Tad Williams

Autor: Greg K1ler
13 października 2007

Życie pisarza w trzynastu, bynajmniej nie pechowych, odsłonach

Tad Williams Urodzony w 1957 roku, pierwszą powieść wydał w 1985 roku (Pieśń łowcy).

GK: Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Tad Williams: Dla mnie, jako młodego czytelnika, znaczyła bardzo wiele, gdyż było to coś, co najbardziej lubiłem czytać. Kiedy zacząłem dorastać, odkryłem wpierw chyba Ray'a Bradbury'ego oraz Tolkiena. Oczywiście czytała mi także mama - angielskie fantastyczne historie. Jest to więc coś, co mnie zawsze bawiło. Jako pisarz lubię w niej wolność. Z jednej strony możesz być tak dosłowny, jak tylko chcesz, ambitny w swoim pisaniu, tak długo, jak długo dajesz swoim czytelnikom czego oczekują i na co zasługują. Jest to pewien rodzaj kontraktu. Byłem we Francji ze swoim przyjacielem - malarzem - i rozmawialiśmy o tym, że, zanim złamiesz zasady, musisz je znać, musisz je mieć. W jego przypadku znaczyło to, iż wyszedł od bardzo klasycznego malarstwa, nim zaczął przechodzić do bardziej abstrakcyjnych rzeczy. U mnie lubię fakt, że piszę popularną fikcję, co oznacza, że, mimo iż piszę, co chcę, zawsze jestem odsyłany także do tego, czego chce czytelnik. Staje się to więc bardziej wyzwaniem dla mnie. Nie tylko moim widzimisię.

Czy traktujesz ją jako sposób na życie?

Jeśli masz na myśli, czy jestem członkiem społeczności fantastycznej, tak. Odkąd mamy dzieci, dwójkę, nie pojawiamy się z żoną na tak wielu konwentach, jak kiedyś, ale nasz styl życia jest jeszcze szerszy w sensie pisania, sztuki i pomysłów. Wręcz lubimy o sobie mówić, jako o domu pomysłów. Jest to dla nas istotne. Rzeczywiście mój lifestyle to kreatywność sf&f.

Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Jeszcze raz mogę powiedzieć, że to wolność. Z jednej strony możesz zrobić cokolwiek zechcesz, a z drugiej odbiorcy oczekują, iż coś im dasz. To kontrakt pomiędzy czytelnikami a autorem. W dowolnym rodzaju fikcji. Jeśli piszesz sensację, zgadzasz się, że nie jest ważne jak to zrobisz, ale dostarczysz zagadkę, wskazówki oraz rozwiązanie. W tym samym sensie w rzeczach, które ja piszę, obiecuję, że, jakkolwiek artystyczny się stanę, co 5-10 stron coś będzie próbowało zjeść głównego bohatera. Podoba mi się to napięcie pomiędzy wolnością i odpowiedzialnością wobec czytelnika.

Czyli jest to lepsza platforma niż mainstream?

Wydaje mi się, że można by to zrobić w innych formach, ale ja znam czytelników w moim światku. Wiem, co myślą, czego oczekują i czego chcą. W ten sposób mogę mieć z nimi większą interakcję, bo jestem jednym z nich. I mogę powiedzieć: nie, to było zrobione już setki razy. Daj spokój, ta postać nie potrafi zabić tamtej. Każdy wie, że on przeżyje. Ale ten znowuż zabije, bo to wyrzutek. Znam te zależności bardzo dobrze, mogę grać z czytelnikami.

Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Jest to prawdziwe teraz, biorąc pod uwagę powieść, którą zacząłem kilkanaście lat temu, o 18-tej dynastii Egiptu, czyli czasów Tutanchamona, Echnatona, Nefretete. Wtedy napisano na ten temat może 1 lub 2 książki. Ale odłożyłem to na 20 lat, niezbyt dobrze zapamiętałem. Teraz historycznych tajemnic jest bardzo wiele, więc pewnie nigdy się już za to nie zabiorę. Wszytko przez wydawcę, który kupił moją pierwszą książkę. Nie chciał, żeby była historyczna, on był za sf&f. Z innych rzeczy, nie, nie sądzę, że jest temat, do którego nie mógłbym się dobrać, to zawsze tylko kwestia czasu. Mam wiele pomysłów i na każdą książkę lub opowiadanie, które piszę, dwie lub trzy nie widzą światła dziennego. Czasami używam części z nich gdzie indziej. "Otherland" jest dobrym przykładem. Znajdziesz tam wiele fragmentów z nieopublikowanych utworów.

Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Hmm. Brak warsztatu zawsze jest problemem. Każdy dobry, poważny autor nigdy nie jest zadowolony ze swoich umiejętności. Zawsze chcemy być lepsi. Czuję, iż nie do końca mi się udało, nie napisałem tej książki tak, jakbym chciał. Prawie... Chciałbym być lepiej poinformowanym pisarzem naukowym, ponieważ czasami mam pomysły, przy których musiałbym trochę postudiować jakąś dziedzinę wiedzy, z rok czy dwa, żeby poczuć się bardziej komfortowo.

