Andrzej Sapkowski

Autor: Greg K1ler

Życie pisarza w trzynastu, bynajmniej nie pechowych, odsłonach




foto Urodzony w czerwcu 1948 roku pod znakiem bliźniąt. Tworzy od lat dwudziestu, w zależności zresztą, jak liczyć. Czy moment napisania, czy wydania, czy może otrzymania pieniędzy?

            Wydanie pierwszego opowiadania.

Równe 20 lat minie w tym roku - 2005 - w grudniu. Pisałem oczywiście wcześniej rozmaite rzeczy, wydawałem, a nawet płacono mi honoraria. Rzeczy tych nie mam jednak jeszcze za pisarstwo. Rachubę zaczynam od opowiadania "Wiedźmin" napisanego na konkurs w "Fantastyce" - było to właśnie w 1985 roku w grudniu.

 

GK: Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Andrzej Sapkowski: Nie umiem udzielić odpowiedzi na tego typu pytanie, no bo czym jest? A czym nie jest? Odpowiem krótko, encyklopedycznie: fantastyka to gatunek literacki, jeden z wielu, służący do tego, żeby go ludzie czytali. Jeżeli ktoś lubi. A jeśli nie, to też warto czasami coś przeczytać, bo to nie zaszkodzi.

Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Chciałem wygrać konkurs w "Fantastyce", a napisanie fantasy uznałem za świetną drogę w tym kierunku. Sądziłem, że w Polsce jest to gatunek mniej popularny, co więcej - bardzo mało znany, a jeżeli nawet, to w takiej najbardziej typowej dla siebie formie. Będąc podówczas znawcą tego gatunku i mając dobrze opanowany jego kanon, dość łatwo znalazłem sobie taką dróżkę pomiędzy tymi rzeczami w fantasy, które czasem mogły ludzi odstręczać: "A za dużo tych elfów, za dużo wędrówek, za dużo smoków". Wtedy okazało się, iż też nie byłem tak do końca oryginalny, ale wydawało mi się, że jak przetrę sobie własną ścieżynkę, to trafię jurorom do przekonania. Musimy sobie wyjaśnić - nigdy nie zamierzałem pisać dalej. Moim celem było wygranie jednego, konkretnego konkursu. I nic więcej. To był plan maksimum.

Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Noo, imię ich jest legion, jak mówi Pismo Święte. Legion. O mnóstwie rzeczy mogę powiedzieć, że żałuję, iż to nie ja to wymyśliłem, nie ja rozpracowałem, względnie - nie ja wpadłem na ten pomysł, bo bym to lepiej napisał.

Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

W pewien sposób tak, z tym, że ja dokonuję selekcji rzeczy już na wstępnym etapie - pomysłu, najbardziej ogólnego, nawet najmniejszej idei. Od razu odrzucam - to nie moja działka, a cóż ja w tym zakresie zrobię, przecież ja się na tym kompletnie nie znam.

Na przykład sf?

Z science fiction też bym sobie poradził, bo przecież to niekoniecznie znaczy, że trzeba być wielkim znawcą fizyki, chemii, astronomii, astrologii i tak dalej, i tym podobne. Można się tu również obracać w sferach, które nie są mi obce: psychologia, historia. Historia alternatywna chociażby: Wielka Armada zdobyła Anglię, Niemcy podbili cały świat, Stany Południowe wygrały wojnę z Północą, itepe, itede. Rzeczy jednak, w których na scenę z punktu wchodzi matematyka, astrofizyka, komputeryzacja, znajomość technik cyfrowych itp. odrzucam na wejściu, bo ja się na tym nie znam w ogóle. Co więcej, mogę czegoś nie wiedzieć o medycynie, ale mam podręczniki, sięgnę, zajrzę - i będę wszystko wiedział. A matematyki i astrofizyki nie pojmę.

W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Nie. Z całą pewnością nie jestem zwolennikiem tej teorii, podobnie jak nie lubię gadania głupot na temat czytelnictwa w ogóle - że to wszystko runie, zginie. Częściowo bierze się to z mojej wieloletniej praktyki i długiego życia. Pamiętam jak w Polsce powstawała telewizja. Była ona sensacją, nieliczne osoby posiadały w domu telewizor. W momencie, kiedy zaczęła się bardziej upowszechniać, zaczęto piać jeremiady: "Zniszczy wszystko! Nie będzie literatury, nie będzie kina, nie będzie teatru. Nasze ukochane myszy pozdychają nam w domach. Będziemy impotentami, staniemy się niepłodni przez kineskopy i szkodliwe promieniowanie. Wszystko zniszczy telewizja!". Oczywiście wszystko okazało się bzdurą, TV niczego nie zniszczyła. Co prawda, w większości polskich domów odbiornik TV robi za ołtarzyk lub ikonę, ale demonem nie jest, do demona mu daleko. Jak mówił pan Wokulski do pana Starskiego: "W panu tyle demona, co trucizny w zapałce".

Fantastyka towarzyszy człowiekowi od zarania jego dziejów. Pierwsze fantastyczne opowieści snuto niezawodnie już przy ogniskach kromanionów. Fantastyka nie zginie i nie zaginie. Może, i owszem, ewoluować, zmieniać się. Niektóre rzeczy nas dzisiaj śmieszą, np. trylogia Żuławskiego. Teraz nikt nie napisałby powieści o Księżycu, na którym żyją szernowie, dobrze wiemy, iż nie ma tam i być nie może podobnych istot. Lovecraft upatrywał demonicznych miast na biegunie południowym, bo w jego czasach wszystko tam mogło być. Nauka czyni tak potworne postępy, że za moment wytnie nam jeszcze więcej podobnych tematów. Wkrótce nie będzie się dało o nich fantazjować.

To może bardziej w stronę komercyjnej fantastyki, jakiegoś taniego fantasy?

Nie można odnieść pojęcia "komercyjny" do literatury. Wiąże się ze sprzedażą, prawda? Książkę sprzedaje się po jej napisaniu. Kto może wiedzieć, będzie książka sprzedawalną, czy też nie? Na pewno może tego wiedzieć autor.

Ale w przypadku wielotomowych sag...

Uproszczenie. Po pierwsze, nawet wśród wielotomowych sag dobrze sprzedają się raczej te dobre. Pominąwszy wyjątki potwierdzające regułę. Nie widzimy tych, które były słabe i nie sprzedały się wcale, a nie brakuje wszak takich. Po drugie, w jakiż to niby sposób zaplanowanie napisania wielotomowej sagi miałoby stanowić niezawodną receptę na sukces komercjalny? Przecież nie ma takiego sposobu. Przekonali się o tym dowodnie nawet ci autorzy, którzy próbowali dyskontować komercjalny sukces powieści przez dopisywanie niezliczonych sequeli i prequeli. A proszę zauważyć, że zupełnie czym innym jest wielotomowy cykl, a czym innym sequele. Książki sprzedają się, jeśli są dobre, a nie dlatego, że są wielotomowymi cyklami czy sequelową powielanką.

Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Mój własny? Żaden. Absolutnie żaden. Gdybym się któregoś wstydził, nigdy bym go przecież nie dał redaktorowi czy wydawcy.

Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Nie, wcale tak nie uważam. Dziełem mojego życia zawsze będzie książka nie napisana. Niezależnie, czy będzie to na dwa dni przed moją śmiercią, czy już teraz.

Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Mój autorytet jest hydrą o stu głowach. To po prostu kanon literatury w ogóle, bez wskazania na żadną konkretną osobę. Jest zbyt bogaty, obfity, różnorodny, żebym mógł ustalić choćby jakiś top ten.

Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

Zabójca papieru? Na pewno nie, źle się czyta z ekranu. Zabić literatury "papierowej" internet z całą pewnością nie zdoła, moje poprzednie porównanie do początków TV jest tu najzupełniej aktualne i na miejscu.

Jest natomiast internet narzędziem, bez którego ja nie wyobrażam sobie życia ani pracy. To po prostu wielka księga mądrości ludzkiej. Moja praktyka dowodzi, że jest najlepszym miejscem do zdobycia w danym momencie potrzebnych danych. Rzucam tekst: "Ile gwoździ było wbitych w bramę Budziszyna?". Zobowiązuję się, że w ciągu dwóch dni znajdę tę informację. Nie chodzi mi o to, ile bram miał Budziszyn w piętnastym wieku, bo to łatwo wyszukam w ciągu piętnastu minut, ale ile było ćwieków. Nie spotkałem się jeszcze z faktem, gdy najbardziej skomplikowane pytanie pozostało bez odpowiedzi. Pod tym względem internet jest nieoceniony.

Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

Nie mam pojęcia, nie mnie to oceniać. Poza tym, co ma tutaj do rzeczy mój charakter? Załóżmy, że pojawia się on w jakiejś tam postaci w tym, co się pisze, temperament, osobowość, światopogląd w pewien sposób przemycane są do prozy, po czymś tam autora można zdemaskować. Ale czy nie znając zupełnie człowieka, można na podstawie tego, co napisał, zbudować sobie jego wizerunek? Ja twierdzę, że to niemożliwe, ale kto wie...

Literatura jest literaturą. Ludzie mają przeróżne cechy, nie każdy z nas to ideał. Co więcej, sądzę, że jest ich tych ideałów bardzo mało - jeśli w ogóle są. Posiadamy cechy złe albo takie, którymi niespecjalnie należy się chwalić, miewa się poglądy, które, nawet jeżeli samemu uznaje się je za całkiem zdrowe i dobre moralnie, to wykrzykiwać ich po ulicach nie bardzo się chce. Podobnie autor, gdy wychodzi z twórczością w lud powszechny, pewne kwestie starannie omija, lawiruje czy wręcz ukrywa. Dlatego też nie można dojść do prawdy na podstawie pisarstwa.

Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

Twórca ma prawo do wszystkiego, a reszta podpada już tylko pod de gustibus. Coś może się komuś podobać, coś nie, ale słowa "nie tolerować" czy "piętnować" są tu wybitnie za ostre. Nigdy nie zdecydowałbym się, żeby coś z gruntu i w czambuł potępić. Każdy pisarz ma absolutnie niezaprzeczalne prawo do wypowiedzenia się literacko w taki sposób, jaki mu dyktuje dusza, temperament, koniunktura czytelnicza, spodziewana sprzedawalność książki, wierzenia religijne, przekonania polityczne lub cokolwiek innego. Jedyne, co można zrobić, to nie czytać, względnie przerwać w połowie lub po zakończeniu stwierdzić: "Sorry. Nie podobało mi się. Z takich, czy innych powodów. Ale to moja prywatna opinia."

Poglądy zawarte w prozie autora są prawdopodobnie jego własnymi, ale ja tego nie wiem - może się zgrywa, może tylko igra z czytelnikiem, udając alkoholika, pederastę, lesbijkę, prawicowca, antyklerykała, lewaka albo faszystę. Może stara się wziąć mnie pod włos. Mogę więc powiedzieć: "To, co w tej książce zostało zawarte, nie przemawia do mnie, nie poprę tego oburącz, nie wypowiem się pozytywnie, nie napiszę pozytywnej recenzji". I koniec. Ale napiętnować, ukarać, zabronić drukować, dać nakaz cenzury - nigdy.

Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

W absolutnie żadnym. Proszę pamiętać, długi czas po debiucie pisałem wyłącznie opowiadania. A za te dostaje się tyle, ile da redakcja. Niemożliwe są jakiekolwiek negocjacje. Na honorarium za opowiadanie - marne zazwyczaj pieniądze - czekało się grzecznie. I brało tyle, ile dali, wedle taryfikatora lub własnej ochoty. Gdyby motywowały mnie pieniądze, nie pisałbym, lecz uruchomił wytwórnię wód gazowanych.

Zacząłem negocjować dopiero z wydawcą. Wysokość honorarium liczoną jako określony procent od sprzedaży. Żaden pisarz w Polsce nie jest inaczej wynagradzany. A któż wie, jak się książka sprzeda? I kto jest w stanie cokolwiek zagwarantować? Nikt i nijak. Zawiera się z wydawnictwem umowę, a potem... czy to będzie bestseller, który nagle zaowocuje kupą forsy, czy też sprzeda się pięćset egzemplarzy?

Kto to może wiedzieć?

Czyli bardziej chęć samorealizacji?

A tak. Bo pisarstwo wciąga. Zmusza do doskonalenia siebie w celu, a jakże, zadowolenia czytelnika. Pieniądze natomiast nie mają tu absolutnie żadnego znaczenia. Nie wyobrażam sobie pisarza, który wpadając na świetny we własnym mniemaniu pomysł fabularny, zarzuciłby go, mówiąc: "Eee, to się nie sprzeda, a ja wszak tylko pieniądze mam na celu!". Takich sytuacji nie ma. To są rzeczy wymyślane post factum przez krytykę i pisarzy-zawistników.

Na pewnym etapie kariery pisarskiej, kiedy autor robi się popularny, sprzedawalny, spotykają go beneficje w postaci procentu od sprzedaży. Inny jest od kilku, inny od tysiąca, a jeszcze inny od 20 tys. sprzedanych egzemplarzy. I tu wkracza zawistnik: "No tak, no tak. Mojej książki sprzedały się tylko trzy sztuki, ale ja piszę z wewnętrznej potrzeby, a on dla pieniędzy". A krytyk wtóruje, pobekując: "Literatura komercyjna!". Nie zauważa się, że to jest post factum przecież. Bestsellerami są wszak książki, które się najlepiej sprzedają. Post factum, po napisaniu. Gdyby było inaczej, musiałoby istnieć słowo "bestwritables".

A nie istnieje.

Każdy ma swój punkt widzenia oczywiście.

Każdy ma, ale punkt widzenia jest punktem widzenia, a prawda jest prawdą. Punkt widzenia to opinia - fałszywą zaś opinią nie można się podpierać, fałszywa opinia nadaje się wyłącznie do poprawki.

Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Półświatek kojarzy mi się wybitnie pejoratywnie, a niestety do pewnych grup środowiska fantastyki w Polsce słowo to przystaje jak ulał. I nic już, absolutnie nic nie jest w stanie mnie w tym środowisku zaskoczyć. Zwłaszcza mile.



blog comments powered by Disqus