"Nie miałem pojęcia, dlaczego tamta historia była dobra" - wywiad z Jeffem VanderMeerem

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
20 sierpnia 2011

Fenris: Jak się czujesz jako pisarz światowego formatu, z szeregiem cennych nagród na swoim koncie?

Jeff VanderMeer: Naprawdę nie widzę siebie samego w ten sposób. Jestem zadowolony, że mam swoich czytelników, z tego, że miałem także wystarczająco dużo szczęścia i moje książki zostały opublikowane w sporych wydawnictwach, ale w głębi serca wciąż jestem młodym pisarzem, który jest niezaspokojony i próbuje spiąć się artystycznie. A zatem doceniam nagrody, ale zbyt często o nich nie myślę.

F: Jaki był Twój pierwszy tekst z gatunku fantastyki? Czytasz go czasami, by zapamiętać, jaki był Twój początek z tego typu literaturą, czy też wolisz o nim zapomnieć?

J.V: Zacząłem od opowiadania bajek Ezopa. Napisałem też powieść, która zasadniczo była zerżnięta od Patricii McKillip - takie tam rzeczy, które zazwyczaj pisze się jako dziecko. Pisałem też kiepską poezję. Napisałem także kilka bardzo kiepskich opowiadań, w tym jedno zatytułowane Varlagowie są dziwni, do którego wołałbym dzisiaj nie wracać...

F: Jaki był pierwszy tekst, który wysłałeś do wydawcy? Został on opublikowany?

J.V: Najpierw wysyłałem do wydawnictw moje wiersze. Wysłałem dziewięćdziesiąt dziewięć wierszy do dziewięćdziesięciu dziewięciu żurnali poetyckich i dostałem dziewięćdziesiąt dziewięć różnych form odmowy w przeciągu czterech miesięcy. Dlatego następną rzeczą, którą wysłałem, była prośba o przewodnik dla pisarzy skierowana do magazynu zatytułowanego "Magical Blend". Przez pomyłkę znowu otrzymałem odpowiedź odmowną. W tamtym momencie zrozumiałem, że droga do publikacji będzie długa i ciężka. Ale do ukończenia szesnastego roku życia udało mi się opublikować około czterdzieści wierszy i chyba piętnaście opowiadań, a kiedy miałem dziewiętnaście lat, dokonałem pierwszej poważnej sprzedaży - moje opowiadanie opublikowano w "Asimov's SF Magazine". Jedyny problem? Nie miałem pojęcia, dlaczego tamta historia była dobra. Dojście do tego zajęło mi kolejnych kilka lat.

F: Skąd wziął się pomysł na Twój sztandarowy twór, jakim jest Ambergris?

J.V: Napisałem historię zatytułowaną Ucząc się opuszczać ciało, w której wspomniałem Albumuth Boulevard, które zostało potem ulicą w Ambergris. Sama opowieść nie była osadzona w Ambergris, lecz była dziwna i niemal fantastyczna. Pomyślałem sobie, że chce napisać bardziej nierealną wersję tego miasta. Sześć miesięcy później obudziłem się i całe Ambergris było już w mojej głowie. Pobiegłem do komputera i wklepałem dziesięć stron pierwszej historii o tym mieście. Potem było oczywiście trudniej. Musiałem świadomie wymyślić całe uniwersum od zera. Zanim dodałem więcej elementów współczesnych, początkowo zapożyczałem historię od Bizantyjczyków i Wenecjan.

F: Jak się czujesz, gdy Ambergris zostało docenione dopiero w Finchu, powieści, która jest raczej niższa poziomem niż poprzednie książki osadzone w tym mrocznym świecie?

J.V: Wszystko, co mogę powiedzieć? Każdy ma swój ulubiony styl pisania i każda książka o Ambergris jest zupełnie inna od poprzedniej, a zatem to po prostu tak będzie, że niektórzy odbiorcy i czytelnicy będą preferować jeden z moich stylów bardziej od innego. Finch jest chyba moją najpopularniejszą książką w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Tego właśnie chciałem, ale całkowicie rozumiem tych fanów, którzy wolą moje wcześniejsze książki. Ja mogę tylko zrobić to, co konieczne, aby każda z powieści była taka, jak być powinna.

F: Jakie są twoje plany literackie na najbliższe kilka lat? Myślisz nad całkowicie nowym projektem, czy nadal chcesz tworzyć w Ambergris? Kiedy możemy spodziewać się nowej powieści osadzonej właśnie w Ambergris?

J.V: Przerzucam się teraz na dramat biotechnologiczny osadzony w świecie po zapaści, w którym istnieć będą dwa ogromne potwory nazwane Borne, a potem zajmę się naginającą świadomość podróżniczą epopeją sci-fi pod tytułem Dzienniki Doktora Mordecka, po których przejdę ostatecznie do trylogii z gatunku space opery, którą napiszę wraz z Karin Lowachee. Pracuję także nad opowiadaniami osadzonymi w Ambergris, jednak nowa powieść w tym świecie nie pojawi się przez najbliższe trzy do czterech lat.

F: Jak to jest być pisarzem? Jak wygląda dzień osoby parającej się tym zawodem?

J.V: Zazwyczaj zaczynam pisać w kawiarni przez kilka porannych godzin. Potem pracuję nad projektami nie-fikcyjnymi - redakcje/recenzje książek, książka o kreatywnym pisaniu - a po lunchu spędzam kolejna godzinę na fikcji, zanim zajmę się całą masą innych rzeczy.

F: Kiedy znajdujesz nowe pomysły? Może masz jakieś specyficzne miejsce, czas, etc, kiedy nachodzi Cię inspiracja do nowych projektów?

J.V: Ciężko powiedzieć. Kiedy pracujesz nad konkretnymi książkami albo fikcjami, pomysły napływają tak naturalnie, że nie jesteś w stanie stwierdzić, w którym dokładnie to momencie nastąpiło. Ale powiedziałbym, że nigdy nie pozwalam, aby to co się dzieje wokół mnie, powstrzymało mnie przed spisaniem tych właśnie inspiracji. Ostatnio byłem z moją żoną i przyjacielem w Savannah, w Georgii, po zmroku i zobaczyłem budynki, które skłoniły mnie do myślenia o nowych pomysłach do mojej powieści o wcześniej wspomnianym Doktorze Mormecku. I spędziłem następną godzinę nieświadomy istnienia świata wokół - siedziałem tam i spisywałem wszystko na świstkach papieru, a nawet jakichś liściach, kiedy zabrakło mi już papieru. Uwielbiam, kiedy to następuje - kiedy jestem porwany przez wizję i ona mną całkowicie włada. Zdarza się to tylko kilka razy w roku, ale i tak jest lepsze, niż nawet najlepszy haj.

F: W swoich tekstach preferujesz raczej naukę, czy fikcję?

J.V: Myślę, że za bardzo cenimy sobie logiczne wyjaśnienie wielu zjawisk. Ostatecznie nauka jest dziwna i taki też jest świat. Wszystko może wydawać się wiarygodne, jeśli pisarz jest wystarczająco utalentowany i przedstawia to w swój własny sposób. A zatem może on używać biologii czy nauki jako punktu wyjściowego, ale to by było na tyle w tej kwestii.

F: Nie przytłacza Cię sława i oczekiwania, jakie żywią czytelnicy w stosunku do twoich książek? Nie obawiasz się, że w końcu zawiedziesz na całej linii?

J.V: To miło z Twojej strony, że twierdzisz, iż jestem sławny - powtórzę, nie czuję się taki. Chociaż jestem dostępny na facebooku i innych portalach społecznościowych oraz prowadzę bloga, nie dzielę się raczej informacjami prywatnymi, a kiedy piszę, wyłączam Internet. Wtedy czuję mniejszą presję i jestem w stanie ją zniwelować. Jedyna metoda na to, żeby służyć moim czytelnikom, to ignorować ich, bo każdy ma odmienne zdanie. I włożyć całe moje serce oraz duszę w każdą książkę, robiąc to, co robię najlepiej tak, jak potrafię. To wszystko, co każdy z nas jest w stanie zrobić. Jestem wdzięczny, że mam czytelników - takich, którym zależy tak bardzo, że zdecydowanie nie chcę ich zawieść.

F: Czy chciałbyś, aby twoje książki zostały zekranizowane? W końcu materiału jest tu naprawdę spora ilość, aż żal byłoby nie skorzystać.

J.V: Zdecydowanie chciałbym, aby zekranizowano Fincha. Wraz z serbskim artystą pracuję nad przerobieniem tej książki w powieść graficzną. Rozmawiam także ze studiami w Hollywood o innych, oryginalnych projektach. A zatem nie mam zupełnie nic przeciwko prezentowaniu moich historii w jakichkolwiek mediach.

F: Czy antologia Mirrorshades Brauca Sterlinga była jakimś bodźcem, który nakłonił Cię do stworzenia zbiorów tekstów traktujących o steampunku? Czy postrzegasz siebie jako Sterlinga steampunku?

J.V: Ha! To trochę dziwne być jednocześnie redaktorem i pisarzem. Jako pisarz masz zmartwienia i obsesje natury bardzo osobistej. Jako redaktor, także masz prywatne obsesje, ale możesz także patrzeć na redagowanie antologii jak na ćwiczenie intelektualne w zakresie organizacji, struktury, obserwacji fenomenu. W przypadku steampunku byłem zafascynowany tym podgatunkiem, ale nie jestem pisarzem steampunkowym, i dlatego praca nad tą antologią nie miała charakteru osobistego. Ponieważ jednak jest to teraz tak popularny gatunek, mnóstwo dziwnych, interesujących powieści wydaje się aktualnie w Stanach Zjednoczonych, które nie byłyby wydane, gdyby jakiś redaktor nie powiedział działowi marketingu: "to jest steampunk".

F: Macie z żoną w planach kolejne antologie, takie jak New Weird czy Steampunk?

J.V: Ani jedno, ani drugie. Kończymy prace nad liczącym siedemset pięćdziesiąt tysięcy słów, tysiąc pięćset stron, sto dwadzieścia opowiadań i mającym stuletnią retrospektywę zbiorem Weird, który wydawnictwo Atlantic opublikuje w listopadzie tego roku. Zawiera on wszystkich: od Lovecrafta do Mieville'a. Od Shirley Jackson po Stefana Grabińskiego, od Kelly Link do Brunona Schulza, po Bena Okri do Neila Gaimana, I jeszcze więcej.

F. Których pisarzy najbardziej sobie cenisz? Czy mógłbyś wskazać jakiegoś z nich, który był inspiracją dla Ciebie?

J.V: Moim głównym źródłem inspiracji zawsze byli Angela Carter, Edward Whittemore, Franz Kafka, Leonora Carrington, Alasdair Gray, Nabokov, Borges i wielu innych charakterystycznych pisarzy tworzących dziwne, niestworzone historie. Cenię sobie także wielu autorów tworzących kryminały w stylu noir.

F: Co sądzisz o dzisiejszej fantastyce, która znacząco odbiegła od schematów fantasy i science-fiction sprzed kilkunastu lat?

J.V: Więc, na rynku amerykańskim faktycznie czuję, że jest publikowane dużo więcej gówna, a większość z publikowanej science-fiction jest intelektualnie martwa. Publikuje się mnóstwo ciekawej fantasy, większość bez określenia podgatunku. W dodatku Internet bardzo ułatwił pisarzom spoza USA czy Wielkiej Brytanii bycie zauważonym i potencjalnie nawet przetłumaczonym, co jest dla mnie bardzo ekscytujące, ponieważ ja uwielbiam pokazywać się w różnych podejściach do fantasy i science-fiction.

