczona i sfrustrowana tym długotrwałym waleniem głową w mur wydawców. Na pewno mówiłam o niezbędnym wściekłym uporze, ale o trupach? Kurczę, nie przypominam sobie. Może pamięć postanowiła wygodnie zaszwankować, by ocalić mi resztki samooceny, kto wie? Ale trupów nie kojarzę, ani trochę.
Patrząc wstecz, nie sądzę, bym w swojej karierze literackiej przeszła się po jakichkolwiek zwłokach. Robię swoje: piszę, co chcę i absolutnie nie zamierzam wdawać się w jakiekolwiek dogryzanki czy wojenki. Owszem, zapłaciłam "frycowe", ale nie bawi mnie "podaj dalej".
Jednak jestem tylko człowiekiem, więc jeżeli ktokolwiek poczuł się przeze mnie zraniony, czy, używając Twojej metafory: poparzony (bo w całkiem zwęglonych na śmierć jednak nie uwierzę), z góry przepraszam. Nie przychodzę tu walczyć. Nie tutaj.
A przynajmniej tak się staram.

Ile razy spoglądam na te dwie książki stojące na półce, myślę sobie: "Wszystko ok, ale...". Ale czy nie sądzisz, że wybierając sobie na bohaterów wampiry wpadasz w pewną pułapkę? Jak sama przyznałaś w powyższej odpowiedzi, wampiry wydały się atrakcyjne, bo doskonale pasowały do konwencji "superdrapieżnika". Dla mnie jednak trochę w tym miejscu straciłaś to, nad czym tak bardzo pracowałaś poszerzając wiedzę w zakresie służb, broni etc. O ile przemawiają do mnie fragmenty, w których Twoi bohaterowie przelatują z MP5 po jakimś placu. Gdy czają się na dachu z PSG1. To realizm upada, gdy spoglądam na to w szerszym kontekście.
Bo dlaczego wampiry akurat w służbach? Po co? Tobie były potrzebne, bo pasowały do roli drapieżnika. A mi brak tła. I ten brak tła, ten brak uzasadnienia trochę mnie dziwi, gdy jednocześnie z taką dbałością podchodzisz do pozostałych kwestii, które stanowią rdzeń książki.
To trochę tak, jak tworzyć znakomitą iluzję rzeczywistości, ale jednocześnie zapomnieć o tym, że to, co się stworzy powinno rzucać cień. W pierwszej chwili wszystko wydaje się w porządku, w drugiej oko wychwytuje coś nienaturalnego, a później przychodzą kolejne obserwacje.
I bynajmniej nie chodzi mi o to, że pisząc cokolwiek potrzeba od razu dokładnej historii sięgającej początków ludzkości. W którymś z wywiadów udzielonych przez Andrzeja Sapkowskiego (a jakby na jego twórczość i samą postać nie patrzeć, w polskiej fantastyce stanowi pewien autorytet) stwierdził on, że jedni najpierw tworzą w wyobraźni cały świat, zaludniają go i wytyczają bieg rzek - jak Tolkien. Inni mają do opowiedzenia historię, a świat służy im jedynie za tło.
Ale tło również pozostaje ważnym elementem tego, co się kreuje. Bo przecież opowieść ma się wydać prawdziwa.
Czy nie uważasz, że przywiązując tak dużą wagę do jednego z głównych zagadnień, a drugie jednocześnie pozostawiając mniej dopracowane w ostatecznym rozrachunku tracisz to, na czym Ci zależało? Że wykazując taki perfekcjonizm i profesjonalizm w jednej dziedzinie, tracisz ten cień, który potrzebny jest iluzji?

Wybacz, ale trochę się pogubiłam w interpretacji Twojej wypowiedzi. Napiszę więc, co zrozumiałam, żeby mieć pewność, że mówimy o tym samym, okej? Jeżeli się mylę, po prostu mnie popraw.
Piszesz: brakuje mi tła. I zaraz potem przechodzisz do pytania: Magda, czy nie uważasz, że brak tła to poważna sprawa, bo szkodzi opowieści?
Zaraz, zaraz, halo, nie tak szybko, proszę Pana! Po pierwsze: Tobie brak tła, prawda? To-bie! Tobie i jak na razie, póki nie przedstawimy wyników analiz statystycznych, tylko Tobie! Argumenty typu „każdy chyba się ze mną zgodzi” i "pan sąsiad też tak mówił" spuszczam odgórnie po brzytwie, temu argumentowi już dziękujemy, nacierpiał się za miliony a teraz pa. Tutaj każdy mówi za siebie.
Dalej: brak tła przeszkadza Tobie w odbiorze opowieści. Correcto?
Reasumując: Twój odbiór opowieści był zakłócony na skutek czegoś, co odbierałeś, jako brak tła. I chciałbyś o tym porozmawiać: o swoich wrażeniach.
Okej, rozmawiajmy - ale pamiętając, że jeżeli chodzi o Twoje wrażenia, Ty tu jesteś szefem

