Artur Baniewicz

Autor: Greg K1ler

Życie pisarza w trzynastu, bynajmniej nie pechowych, odsłonach


 

Urodzony w 1963 roku, tworzy od lat... Tu mam problem. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz spróbowałem sklecić jakiś kawałek prozy; ale na pewno PRL jeszcze wtedy kwitł.

GK: Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Artur Baniewicz: W czasach peerelowskiej posuchy na książki ciekawe była zastępczą literaturą sensacyjną. Szeroko rozumianą: taką, w której coś się dzieje, a bohaterowie stają w sytuacjach ekstremalnych. Jako czytelnik cenię ją sobie za to, że jest chyba najmądrzejszym, przynajmniej potencjalnie, gatunkiem literackim.

Ludzi interesuje głównie przyszłość. Tak nas stworzono, a tylko fantastyka zastanawia się, co będzie kiedyś. To odpowiednik filozofii, królowej nauk, w literaturze. Gdzie indziej można sobie pogdybać, puścić wodze fantazji, postawić fundamentalne pytania? Ujmę to tak: gdyby Pan Bóg powiedział, że likwiduje wszystkie gatunki poza jednym i kazał mi wybrać ten do pozostawienia, wybrałbym właśnie fantastykę. Mieści w sobie całą resztę, z samej definicji ma być co najmniej niegłupia (pochodzenie od SF zobowiązuje), no a tradycja nakazuje jej bycie ciekawą i przyswajalną w formie. No i ten jej urok...

Człowiek lubi odkrywać dziewicze lądy, tajemnicze zakątki, w których nikt przed nim (albo przynajmniej nikt od dawna) nie był. Lektura i pisanie historii fantastycznych ma w sobie właśnie taką namiastkę bycia pionierem, smakowania tajemniczej nowości. Reszta literatury opisuje Ziemię na przestrzeni najwyżej kilkudziesięciu tysięcy lat ludzkich dziejów. W praktyce kilku tysięcy, bo książki o jaskiniowcach na palcach liczyć. Wąziutka działeczka. Fantaści mają do dyspozycji nieskończoność, zarówno czasu jak i miejsca. Nic dziwnego, że to ludzi ciągnie.

Mnie fantastyka zainspirowała do pisania jako takiego. W którymś momencie co prawda uznałem, że szanowany twórca powinien zająć się raczej czymś bardziej współczesnym, przeznaczonym dla ludzi poważnych - postanowiłem zadebiutować sensacją. Faktem jednak jest, iż cała seria nieudanych pierwszych podejść literackich, zalegających szuflady, to dokładnie fantastyka. Dla pisarza ma ona jeszcze ten urok, że kwitnie w krótkich formach i można opublikować już pojedyncze opowiadanie. Z czego akurat nie korzystam, bo jakoś nie potrafię opanować sztuki pisania krótko i jeszcze na temat.

(Całkiem poważnie pisać, póki co, nie mam ochoty)

Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Nie wiem, czy zacząłem. „Smoczy pazur” i „Góra trzech szkieletów” wyszły praktycznie równocześnie. A pierwszy, nazwijmy to tak, tekst (jedna strona zeszytu w kratkę) był jakby bardziej historyczny: jacyś faceci bili się na miecze z innymi. Co prawda nie określiłem ani stron, ani epoki, więc trochę fantastyczne to było, ale… Z drugiej strony, pierwsze skończone opowiadania (szufladowe) to rzeczywiście fantastyka. Dlaczego ona? Bo krótka forma tak mi się zawsze kojarzyła, a dla siebie, hobbystycznie, starałem się pisać krótko.

P.S. Po udzieleniu odpowiedzi naszła mnie wątpliwość, czy dobrze zrozumiałem pytanie i czy Gregowi chodziło o kolejność. Więc na wszelki wypadek: od strony warsztatowej fantastyka wydała mi się wdzięcznym gatunkiem (kiedyś, dawno temu), bo zdawała się bazować nie na wiedzy, a na pomysłowości (czytaj: dobrych chęciach) autora. Tak naprawdę jest mniej słodko, nawet jak ktoś pójdzie na łatwiznę i zacznie produkować fantasy.

Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Jako wielki entuzjasta żołnierzyków wyobrażałem sobie (może jeszcze nie w kontekście pisania o tym) batalię takich ożywionych, małych wojaków. Robociki, coś w tym stylu – bo ożywianie plastyku pod wpływem mocy nadprzyrodzonych albo w czyjejś sennej wizji to jeden z tych fantastycznych zabiegów, które mnie brzydzą. Przynajmniej w tonacji serio.Potem, już w epoce czytania, wymyśliłem fabułę stosownego opowiadania. Kto wie, może jeszcze je napiszę, ale świeże już nie będzie, bo zetknąłem się z podobnymi pomysłami - przelanymi na papier albo i grę komputerową.

Chodzi mi po głowie historyjka, czy dwie, o robotach bardziej ludzkich niż ludzie. Jestem prawie pewien, że gdybym w końcu zabrał się za Asimova, który zawsze mnie trochę nudził, znalazłbym jakieś podobne wątki, a kto wie, czy i nie sytuacje. Oczywiście, raz po raz, oglądając film lub czytając, łapię się na refleksji: „też o tym myślałem”, lecz zwykle dotyczy to jakichś fragmentów - nie całości. Mam wielką ochotę napisać „Czterech pancernych”. Bez psa i niekoniecznie polskich.

Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Mam parę, niekoniecznie z dziedziny fantastyki. To, czego mi brakuje, by się za nie zabrać, to moce przerobowe. Piszę na przemian dla dwóch wydawnictw, sensację i niekończący się cykl o czarokrążcy Debrenie, więc już nie bardzo mogę się otworzyć trzeci front. Ale mam nadzieję, że kiedyś… Nie znaczy to, że uważam się za zdolnego już teraz, z marszu, przystąpić do konstruowania, przykładowo, powieści historycznej – bo i takie chodzą mi po głowie.

Na pewno brak mi przynajmniej części wiedzy, by budować fabuły, na które ostrzę sobie zęby. Co do dystansu i życiowego doświadczenia – nie wiem. Za duży dystans i człowiek traci pasję, już mu się nie chce. Problemy i bohaterowie nudzą, więc może i lepiej go za dużo nie mieć? Doświadczenie życiowe mam i do końca życia będę miał za małe, z tym nic nie da się zrobić. Warsztat? Jak się nauczę streszczać i trzymać dyscyplinę (czytaj: nie przekraczać zaplanowanej objętości o więcej niż 50 %) uznam chyba, że nad nim zapanowałem.

W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Fantastyka wiecznie żywa. O bliskiej przyszłości i konkretnych rozwiązaniach technicznych pisać coraz trudniej, fakt, ale zawsze można uciec w tą dalszą. Nikt autora nie wyśmieje, bo nikt nie dożyje i nie sprawdzi, o ile chybił z prognozą. Jest też historia alternatywna, fantasy, political fiction, inwazja Obcych, horror i parę innych konwencji, gdzie od twórcy nie wymaga się, by przewidział kto, w którym roku i w oparciu o jakie technologie wymyśli nowinkę typu telefon komórkowy czy gadający komputer. Myślę, że dopóki ludzie będą chcieli dzielić się swymi przemyśleniami na temat tego, co będzie lub mogłoby być kiedyś, fantastyka sobie poradzi.

Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Jestem bezwstydny, przynajmniej jeśli chodzi o to, co wyszło drukiem. Piszę wyłącznie rzeczy dobre i lepsze :-). Jeżeli z jakiegoś powodu trochę mi głupio, to chyba z nadmiernego skomplikowania (i wydłużenia, co może idzie w parze) III tomu przygód Debrena. Niektórzy czytelnicy skarżą się, że pogubili wątki. Ale i tej książki trudno się wstydzić, bo zła nie jest, co najwyżej zmuszająca do większej niż standardowa koncentracji. Bynajmniej nie znaczy „trudna”. I po pijanemu można czytać, czerpiąc sporo frajdy, tyle że coś może umknąć.

Chyba jako pisarz przeceniam oczekiwania statystycznego czytelnika. Staram się, by za wcześnie nie odgadł „kto zabił” i choć smakosze chwalą mnie później za to, ktoś, kto czyta z przerwami, siłą rzeczy mniej uważnie i z mniejszym zaangażowaniem, może pominąć jakąś kluczową wskazówkę i potem nie rozumieć czegoś w finale. No ale to chyba odwieczny problem tych starających się tworzyć możliwie ambitnie, „nie dla kucharek”.