F:  Lubisz fantasy, czy preferujesz New Weird? Masz czasami ochotę by napisać fantasy?

J.V: Aktualnie pracuję nad bardziej tradycyjną fantasy, książką dla starszej młodzieży, ale moja podstawowa pasja to dziwna, trudna do sklasyfikowania mieszanka stylów i wpływów literackich. Chce się zawsze popychać do robienia czegoś, czego wcześniej nie robiłem. Lubię New Weird za to, że to szczera próba pogodzenia podziałów między gatunkami i głównym nurtem fikcji literackiej.

F: Jeśli mógłbyś zmienić cokolwiek w fantasy lub science-fiction, to byłoby to...?

J.V: W Stanach? Mniej dennych okładek książek, które wyglądają, jakby należały do romansów. Generalnie chciałbym, aby ludzie żyjący w kulturze s-fi/fantasy przestali się martwić obroną tych gatunków i próbowali to wyjaśnić tym spoza środowiska, którym się to czasem nie podoba. Po prostu wykonuj swoją pracę jak najlepiej dostarcz ją do większości czytelników, a kiedy to tylko możliwe, twórz społeczność czytelników oraz ludzi kreatywnych, którzy rozumieją, że główny nurt i kierunek to tylko książkowe kategorie przyjęte przez marketing. Chciałbym także, żeby rynek Stanów Zjednoczonych/Wielkiej Brytanii był bardziej otwarty na tłumaczenia.

F: Jak wygląda kwestia czytelnictwa w USA? Czy ludzie czytają dużo, oraz czy pisarz może wyżyć z samego pisania?

J.V: Nie jest łatwe wyżycie z samych książek - jest to możliwe tylko dlatego, że rynek jest u nas ogromny. Bynajmniej nie sprzedaję tyle, co powiedzmy, Neil Gaiman, ale jest tego jednak więcej, niż wystarczająco, aby starczyło na życie. Kiedy nie chcę pisać powieści i potrzebuję przerwy, piszę książkę osadzoną w rzeczywistości, albo więcej się uczę. Jestem w stanie robić dużo różnych rzeczy, jestem zatem w jakiś sposób elastyczny. Ale nie, nie uważam ze ludzie dużo czytają, podobnie jak w Europie - tyle tylko, że w moim kraju jest tak dużo ludzi, ze nawet mała ich część czyta dużo.

F: Czy czasami nie miewasz dość pisania i nie odczuwasz chęci by rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś daleko? Jeśli się na to zdecydujesz, to co będziesz robił w życiu?

J.V: Kiedy dorastałem, chciałem zostać biologiem morskim, ale byłem pisarzem już tak długo, że to jest wszystko, co chcę robić, ot, moja największa miłość obok żony.

F: Czy znasz polskich autorów fantastyki? Z czym kojarzy Ci się nasz kraj?

J.V: Znam polskie książki fantasy wydane przez Dedalus Book. Znam także wszystkie dzieła Brunona Schulza oraz Stefana Grabińskiego, a podczas mojej podróży do Polski na początku roku spotkałem wielu interesujących współczesnych polskich pisarzy. Pracuję z tłumaczem moich książek, Robertem Walisem, nad nabyciem kilku polskich opowiadań do najróżniejszych projektów.

Steampunk

Redakcja: Ann VanderMeer, Jeff VanderMeer
Autor: Bill Baker, James Blaylock, Molly Brown, Michael Chabon, Stepan Chapman, Ted Chiang, Paul Di Filippo, Mary Gentle, Rick Klaw, Jay Lake, Joe Lansdale, Ian R. MacLeod, Michael Moorcock, Jess Nevins, Rachel E. Pollock, Neal Stephenson
Wydawnictwo: Ars Machina
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 2/2011
Tytuł oryginalny: Steampunk
Wydawca oryginalny: Tachyon Publications
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 344
Format: 150x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-932319-0-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł



blog comments powered by Disqus