Po pierwsze: czy mógłbyś przybliżyć, na czym polega „brak tła”? Bo sformułowanie jest na tyle ogólnikowe, że trudno mi się do niego odnieść. Co gorsza, ja osobiście uważam, że w książce jest mnóstwo tła: detali, niuansów życia w służbach itede. Więc może nie o tym samym tle rozmawiamy?
Czy nie jest tak, że „brak tła” oznacza „brak danych, które mnie interesują i na których by mi zależało”?
Czyli na przykład, teoretyzując, oto pada pytanie z sali: no dobrze, wampiry w służbach, a co na to Sejm i Senat?
Moja odpowiedź: a kogo to, u diabła, obchodzi?
Pytający: Mnie obchodzi, bo się interesuję polityką!
O: Brzydzi mnie polityka, nie przeszłoby mi coś takiego przez klawiaturę! Nie offtopować mi tu proszę! Rozmawiamy o operatorach, tak? Tu jest ważny Glock w dłoni a nie kolejna bezsensowna polityczna afera!
P: Afery nie są tak całkiem bez znaczenia, nawet dla operatorów, bo i tak przecież muszą wiedzieć, do kogo strzelać!
O: Służby z zasady powinny być apolityczne!
I tak dalej i tak dalej... Która z powyższych stron ma rację? Pierwsza. Druga. Obie. Żadna. Wybierz, co chcesz. I sam zadecyduj, czy jest to „brak tła” czy „brak offtopu”
Ja mówię „brak offtopu” ale przyjmuję do wiadomości, że dla niektórych pewnie będzie to „brak tła”. Cóż, mogę tylko rzec, że żałuję, że nie jestem tak literacko dobra, jak bym tego chciała - zwłaszcza w opisywaniu rzeczy, które mnie śmiertelnie nudzą. Może książka byłaby dla niektórych lepsza, gdyby miała więcej tego typu szczegółów. Ale może dla niektórych byłaby przez to nudna. I bądź tu mądry... Ech, życie.

Druga kwestia: załóżmy, że to jednak rzeczywiście brak tła, w sensie braku jego opisu. W takim razie: czy nie uważasz, Magda, że takie „widzenie tunelowe” może być literacko szkodliwe?
Otóż: nie, nie uważam. Tak, wiem, może to brzmieć dość kontrowersyjnie. Co jest, laska, „Nad Niemnem” nie czytałaś i nie wiesz, jak powinna wyglądać przyzwoita książka? Książka składa się z bohaterów, ich otoczenia i akcji oraz opisów bohaterów, otoczenia i akcji. Za czego wynika, że opisy - raz lepsze, raz gorsze – są przenajświętszym obowiązkiem każdego pisarza.
A ja, wiecie, ja chciałam czegoś innego.
Chciałam opowiedzieć pewną historię, ale tak „po żołniersku”: krótko, zwięźle i na temat. Według starej, służbowej zasady „need to know”: wiesz tyle, ile musisz, ile potrzebujesz, by działać, by znaleźć się w moim świecie i przeżywać przygodę. Nic więcej, nic mniej. Sorry, opisów malowniczych zachodów słońca nie ma i nie będzie, chyba, że to cholerne słońce właśnie przeszkadza w obserwacji celu przez przyrządy optyczne.
Ale oczywiście jest to tylko moje prywatne, osobiste podejście do pisania: skupiam się na samym sednie sprawy i nie oglądam na pierdoły. No, chyba, że są jakoś wyjątkowo interesujące

Czy słusznie czynię? Pewnie trochę tak, trochę nie, jak to zwykle w życiu bywa. Może z czasem wreszcie dorosnę i się zmienię... Będę jechać akapitami na pół strony i tworzyć tak długaśne opisy, że się Orzeszkowa w grobie przewróci z zazdrości. A w chwilach wolnych będę grzmieć na niedobór literatury w literaturze i cukru w cukrze. Może, może... Kto wie?
Ale póki co - zamierzam strzelać, skakać i robić wybuchy. To zdecydowanie fajniejsze. Bawimy się?

Vesper #1 - Nocarz (wyd. II)

Autor: Magdalena Kozak
Okładka: Piotr Cieśliński
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 2/2010
Seria wydawnicza: Asy polskiej fantastyki
Liczba stron: 400
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-198-8
Wydanie: II
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus