Wywiad z Grahamem Mastertonem

16 października 2013

Niedawno słynny twórca horrorów, Graham Masterton, niespodziewanie odwiedził Polskę. Udało nam się umówić z nim na wywiad, który prezentujemy poniżej.

Krzysztof Buzar: Nudził się Pan kiedykolwiek pisząc książkę?

Graham Masterton: Nigdy. To pewnego rodzaju problem, bo przez to staram się zmieniać nieustannie gatunki i wprowadzać sobie pewną różnorodność. Lubię często zmieniać typ książek z jednego na drugi.

Przez to pisze Pan wiele zupełnie różnych od siebie powieści?

To pewne wariacje. Dzielą one, w pewnym sensie, element czegoś okropnego lub lekko chorego...

To ze względu na Pańskie upodobania?

<śmiech> Mam pewną stałą grupę czytelników, która oczekuje czegoś takiego.

Pisze Pan coś tylko dla zabawy? Jedynie dla własnej przyjemności raz na jakiś czas?

Jasne, na przykład książka Bonnie Winter o kobiecie, która sprzątała na miejscach zbrodni. Napisałem ją tylko i wyłącznie dla siebie. Szczerze mówiąc, miałem zamiar wydać ją pod żeńskim pseudonimem, ale kiedy wysłałem ją do moich  agentów w Nowym Jorku, powiedzieli: „To świetne, publikujemy” i rzeczywiście przyjęła się ona znakomicie. Napisałem też książkę Pogromca Wampirów, którą napisałem pod wpływem chwili, bo normalnie nie piszę o wampirach i wilkołakach. Unikam wałkowanego ostatnio nurtu.

Wspominał Pan, że nowi autorzy powinni trzymać się z daleka od głównych nurtów dla własnego dobra. Jeżeli mają zamiar zaistnieć na dłużej w świecie literackim.

Dokładnie. Ja miałem po prostu pomysł w tej tematyce. Jeżeli coś takiego było by jakkolwiek prawdopodobne. Po mojemu to nie ma dość racjonalnego wyjaśnienia na to, że możesz się „napić” czyjejś krwi bez zabicia ich na miejscu.

Kanaliki w zębach... I krew idzie prosto do krwiobiegu?

Właśnie. Jak ją piją, to ją po prostu... piją.

W ramach bycia nieumarłym to raczej nie przejdzie.

Ale zakładając, że ludzie w ten czy inny sposób zostają ugryzieni, jak choćby Mina...

Drakula Brama Stokera?

Tak. Stwierdzi sobie: „Och nie czuję się najlepiej...”

„Nie czuje się najlepiej... Straciłam właśnie z pintę krwi”.

<śmiech> Kilka przynajmniej. Masz dwie dziury w szyi i ledwo ktoś to zauważa. Zrobiła się może lekko blada. Kompletnie bez sensu.

Lubi Pan wracać do polski? To już trzeci raz w tym roku.

Zawsze świetnie się tu bawię. W tym roku pierwszy raz w tym właśnie roku byłem na tych wielkich, znanych konwentach. Krakon na wiosnę oraz Pyrkon w Poznaniu. Był to pierwszy raz, kiedy wkroczyłem pośród ludzi poprzebieranych za postaci z Gwiezdnych Wojen czy wróżki i inne steampunkowe klimaty. Naprawdę świetna sprawa. Na Pyrkonie było ponad dwanaście tysięcy osób i udało mi się poznać sporo naprawdę miłych ludzi. Poza tym, oczywiście mam podłoże emocjonalne wizyt w Polsce. Moja zmarła żona pochodziła z Polski. Chociaż nie odwiedziła kraju aż o roku 1989, kiedy to razem przyjechaliśmy na premierę polskiego wydania Manitou. Wiedziałem wtedy, że czuła ona więź z Polską. Od kiedy zmarła, i ja ją czuję.

Pański pradziadek również był Polakiem, prawda?

Tak, jestem mniej więcej w 1/16 Polakiem.

A odziedziczył Pan może jakieś polskie cechy? Pewne tolerancje...

<śmiech> Wódki już nie pijam.

Przynajmniej pozostaje upodobanie do polskiej kuchni.

O tak. Kocham polską kuchnię. Nadal pamiętam wspaniałe warszawskie restauracje jeszcze z pierwszych wizyt. Były i są naprawdę wspaniałe.

Korzysta Pan też sporo z wielu polskich motywów w swoich książkach.

Mam u was wielu czytelników. Bardzo mi zależy, żeby czuli się powiązani z opowieściami, które piszę. Mam nadzieję wytworzyć dzięki temu więź podobną do tej, którą  ja czuję z Polską.

Muszą Panu sprawiać w takim razie ogromną przyjemność wynajdywania i poszukiwania tych motywów.

Och tak. Szczególnie tych związanych z jedzeniem. Jestem uzależniony od śledzi.

Możemy założyć w takim razie że jedzenie opisywane w Bazyliszku na wystawnej uczcie w restauracji było opisane na podstawie własnych doświadczeń.

Zdecydowanie. Właściwie w temacie jedzenia to prawdziwym powodem, dla którego przyjechałem do Polski, nie była promocja książki, ale ślub. Poznałem dziewczynę, związaną z moim wydawnictwem tutaj, tuż po śmierci mojej zony i świetnie się dogadywaliśmy. Wiesz, czasami spotykasz kogoś po raz pierwszy i od razu wytwarza się między wami więź. Spytała mnie, jak teraz z moim pisaniem po śmierci żony. Ponieważ wcześniej pracowałem w taki sposób, że pisałem codziennie jakiś fragment i dawałem go żonie do przeczytania. Ona wypowiadała się o nim, czasem krytykowała, ale zawsze zadawała pytanie: „I co było dalej?”. Wiec natychmiast musiałem napisać jeszcze trochę <śmiech>. Dostawałem taki bodziec motywacyjny, by pisać. Pisałem dla kogoś. Spytałem ją, czy mógłbym wysyłać jej fragmenty moich tekstów do przeczytania. I robiła to. Community to książka, którą napisałem przesyłając jej każdy napisany fragment. Nie wiem, czy właściwie miała czas czytać je wszystkie, ale było to dla mnie ogromną pomocą. I bardzo to nas zbliżyło. W tym czasie była bardzo samotna, a ja pisałem jej, że jest wspaniała i na pewno kogoś znajdzie. Że to tylko kwestia czasu. I tak też się stało. Poznała chłopaka i pobrali się w tę sobotę. Musiałem przyjechać na ślub. No i wesele. Skończyłem oczywiście kompletnie pijany.

Standardowa sprawa.

Było wspaniale, tyle jedzenia. Tańce. Chyba z 200 osób.

Pozostając w temacie kobiet, jak na pana późniejszą twórczość wpłynęła pozycja redaktora w pismach Penthouse i Mayfair?

Nie pisałem wtedy aż tak dużo. Musiałem być świadomym, czego ludzie właściwie chcieli i dawać im to. Natomiast wcześniej, gdy pracowałem jako dziennikarz, a jako dziennikarz nie mogłeś mieć własnej kolumny jako autor, musiałem pisać, czy mi się to podobało czy nie. To wytworzyło u mnie pewien odruch pisania zawsze. Nie było takiego momentu, że nie  pisałem.

To bardzo dobry nawyk dla autora. Chyba nadal się Pana trzyma?

Non stop. To jak choroba <śmiech>. Chorobliwe pisanie.

Okazję nauczenia się najważniejszej rzeczy jaką dała mi praca w Penthouse'ie miałem przy  rozmowach z dziewczynami. Wiesz, t y m i „dziewczynami miesiąca”. Trzeba było dowiedzieć się o nich trochę i te fakty umieścić razem z sesją fotograficzną. Okazało się wtedy, że, oczywiście, są bardzo ładne i seksowne, ale niewielu mężczyzn rozmawia z nimi.

Wychodzi, że one jako osoby nie interesują większości mężczyzn.

Nie patrzą oni powyżej ich biustu. Było dla mnie zaskakującym, że kiedy starałem się je poznać, okazywało się, że cierpią na kompletny brak pewności siebie. I to tylko z powodu tego, jak traktowali je mężczyźni. Albo też przez sytuacje rodzinne. Wiązały się one z najgorszymi typami, jakich miały w pobliżu z jakiegoś powodu.

Utartym schematem jest, że ładne dziewczyny wiążą się z „łajdakami”. To dlatego, że tylko takie męskie wzorce znają?

Między innymi. To też wspomniany kompletny brak pewności siebie.

To wydaje się zaprzeczeniem, w kontekście typu pracy jaki wykonują. Wydawało by się, że ktoś pracujący jako modelka, przy użyciu swojego ciała, tej pewności siebie powinien mieć najwięcej. A tu całkowicie odwrotna sytuacja..

I okazywało się, że spora część z nich była bardzo inteligentna i wykształcona... chociaż nie wszystkie <śmiech>.

Pomagam pewnej młodej kobiecie, Dawn Harris, z napisaniem jej pierwszej powieści. Zawsze starałem się pomagać ludziom, którzy zaczynali swoją przygodę z pisaniem. Jest naprawdę bardzo ładna. Ale zdaje się, jakby nikt jej nigdy nie doceniał. Jest naprawdę inteligentna. A faceci, z którymi się spotyka, zupełnie nie rozumieją k i m ona jest. Nie potrafią nawet ogarnąć świadomością, do czego ona jest zdolna.

To smutne, ale chyba tak to już bywa. Ludzie często łączą się ze swymi przeciwieństwami.

A kiedy ścierają się dwa intelekty, rodzi to zwykle konfliktów.

Tak, ale przez to tarcie tworzą się, moim zdaniem, prawdziwe głębokie związki. Trzeba dotrzeć dobry mechanizm.

W rozmowach z tymi dziewczynami wychodzi, że ludzie, z którymi się zadają, nie rozumieją ich ambicji, tego, co właściwie chcą osiągnąć w swoim życiu.

A do czego Pan dążył? Czy pisanie towarzyszyło Panu od samego początku? Jak pan zaczynał?

Pisałem chyba zawsze. Pierwsze rzeczy pisałem mając nawet 6-7 lat. Krótkie historyjki czy komiksy dla kolegów. Potem pisałem krótkie opowiadania w stylu Juliusza Verne o walce z wielkimi kałamarnicami.

Jak ta z 20000 mil podmorskiej żeglugi?

Tak dokładnie. Robiłem to od zawsze, to było kompletnie naturalne. Później napisałem opowiadanie science fiction, o potwornych, krwiożerczych krabach, w czasach napoleońskich, gdy miałem trzynaście lat... Chyba nawet dalej mam jego kawałek.

Mówił Pan przy innych okazjach, że było „prawdziwie” przerażające.

<śmiech>  Och tak... Później była jeszcze pierwsza czterystu stronicowa nowela, którą napisałem odręcznie. Niestety przepadła.

Cóż za szkoda.

Prawdopodobnie nie była za dobra. Po tym dostałem pracę w gazecie i zainteresowałem się współczesnymi pisarzami amerykańskimi.

Wcześniej Edgarem Alanem Poe?

Tak, ale to gdy byłem młodszy. Kiedy miałem piętnaście czy szesnaście lat czytałem Jack'a Kerouac'a, Alan'a  Ginsburga i Williama Burroughsa.

Napisałem do tego ostatniego, po tym jak wydał swoją skandalizującą  książkę Nagi Lunch. Zaczęliśmy pisać do siebie, a kiedy przeprowadził się do Londynu, a ja zostałem redaktorem w Mayfair, spotykaliśmy się często. Zaprzyjaźniliśmy się. Przekonałem go do napisania, chyba najważniejszej w jego życiu serii artykułów, pisanych specjalnie  do magazynu. Nosiły tytuł Akademia Burroughsa (Burroughs Academy  – przyp. K.B.). Pisał co go bawi w scientologii i inne tego typu.

Razem, tu przechodzę do sedna a propos mojej twórczości, rozmawialiśmy godzinami o warsztacie autorskim. Jak sprawiasz, że czytelnik czuje się tak, jakby znajdował się w środku akcji rozgrywającej się w książce, a autor stawał się niewidzialny. Mawiał by stać się „a l'ombre invisible”, niewidzialnym człowiekiem. Żeby wziąć swoją maszynę do pisania na przechadzkę od czasu do czasu. By poczuć wiatr z tyłu głowy, usłyszeć go, popatrzeć na chmury nad tobą.

Bardzo ciężko pracowaliśmy razem nad nowymi technikami pisania tekstów. Chodziło o to, by czytelnik wczuł się w książkę tak, jakby autora tam wcale nie było. Że jesteś tam, a nie to czytasz. Było to całkiem trudne jak o tym pomyśleć. Jest wiele interesujących rzeczy, jakie chciałbyś przekazać w książce, choćby żeby popisać jak dobrze przygotowałeś się do napisania danego fragmentu, pod kątem samych zdobytych informacji. Albo gdy używasz zbyt skomplikowanych słów. To wszystko mogło, by wyrwać czytelnika ze świata książki.

I iluzja znika.

Musisz starać się ją podtrzymać, dla wzmagania wrażeń odbiorcy.

Nie przeczytałem aż tak dużo z twórczości Stephena Kinga, tylko kilka tytułów z serii Doctor Sleep, ale wiem, że pisze on zupełnie inaczej niż ja. Stephen King jest naprawdę dobry, to oczywiste, jest niezmiernie popularny. Opowiada on historie jakby to robił przy ognisku. „To się stało”, a ty tego słuchasz.

Jak opowieści o duchach na wyjazdach wszelkiego typu.

Jest to właśnie opowiadanie historii, przy czym ja staram się „pisać film”.

Jednym z najlepszych komplementów jakie otrzymałem był ten od pewnej kobiety czytającej serie o Katie Maguire. Czytała ona właśnie pierwszy tom i ciągle sprawdzała, czy czegoś za nią nie ma. Uważałem, że po tych wszystkich latach był to najlepszy komplement, jaki usłyszałem.

Miałem okazję przeczytać dyskusję, na temat tego, że autorzy kryminałów muszą mieć umysł seryjnego zabójcy, żeby być w stanie oddać jak należy sposób działania mordercy. Czy podobnie jest z twórcami horrorów? Czy trzeba posiadać „mroczną duszę”?

A gdzie tam. Ja sprzedaję, nie kupuję. Nie przyjmuję tego do siebie. Najważniejszym jest tylko zastanowić się, co tak właściwie działa na ludzi..

Czyli eksploruje pan mroczniejszą stronę ludzkości?

Tak, w pewnym sensie. Ludzie potrafią być okrutni dla samego tylko okrucieństwa. Bez żadnego uzasadnienia. Nie znajduję tego w sobie. To na czym się skupiam, to znaleźć to, co porusza ludzi.

Najbardziej pierwotne instynkty? Strach?

Miedzy innymi.

Uczucie niepokoju kojarzy mi się zawsze z opowieścią Oko obserwatora (The Eye of the Beholder, odcinek programu Strefa Mroku  - przyp. K.B), w którym mała dziewczynka rodzi się ze zdeformowaną twarzą, ale matka mówi jej że jest niezwykle piękna. Powtarza jej, że jest najpiękniejsza na świecie, jak księżniczka. Nie pozwala jej natomiast nigdzie wychodzić, ani patrzeć w lustra. Gdy pewnego dnia dziewczyna spojrzała w lustro, matka powiedziała jej, że piękno znajduje się w tytułowym oku obserwatora. Dziewczyna myśli sobie więc: „Jestem brzydka, bo wszyscy odebrali mi moje piękno. Ono jest w ich oczach i chcę je z powrotem”. Zaczęła od ślimaka w ogródku odcinając mu oczy nożyczkami. Ale to był dopiero początek.

To oczywiste jak wszyscy jesteśmy wrażliwi na temat naszych oczu. Trzeba znaleźć właśnie coś takiego.

Czy nie myśli pan, że sięganie do tak podstawowych odczuć jest odrobinę... Nie chcę tutaj prowokować oczywiście, ale czy to nie... najprostsze, do czego można nawiązywać?

Ludzie szukają różnego rodzaju wstrząsających doznań. Po to chodzą do kina na horrory. Szukają oni kogoś, kto uświadomi im, że oni te pierwotne instynkty jednak posiadają. No ale myślę, że w moich książkach znajdują się czasem też bardziej skomplikowane wartości <śmiech>.

Oczywiście! Chodziło mi jedynie o nawiązanie właśnie do faktu, że w naszych ucywilizowanych czasach, gdzie brakuje nam pierwotnych odczuć, staramy się je sobie symulować.  Żyjemy w spokojnym, bezpiecznym mieście z nadmiarem światła, gdzie nie ma się właściwie czego bać.

Aż coś strasznego, rzeczywiście się wydarzy. Wtedy uświadamiamy sobie że strach nie jest wcale taki zabawny. Szczególnie kiedy boisz się o własne życie. Jeżeli uda ci się przenieść takie odczucia do książki, to wtedy ludzie naprawdę będą się bali. Jakby sami w niej występowali.

A czy napisał Pan kiedyś coś, co było...  zbyt  niepokojące?

Niektóre krótkie historie pisałem specjalnie przesadzając, wręcz na granicy tego, co ludzie mogliby znieść. Eric Pasztet (Erik the pie - przyp K.B.) jest tu świetnym przykładem, czy też wspomniane Oko Obserwatora.

I cały zbiór Bestialisch?

Tak. One wszystkie powodowały u ludzi kompletny szok. To świetny test dla autora. Musisz je napisać naprawdę dobrze, żeby miały sens. Im bardziej coś jest obrzydliwe, tym lepiej musi być napisane, żeby było jakkolwiek przekonujące. Musi być dopracowane w każdym szczególe. To cienka granica między „naprawdę obrzydliwe” a „kompletnie bez smaku, kicz”. Coś może być kompletnie obrzydliwe i odrzucające, a ludzie i tak powiedzą, że było „dobre”.

To jak na samym początku Tengu. Cały szokujący początek musiał do czegoś prowadzić. Inaczej byłby.. bez sensu.

Dokładnie. Był ku temu należyty powód. Inaczej by tego fragmentu tam nie było.

A co z odczuciami z ekranizacji Pańskich powieści, a konkretnie z Manitou?

Nie najlepiej się zestarzał. Teraz jest całkiem zabawny <śmiech>. Były w nim dobre elementy. Pamiętam odwiedziny planu. Byłem bardzo zadowolony z Tony'yego Curtis'a i całej reszty obsady. Świetnie odwzorowywali bohaterów... Aż do finału. Problemem było, że niewiele wcześniej premierę miały Gwiezdne Wojny, a reżyser Will Girdler był nimi niesamowicie zafascynowany.

„Umieśćmy zakończenie w kosmosie”?

Nie wyszło to niestety najlepiej. Biorąc pod uwagę poziom ówczesnych efektów komputerowych...

Remake miałby pole do popisu. Ponownie nakręcone Martwe zło miało sens. Chciałby Pan, aby nakręcono całą serię o Manitou?

Chciałbym żeby nakręcono wszystkie moje książki. Około dziesięciu było branych pod uwagę. Mroczne żądze i Sekretna Księga Shin Tan zostały zekranizowane. Wizerunek zła był jedną z opcji... Lista jest długa, ale nie powstało na razie nic nowego. Wiele z nich dochodziło do momentu, tak jak Bonny Winter, które to miało być nakręcone przez Johna Mostau odpowiedzialnego za U-231, ale studio Universal ostatecznie stwierdziło, że nie będzie jednak projektu finansować. Przy Wizerunku zła studio dawało już jednoznaczne odpowiedzi, ale niestety wydali oni film Głosy, a pieniądze poszły na Głosy 2. Sequel nie wyszedł im najlepiej... Jak na razie, Jules Stewart, matka Kirsten Steward (Zmierzch – przyp. K.B.) wzięła pod uwagę Walkers. Było to chyba miesiąc temu. Zapowiada się całkiem nieźle, ale nie uwierzę, póki nie zobaczę tego na ekranie <śmiech>.

Efekty specjalne na dziś są świetne, więc film mógłby być dobry.

To trochę tak jak z Avatarem. Cameron czekał lata, aż stwierdził: „teraz można to nakręcić”.

Postaci wychodzące ze ścian byłyby całkiem straszne. Jakby to doszło do skutku byłyby z tego całkiem niezłe pieniądze. Za Manitou na przykład, byłem sobie w stanie kupić dom.

A propos Manitou, czy jako, że była to Pana pierwsza opublikowana powieść to jaki był Pana osobisty wkład w postać głównego bohatera Harry’ego Erskine'a?

Jak najbardziej jestem trochę Harry’m. Też wróżę z kart. Nie z tarota, ale z czegoś bardzo podobnego. Mam XVIII-wieczną francuską talię do wróżb zwane „talią sybilli”. Często wróżę z nich znajomym.

I działają?

Myślę, że tak <śmiech>. Dawn Harris, której pomagam z pierwszą książką, ciągle prosi mnie o wróżby.

A co porabia teraz Harry Erskine? Dalej obrabia staruszki jako wróżbita?

Kontynuuje swoje praktyki na Florydzie. Odpoczywa po szalonych przygodach. Mogę ci zdradzić, że pojawi się w mojej następnej książce pod tytułem Infection (tytuł roboczy – przyp K.B.). Pracuję nad nią właśnie. Jest to odrobinę science fiction w pewnym sensie. Z elementami sił nadprzyrodzonych. Potrzebowałem w niej czegoś, co dałoby jej odrobinę więcej głębi w ramach ostatniego szlifu. Nieźle się poirytował, jak wyrwałem go z wybrzeża na słonecznym półwyspie: „No stary... Naprawdę muszę? Co tym razem?” <śmiech>.

Nad czym jeszcze obecnie Pan pracuje?

Między innymi nad  Suszą. Zacząłem pisać ją z piętnaście lat temu. Wtedy nie doszło do wydania ze względu na bankructwo mojego wydawcy. Niestety, zeszłoroczna susza w Stanach Zjednoczonych okazała się straszniejsza niż ta, którą opisałem w pierwszej wersji książki. Musiałem więc moją trochę... „pogorszyć” <śmiech>. Ma sporo wątków o politykach wykorzystujących katastrofę dla swoich własnych, osobistych celów. Jest już praktycznie na ukończeniu.

Cytując Zjawę: „Czasami napisanie książki jest trudniejsze niż urodzenie dziecka”. Czy ma Pan jakieś specjalne osobiste przesłanie w jej treści?

Każda książka, jaką piszę, ma w sobie cząstkę tego, co aktualnie działo się w moim życiu. Kilka książek, które napisałem po śmierci żony, m.in. Panika, ma na pewno w sobie moje odczucia z tamtego okresu. Ładunek żalu i smutku. Przekazuję to do książek, czy tego chcę, czy nie.

Bohaterowie Harry Erksine i Jim Rook byli najbliżsi mnie. Posiadali moją  umiejętność „nie brania niczego na serio”.

A Nathan Underhill z Bazyliszka?

Nie, był zbytnio typem naukowca. To zupełnie nie ja.

A co ze zgłębianiem informacji z tematyki inżynierii genetycznej na potrzeby tej książki?

Zdziwiłbyś się, jakie ilości wiedzy miałem na ten temat, przynajmniej w chwili pisania tej powieści.