Pod czyje zapotrzebowanie pisać: mniej, czy bardziej wymagających? Szukam kompromisu, ale z nimi jest tak, że dobre nie istnieją.

Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Z definicji nie mogę tak uważać, ponieważ jestem zdeklarowanym relatywistą. To, co dla jednych świetne, dla innych – knot. Jest to uprawnione. Nie uznaję żadnych autorytetów w sztuce, a z drugiej strony trochę zbyt często nie podzielam gustu masowej publiczności, by przyjmować, że dobre to, co najbardziej popularne. Wniosek? Hulaj dusza, piekła nie ma: to jest piękne, co dany osobnik za piękne uważa. I do tego w danej chwili, bo w innej może myśleć inaczej.

Jak więc rozpoznać szczytowe osiągnięcie życia? Najwięcej pochwał zebrał „Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej”, ale czy to znaczy, iż jest najlepszy spośród moich książek? Ja sam nie umiem podać swego faworyta – każda bez wyjątku powieść ma kawałki, które mi się podobają (chyba podpadam tym pod definicję grafomana). Podejrzewam, że jeszcze jakiś czas tak będzie. Może kiedyś spłodzę knota bez jednej poruszającej sceny, lecz nawet wtedy nie wskażę raczej, jakie z dawniejszych dzieł było tym „naj”.

Ale oczywiście mam nadzieję, że dzieło życia jest jeszcze przede mną.

Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Skoro powyżej napisałem, iż nie uznaję żadnych autorytetów, to chyba teraz powinienem być konsekwentny i odpowiedzieć, że nie. Ale tam chodziło mi o facetów oceniających innych. Jeśli za autorytet uznać pisarza, którego twórczość chwilami rzuca na kolana, to na przestrzeni dziejów mego czytelnictwa paru takich było. W branży fantastycznej na pewno bracia Bułyczow. Nie wiem, czy czegoś nauczyli, ale po przeczytaniu „Chłopca z przedpiekla” odkryłem, że można opisać sobie fajną wojnę, która się nie wydarzyła. Do tej pory łazi mi to po głowie, choć niekoniecznie w kontekście SF czy fantasy. Alistair McLean uświadomił mi, że w sensacji (i szerzej: literaturze) nie jest takie ważne, co się opisuje, ale jak się to robi. Nauczył wracać po kilka razy do przeczytanej już książki nie dla poznania treści, a odświeżenia sobie soczystych opisów i komentarzy. Każda moja powieść ma być z definicji taka właśnie: wielokrotnego użytku. Na koniec nasz wielki AS, który otworzył mi oczy na fakt, że heroiczna, trochę zadęta literatura o smokach, rycerzach i pierścieniach magicznych może być śmieszna i naszpikowana odniesieniami do całkiem innego świata.

Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

Internet – narzędzie, po które chadzam do znajomych, a i to rzadko. Jakoś się dotąd nie dorobiłem, więc za wiele mądrego nie powiem. Znając siebie, mógłbym popaść w uzależnienie. Skradłby mi wiele czasu. Ten wywiad, chociażby, dowodem. Piszę te słowa dla wielu czytelników, ale, jako osoba niepraktycznie uprzejma, pewnie równie starannie odpowiadałbym każdemu korespondentowi z osobna. No i kaszana. A to tylko jeden z patentów na oderwanie się od pracy…

Ponieważ do sieci zaglądam rzadko i raczej nie w związku z fantastyką, nie mam zielonego pojęcia, kto i jak się promuje w Internecie ze swoją twórczością SF i fantasy. Wstyd przyznać, ale skoro ma być szczerze...

Zabójcą papieru, w kontekście książki, jeszcze nie jest, bo nie spotkałem ani jednego aktywnego czytelnika, który nie narzekałby na niedogodność czytania z monitora. Amatorzy fabuł nadal wybierają klasyczne, zadrukowane kartki sklejone w poręczną całość. Do autobusu można zabrać, na tapczanie się wyciągnąć, oczy nie bolą... Ale czy tacy ludzie, fani przekazu za pośrednictwem liter, już obojętne: z monitora czy książki, nie wymrą, pewności nie mam. Do końca nie powinni, ostatecznie i dziś parę osób chadza to teatru, jak w starożytnej Grecji. Czy wystarczy ich jednak, by utrzymać rynek (czytaj: pisarzy)?

Może przyszłość okaże się mroczna, powieść odejdzie do lamusa i pozostaną tylko filmy oraz gry komputerowe. Ponieważ znów nie jestem całkiem pewien intencji pytającego, dodam, że wyparcie książki papierowej przez elektroniczną (ale jednak książkę, ciąg literek) nie wpędziłoby mnie w depresję i do grobu. Jeśli tylko ktoś wymyśli jakąś bezpieczną formę sprzedawania tekstów w sieci, może nawet nam wszystkim łatwiej się będzie żyło. Teoretycznie powinno być to tańsze dla czytelnika i bardziej dochodowe dla autorów. Na razie jak jest, każdy widzi. A jak będzie? Właśnie dlatego trochę unikam klasycznej SF - bo nie wiem.

Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

Nie uważam się za znanego. Trochę książek się rozeszło, ale po całym kraju, więc ludzie, którym nazwisko Baniewicz coś tam mówi, są mocno rozproszeni i za często ich nie spotykam. To nie pozwala mi stwierdzić, czy jestem lubiany – bo kogo pytać? Myślę, że ci, którzy mnie polubili jako pisarza, cenią sobie w moich historiach to, co i ja: że są zabawne a przy tym niegłupie. No i, w ostatecznej wymowie, optymistyczne. Nadal piszę głównie dla SIEBIE – jeszcze nie dojrzałem do dobrze pojętej komercji, czyli komponowania powieści pod „naukowo” zbadane zapotrzebowanie rynku. To, co schodzi z klawiatury, ma MI dostarczyć maksimum frajdy. Co książka, dajmy na to, to nowy romans z dziewczyną jak z marzeń. Co bohater, choćby i negatywny, wredny, przeznaczony do uśmiercenia, to ciekawe indywiduum, które wygłosi parę zabawnych uwag, dostarczy satysfakcji obcowania z postacią barwną, nietuzinkową. Literatura piękna ma dostarczać wzruszeń – wszelkich, od śmiechu po wściekłość – i taką staram się tworzyć. Nie nudzę, a przynajmniej robię, co mogę, by nie nudzić. Staram się pisać zabawnie nawet o rzeczach poważnych. To odstręcza krytyków, mnie samemu psuje robotę, bo fajerwerki przesłaniają głębsze treści, nad którymi też się przecież muszę pomęczyć. Czytelnikowi powinno się podobać, bo świat jest wystarczająco ponury i nie ma sensu przyczerniać go sobie jeszcze bardziej, idąc do księgarni i wydając trzy dychy na jakąś dołującą historyjkę. Jeśli więc mam rację i za takie podejście mnie lubią, to znaczy, że promowany jest egoizm – bo przecież piszę tak, by przede wszystkim sobie samemu sprawić przyjemność. Zyskuję też jako pesymista, ponieważ moje książki, dla zachowania równowagi psychicznej, są dość pogodne i z reguły zakończone happy endem.

Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

Ślizgałem się, ale w końcu muszę to wyznać: odkąd dużo piszę, za mało czytam i absolutnie nie nadaję się na eksperta, jeśli chodzi o dzisiejszą polską fantastykę (zagraniczną też – żeby nie było niedomówień). Trudno mi uogólniać. Zresztą nigdy nie czułem powołania do roli krytyka. Nie zastanawiam się, dlaczego coś mi się podoba, a co innego nie. Po cholerę? Historia ma być choć trochę ciekawa, bohaterowie nieobojętni czytelnikowi, opis barwny. Element nieprzewidywalności i zaskoczenia mile widziany. I tyle.

Jeśli autor sprosta tym wymaganiom, zwykle jest wystarczająco dobrze, by czytać i czerpać przyjemność. Jedni zaczerpną jej wiele, inni prawie wcale, bo jesteśmy różni i, co więcej, zmieniamy się. Za kopię „Gwiezdnych wojen” i coś w rodzaju magnetowidu (aby ją sobie odtwarzać) oddałbym kiedyś parę lat życia. I co? Minęło kilkanaście wiosen, zasnąłem przy powtórce. Jak tu recenzować?

W dodatku sam piszę i uważam za lekkie skur… pastwienie się nad dziełami, było nie było, konkurentów. KONFLIKT INTERESÓW!!! Nie bądźmy politykami, panie i panowie, zachowajmy przyzwoitość. Rozumiem, że każdego czynnego fantastę korci do wypowiadania się i pisarz też ma prawo (ostatecznie dlatego rzucił się w wir fantastyki, trochę ją kocha i żyć mu bez niej ciężko), ale moją receptą na zachowanie minimum przejrzystości jest pisanie o polskich twórcach wyłącznie dobrze (o tym, co nas pcha do wymiotowania po prostu nie piszmy). Pomyje i epitety pozostawiam dla obcych. Amerykaninowi nie narobi wiele szkody miażdżąca recenzja w NF czy SF. Swoje dolary już zarobił, co najwyżej parę złotych mu ubędzie i zamiast na Bali poleci na weekend na Hawaje. U nas autor miewa jedno, dwa omówienia i skazany jest na jeden maleńki rynek. Można go, jak muchę, zabić gazetą. A to człowiek…

Sprytnie i wzniośle wykręcam się więc od wytykania słabości kolegom po piórze. Mogę jedynie powiedzieć czego nie lubię ja - osobiście, subiektywnie i bezpodstawnie. Czuję niechęć do – wiem, że to głupio zabrzmi – braku realności, zbytniej umowności kreowanych wydarzeń. Czytaj: świata wirtualnego, w jaki bohater wkracza, w którym walczy, a nawet kocha. Nie potrafię utożsamić się z programem komputerowym; jak tylko zapachnie sugestią, że to dookoła może nie być prawdziwe (smok z krwi i ciała, antymateria z maszynki do robienia antymaterii, duch z prawdziwego zaświata), natychmiast siada mi napięcie i nie jestem w stanie dalej czytać. Symbolika niestąpająca po ziemi też mi nie odpowiada. Historia, choćby nie wiem jak zakręcona, ma się rozgrywać w realnym miejscu i czasie, bohaterowie mają podlegać prawom natury zrozumiałym i przewidywalnym dla czytelnika, bo są oni po to – jak dla mnie – bym się z nimi utożsamiał. A do tego niezbędny mi jest jak największy bagaż wspólnych z nimi doświadczeń. Kiedy postać staje do walki, muszę choć trochę wiedzieć, jakie ma szanse i jak bardzo powinienem się bać. Komediowa formuła załatwia oczywiście wszystkie te problemy, lecz, niestety, o pożerającej świat szarości czy takich tam pisze się zwykle śmiertelnie serio i czuję się zagubiony.

Moim ideałem bohatera fantastycznego jest taki Pirx, który ze śrubokrętem w dłoni naprawia psującą się rakietę. Albo don Rumata Estorski, chlastający mieczami pachołków średniowiecznego despoty gdzieś daleko pośród gwiazd. Wiadomo, o co chodzi, jest prosto, mądrze, z morałem, a przy tym na tyle pięknie, że chce się czytać.

Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

Pieniądze? W żadnym. Zacząłem pisać, bo chciałem poczytać coś takiego, jak piszę, a nie było gdzie tego kupić. Było to moim hobby i nadal jest, choć teraz mniej przyjemnym, bo muszę na nim zarabiać. A o treningu też trudno mówić: trenują dzisiejsi sportowcy. Ja jestem jak taki średniowieczny facet, który miał niezłą kondycję fizyczną nie dlatego, że modne było ją mieć, ale mimowolnie, bo sama mu się wyrobiła w wyniku życia bez samochodu i pilota od telewizora. Pisałem dla zabawy, czytałem dla niej i nauczyłem się bezwiednie tak budować zdania, by brzmiały fajnie. W moich uszach.

Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Mało go znam. Trzy krótkie pobyty na konwentach i praktycznie zerowa styczność z Internetem – cóż ja mogę powiedzieć? Chyba tylko: oby więcej było takich, co połknęli bakcyla. I żeby się za bardzo nie żarli między sobą.

Podyskutuj o tym artykule na forum!



blog comments powered by Disqus