Myślę, że wszystkie moje książki są takie, o ideach, do których nie całkiem się zbliżyłem, dlatego pisanie jest tym, co możesz robić przez całe życie i nigdy nie poczujesz, że je poznałeś. Każda historia jest inna w twojej głowie, a inna na papierze. Nigdy nie wychodzi to tak, jak sobie wyobraziłeś. Platoniczny ideał jest w twoim umyśle, nieosiągalny. To, co na kartach, jest tylko książką.

Zawsze jest jednak redaktor...

Tak, tylko że ja postrzegam redaktorów w science fiction jako takich, którzy chcieliby stworzyć je bardziej komercyjnym, ale nie zachodzą drogi stronie artystycznej, chyba że zbytnio sobie pobłażasz - zbyt wolno, za bardzo samozaangażowany.

W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Nie, nie uważam, że utraci rację bytu. To czego się obawiam, to że straci coś z pisemnej strony na korzyść bardziej wizualnych mediów jak filmy czy gry. Które są naprawdę dobre, lubię je. Problem z nimi jest jednak taki, że nie ma wiele czasu, by bardziej zagłębić się w zawarte w nich idee. Może staną się one bardziej złożone, może większą emfazą obejmie się pisanie. Martwię się, że nie będziemy mieli tylu czytelników, że książki się kurczą, a film i telewizja wzrasta. I jeszcze raz, nie dlatego, iż są złe, ale dlatego, że tracimy wyrafinowanie dyskusji, konwersacji.

Stajemy się coraz bardziej multimedialni.

Tak, filmy i gry wycelowane są w masową publikę, ponieważ są drogie w wytworzeniu. Natomiast książka jest tania, więc może się w nich pojawić jakikolwiek wymyślony pomysł i ktoś to w końcu wyda. Nie mogę sobie natomiast wyobrazić, jeśli znasz "Kantyczkę dla Leibowitza" Waltera Millera, że ktoś zrobi z tego film czy grę. Moooże... A jest to jedna z rzeczy, które uwielbiam. Z innych, Philip K. Dick pozostaje Dickiem do czasu nakręcenia. Najwyżej jedna idea pozostaje, za to główną postacią jest Arnold Schwarzenegger. I o to się boję.

Książka jest tania, da się w niej pokazać każdy pomysł, każde podejście, rozwiązanie artystyczne. Gdy przychodzi do wielkiego ekranu, staje się drożej, homogenizowanie, bardziej mainstreamowo.

Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Nie wstydzę się żadnego, czasem patrzę się na nie i mówię, że to bym zmienił, tamto. Ale wszystko, co napisałem, było najlepsze w tamtym czasie. Najlepsze co mogłem zrobić, biorąc pod uwagę zdolności, czas czy różne zakłócenia w moim życiu.

Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Myślę, że staję się coraz lepszy i bardziej ambitny. Więc pytanie nie brzmi, czy najlepsze lata są za mną, tylko czy czas, gdy mój kontakt z publiką jest największy, znajduje się za mną, przede mną, teraz. To, czego chcą czytelnicy, będzie kryterium oceny. Mógłbym pisać wspaniałe, najbardziej artystyczne rzeczy, ale jeśli czytelnikom się nie spodobają, powiedzą - był lepszy w dawnych czasach. To jest tak. Niektórzy lubią muzyka Dawida Bowie i przenigdy nie mogą przeboleć rzeczy, które on tworzył, gdy oni go odkryli. Np. "Ziggy Stardust" z 1972 roku. Kochają to. To najlepsza robota Bowiego. Pięć, dziesięć lat później...

I czy to jest prawda, czy tylko głos największej publiki?

Co do mnie, to nie wiem. Czuję, że wiele dobrych powieści trzymam jeszcze w sobie. Nie mam wrażenia, jakbym się powtarzał. Pomysły, które posiadam, są trochę inne dla nadchodzących książek.

Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Naprawdę wielu, wielu autorów. John Updike, który zawsze pisze dobre, interesujące książki, o tym kim jest teraz, nie cały czas to samo. Michael Moorcock, nadal aktywny, żywy pisarz. Każdy, kto wydaje wciągające rzeczy, nawet jeśli nie jest już tak popularny. I nie wraca mówiąc, kochajcie mnie, jak kiedyś. Nauczyłem się od nich, by nie trzymać się przeszłości za wszelką cenę. Nie odrzucać jej, nie wstydzić się, ale też nie chwytać i czyścić, ponieważ możesz pisać dobrze jedynie, gdy jesteś zaangażowany, kiedy Ci zależy, gdy czujesz, że się ze sobą zmagasz. Wracając do książek sprzed 20 lat, nie wstawiłbym do nich rzeczy, które umieściłem w tamtym czasie. Wtedy były najlepsze, teraz znowu daję wszystko.

Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

Myślę, że wiele czasu minie zanim papier zniknie, ponieważ jest tani. Ekonomia jest zawsze dużym problemem. Paperbacki? Nie ma sprawy. Pojechałem teraz do Francji, wziąłem dwie książki, dokończyłem, zostawiłem przyjacielowi. Bez problemu. Świetna sprawa w tym to niedrogi mechanizm dostarczania produktu. Elektronika? Musisz uważać, by nie stracić swoich drogich rzeczy, więc to trochę zmienia sprawę. Papier zawsze będzie użyteczny dla studentów i podróżujących. Wielu z jakiegoś powodu nie lubi czytać z ekranu. Może to się kiedyś zmieni. Są też dobre strony internetu - znajdujesz książki, masz więcej informacji. Jesteśmy teraz bardziej zorientowani na rodziny, na dzieci. Nie przebywam wiele czasu w księgarniach i wśród ludzi czytających to, co ja. Sieć zastępuje konwenty. To taki ogólnoświatowy horyzont społeczny, gdzie rozmawiasz, wymieniasz informacje. Internet i książki są obecnie dość zbalansowane. Faktycznie, elektronika wyprze w końcu papier w znacznym stopniu, ale chyba nie za mojego życia.

Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

(śmiech) Mam tak dobry, jak i zły gust. Lubię sztukę wysoką - Kandinsky, Thomas Pynchon, Muller. Z drugiej strony - filmy z Godzillą i Disneyland. Jeśli chodzi o książki, to pracuję ze złożonymi pomysłami, ale też staram się, by były interesujące. W bardzo podstawowy sposób - bohaterowie sobie chodzą i różne rzeczy się zdarzają, czasami jest śmiesznie. Czytelnicy mogli nigdy nie mieć styczności z powieściami Guntera Grassa czy Thomasa Pynchona, ale ja tak. Jest więc przynajmniej jest jakaś konwersacja - niska - wysoka sztuka. Lubię je obie i chyba to będzie najlepsza odpowiedź. Nie wiem, jak tam z miłością, czy uwielbieniem...

Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

Nic. Naprawdę nic. Jeszcze raz, to co najlepsze na naszym poletku, to to, że jest tanie. Ludzie mogą spróbować wszystkiego. Coś, co mi przeszkadza, może jest ulubioną rzeczą kogoś innego. Świat jest pełen rzeczy, jakie mi się podobają, więc nie potrzebuję mówić komuś: nie możesz tego lubić. Gdy byłem młody, zawsze kłóciłem się o książki i muzykę. "Lubisz to? O Boże, przecież to gó...". I tak zawsze. Teraz ktoś mówi, że uwielbia Christinę Aguilerę, a ja - "OK, dla mnie nie bardzo, ale dla ciebie, nie ma problemu". Jestem w średnim wieku i nie mam możliwości, by zobaczyć i usłyszeć wszystko, co bym chciał. Dlaczego mam tracić czas na mówienie komuś, że nie może się czymś cieszyć, tylko dlatego, że ja tego nie lubię? Nie napiętnowałbym niczego.

Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

Pieniądze to nie problem. Jeśli robisz coś, co ludzie lubią, możesz to robić w kółko, z małymi różnicami. Robert Jordan stał się popularny po 6 czy 7 częściach cyklu, gdyż czytelnicy zaczęli go traktować jak towar. Towar, który lubią. Nie mówię, że jest zły. Bardziej jak lody czekoladowe. Gdy idziesz je sobie kupić, nie chcesz, by ktoś włożył do nich oliwki czy likier. Robienie więc tych samych rzeczy też może przysporzyć sławy.

Będziesz pisarzem sukcesu, gdy spróbujesz wielu różnych rzeczy. Ja mogę coś tworzyć tylko, gdy się tym interesuję i nie mam cierpliwości pisać tego samego po wieki wieków. Mógłbym zarobić więcej pieniędzy, gdybym kontynuował "The Dragonbone Chair", tyle że jestem komercyjny, ale nie celowo. Lubię komercyjne sf, gdy jest dobre. Udało mi się, bo jest wielu czytelników takich, jak ja.

Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Byłbym zaskoczony niemile, gdyby stał się nietolerancyjny. Jedną z rzeczy, które zawsze w nim lubiłem, jest otwartość ludzi, ich indywidualizm, akceptacja różnic międzyludzkich. Jeśli to by się zmieniło, byłbym smutny. Teraz każdy jest zaproszony, nie ważne, jak wygląda i co robi. Nawet jeśli mówię: "To głupie!", nie mam na myśli, że złe. Ja bym tego nie zrobił, ale OK, witaj na naszej imprezie.



blog comments powered by Disqus