Właśnie skończyłem publikowaną za niedługo przez wydawnictwo Albatros Szkarłatną Wdowę, rozgrywające się w XVIII-wiecznej Nowej Anglii. Jej główna bohaterka jest swego rodzaju agentką CSI tamtych czasów. Od ojca zgłębiała wiedzę z zakresu leków i chemii i kiedy w jej mieście dochodzi do masowego morderstwa i wszyscy uważają, że spowodował to szatan we własnej osobie, tylko ona coś podejrzewa. Było to okrutnie trudne do napisania. Dużo trudniejsze niż zakładałem. Bohaterka upuszcza świecę na dywanik. Jakiego typu to dywanik? Czy zapaliłby się on? Tak zapaliłby się. Stałem się specjalistą od XVII-wiecznych technik wytwarzania dywaników. Idąc dalej, żadna z postaci nie ma telefonu komórkowego. Nie ma żadnych samochodów. Nawet nie było wózków do wożenia dzieci, które to zostały wynalezione dopiero w 1820 roku. Zgaduję, że tego nie wiedziałeś. <śmiech>.

Faktycznie nie... Mieli zatem jakieś szanse na przetrwanie?

Jakoś sobie poradzili. Po prostu to przeczytaj <śmiech>. Powinna zostać niedługo wydana w Polsce.

Natomiast w nowym horrorze, jaki piszę, zostaje potrącony pies. Pada pytanie: „Czy możemy go uratować?” i założę się, że nie wiedziałeś, że istnieją worki z krwią dla psów? Dla kotów zresztą też. Zwierzęta te mogą całkiem zwyczajnie oddawać krew.

Do tego typu poszukiwań musisz się zabrać, chcąc napisać książkę. Tak jak zostałem kompletnym ekspertem od inżynierii genetycznej. Przynajmniej na chwilę. To, co piszę, musi brzmieć autentycznie. Przytaczane fakty musiały mieć jakiś logiczny sens i odnosić się do rzeczywistości.

Więc jak Tony Stark w The Avengers, na potrzeby Tengu został Pan specem od fizyki nuklearnej „wczoraj”?

Pewnie. Tylko zaraz o tym zapominam, jak tylko napiszę daną książkę. To tak, jak na potrzeby jednej książki zrozumiałem teorię względności Einsteina na jakieś trzy godziny. Potem niestety wszystko przepadło.

Są jakieś szanse na kontynuacje przygód Nathana Underhilla?

Oczywiście muszę odpowiadać na potrzeby czytelników moich serii horrorów i nie brakuje mi pomysłów, ale na razie skupiam się na przygodach irlandzkiej detektyw - Katie Maguire. Jej książki odniosły spektakularny sukces na rynku. Pierwsza część z tej serii sprzedała się w wersji elektronicznej w ilości stu trzydziestu tysięcy egzemplarzy w pierwszych czterech tygodniach. Właśnie ukazały się Upadłe Anioły i sprzedały się w pięciu tysiącach egzemplarzy w samym pierwszym tygodniu.

Nie porzucam oczywiście rynku horrorów, ale zadecydowało zainteresowanie czytelników powieściami detektywistycznymi.

Jakby na to nie spojrzeć, pisze Pan dużo. Uważa Pan, że utrzymuje równy poziom pisząc jedną książkę za drugą, odkładając kolejną na półkę i od razu zabierając się za następną?

Teraz już chyba nie. Powoli się starzeję. Zaczynam odrobinę zwalniać, jeżeli chodzi o pisanie. To może wydawać się tylko wysiłkiem umysłowym, ale to, z czego ludzie nie zdają sobie zwykle sprawy, że pisanie książki to nie reportaż z tego, co się naprawdę wydarzyło. Musisz całość wytworzyć kompletnie z niczego. Siedzisz sobie przed ekranem komputera i wymyślasz wszystko. Starasz się zapisać jakąś wizję wprost ze swojej wyobraźni. Jest to całkiem męczące. I to fizycznie.

Mój były szef redaktor mawiał, że to jak „kopanie okopów”. Szczególnie, kiedy dochodzisz do momentów w książce, gdzie i tak wiesz, co wydarzy się na końcu. Żmudnie, słowo za słowem

<naśladowanie odgłosów łopaty>. Tutaj wyznacza się różnica między profesjonalnymi autorami i amatorami, którzy nie są w stanie skończyć swojej książki, gdyż jest to po prostu za dużo ciężkiej pracy.

Myślę, że będę teraz pisał odrobinę mniej. Chociaż mam kontrakt na napisanie jeszcze dwóch książek o Katie Maguire, Red Light i kolejnej, co da łącznie cztery książki w serii o niej.

To czy jest Pan w stanie wskazać coś ze swojej twórczości, co uważałby za najlepsze? Arcydzieło, szczyt możliwości?

Myślę, że byłyby to dwie moje ulubione książki, jakie napisałem. Wspominana już Bonnie Winter. Starałem wejść w umysł dziewczyny, której sypie się małżeństwo, a ona na co dzień sprząta miejsca zbrodni. Myślę, że jest jedną z najlepiej dopracowanych przeze mnie książek. Niezmiernie przepadam też za Pogromcą wampirów, opowieścią o wampirach, o której również już mówiliśmy. Jestem z nich dumny, ale napisałem je dawno temu. Jakbym miał je teraz zacząć czytać, nic bym z nich nie pamiętał. Kiedy pisze się tak dużo, ciężko jest pamiętać wszystko, a czasem ludzie pytają cię o coś sprzed dwudziestu lat: „A dlaczego on tu tak postąpił?”, „A co się z nim działo po zakończeniu?”. Miałem taką sytuację, że ktoś na ulicy spytał mnie o książkę Głód: „I co się stało później?”. Na co odpowiedziałem tylko „Nie wiem, poszedłem do pubu, a co myślałeś?” <śmiech>.

Nie będziemy kończyć naszej rozmowy w stylu Tengu, ale spytam w nawiązaniu o Pańską „tajną broń” w warsztacie zawodowego pisarza. Posiada Pan coś takiego?

Wierz lub nie, ale moją specjalnością (mimo że bywam pytany przez ludzi „Jakie jest twoje zdanie na temat religii?”, a muszę przyznać, że nie jestem zbyt religijny) jest bycie dobrym dla ludzi. Mam na myśli wzajemne zrozumienie. To po prostu słuchanie ich. Uczysz się tego między innymi będąc reporterem i rozmawiając dużo z ludźmi. Ludzie powiedzą ci, co tyko chcesz, o swoim życiu, problemach czy czymkolwiek. Jeżeli po prostu usiądziesz i będziesz cierpliwie słuchał. I jeżeli miałbym jakoś określić moją „specjalną umiejętność”, to właśnie będzie to umiejętność poświęcenia czasu na  słuchanie, co ludzie mają właściwie do powiedzenia. Dowiesz się w ten sposób niesamowitych rzeczy o ich życiu oraz wielu wspaniałych i poruszających historii.

A jakaś wskazówka, jak pozostać nowatorskim w tak ogromnym zatrzęsieniu autorów?

Ja osobiście nie oglądam się na innych i nie wnikam w niczyją twórczość. Staram się pozostać niezależnym, ale nadal utrzymując kontakty z innymi pisarzami. Nadal mam się bardziej za dziennikarza niż za autora opowieści. Może to mnie odróżnia.

Tak na marginesie, ogromnie ważne jest, by nie czytać recenzji swoich książek. Ja osobiście nigdy tego nie robię.

Chciałbym właściwie czytać więcej fikcji, ale czułbym się trochę jak chef, który po całym dniu gotowania, chcąc się zrelaksować, zaczyna gotować dalej. Wychodzi, że czytuję tylko gazety.

Kucharzom-pasjonatom zagraża nadwaga, a pisarze mają natomiast dość stacjonarną pracę. Da się temu jakoś przeciwdziałać?

Istnieje taki termin w środowisku pisarzy jak „ilość siedzenia”. Coś w stylu „Ile dzisiaj siedzenia włożyłeś w pracę nad książką?”. Staram się codziennie iść na długi spacer. Gł&´wnie po to, żeby kupić sobie gazetę <śmiech>. Wciąż rozwiązuję krzyżówki. To dobry sposób na przeciwdziałanie alzheimerowi.

Spotykam się też często z moimi synami i przyjaciółmi. Relaksuję się przesiadując z nimi i gawędząc sobie tak jak my tutaj.

I za tę pogawędkę niezmiernie Panu dziękuję.

I ja również dziękuję.

´



blog comments powered by Disqus