Wywiad z Agnieszką Bednarską z okazji wydania książki "Emigracja uczuć"

Autor: materiały prasowe
22 marca 2012

Wywiad przeprowadziła Alina Błaszkowska

Niedawno ukazała się Pani debiutancka powieść „Emigracja uczuć”. Napisała Pani książkę w dużej mierze traktującą o rozłące ludzi wywołanej koniecznością zarabiania pieniędzy. Czy to książka zawiera w sobie elementy autobiograficzne?

Jak najbardziej tak. Pierwszy do Anglii wyjechał mój mąż, ja i dziecko na rok zostaliśmy w Polsce.  Tak się złożyło, że w tym samym czasie wyjechali również mężowie moich przyjaciółek i znajomych. Inspiracji miałam zatem aż nadmiar.

Czym Pani zdaniem równi się życie w Polsce od życia na emigracji?

Tutaj żyje się dużo bardziej „na luzie”, niewiele rzeczy dziwi Anglików. Czy zimą ktoś chodzi w klapkach, a latem w futrzanych kozakach, to nie ma dla nich  znaczenia. Żyj i pozwól żyć innym – to ich dewiza, która mi również bardzo odpowiada. Różnica polega również na tym, że w Anglii nie ma takiego „wyścigu szczurów”, ludzie nie dążą do osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę, potrafią cieszyć się tym co mają. I to co podoba mi się najbardziej -  idąc angielską ulicą człowiek ma wrażenie, że inni go lubią. Naprawdę. Nieznajomi uśmiechają się do siebie, witają się ze sobą, nawet wtedy, gdy się nie znają, są dla siebie uprzejmi.
Kiedy po dość długiej nieobecności przyjechałam do Polski i idąc ulicą uśmiechałam się do przechodniów, wyszłam na wariatkę.
Różnic jest oczywiście znacznie więcej, ale nie aż tyle, jakby się mogło wydawać.
 
Cała książka powstała za granicą? Czy pisała Pani też w Polsce?

„Emigracja uczuć „ w całości powstała w Anglii. Nie mogło być inaczej, bo tu teraz żyję i tu pracuję.

Może to życie za granicą było inspiracją dla Pani?

Nie. Inspiracją dla mnie było życie kobiet, które zostały w Polsce, w czasie, gdy ich mężowie opuścili  kraj w poszukiwaniu czegoś lepszego niż mieli. Niestety, często okazywało się, że nie tylko nic lepszego nie znaleźli, ale jeszcze utracili to co posiadali wcześniej. I żeby była jasność, nikogo za ten stan rzeczy nie obwiniam, wina, jak to zwykle bywa, leży po środku.

Czy mogłaby Pani krótko zaprezentować swoją książkę, zachęcić czytelników do lektury?

„Emigracja uczuć”  jest książka przeznaczoną w takim samym stopniu dla kobiet, co i dla mężczyzn. Powstała głównie po to, aby budzić emocje, od śmiechu po płacz, od oburzenia po nostalgię.  Oprócz tego, że niesie w sobie pewne przesłanie, ostrzeżenie, jest po prostu trzymającą w napięciu, pełną zaskakujących zwrotów akcji powieścią, w której ogromna rzesza ludzi odnajdzie siebie samych. Jest wielowątkowa, czytając ją można odnieść wrażenie, że czyta się kilka historii jednocześnie.

Już sama okładka świetnie oddaje klimat Pani książki. Czy gdyby Pani mogła, zmieniłaby w niej coś?

Zgadzam się, okładka jest świetna.
A czy zmieniłabym coś w książce – tak. Ale chodzi mi głównie o sprawy techniczne. Uważam, że powinnam ją bardziej dopracować od strony redakcyjnej. Następnym razem bardziej się postaram J

Jakie wrażenia wywarły na Pani pierwsze czytelnicze opinie?

Nieładnie jest się przechwalać, ale nie dostałam jeszcze opinii, która by „Emigrację uczuć” skrytykowała. Mam nadzieję, że nie wynika to tylko z uprzejmości czytelników. Wręcz przeciwnie, opinie które do mnie docierają są fantastyczne, tak bardzo dodało mi to skrzydeł, że natychmiast zasiadłam do pisania części drugiej. Bo o to właśnie najczęściej czytelnicy prosili.

Od jak dawna Pani pisze? Czy zawsze chciała Pani zostać pisarką?

Pierwsze próby pisarstwa pojawiły się na początku szkoły podstawowej, ale ich efekty nie wychodziły poza moje szuflady. „Na poważnie” zajęłam się tym w wieku czternastu lat, wtedy powstały trzy lub cztery „prawdziwe książki”, pisane recznie,  majace ponad dwieście stron – drobnym maczkiem. Koleżanki z klasy, aby je przeczytać, zapisywały się na specjalne społeczne listy, takie same, jak w tamtych czasach tworzono pod sklepami, w kolejkach po pralki i lodówki. Tamte manuskrypty miały doskonałe branie J Do dziś je przechowuję, pożółkłe, nadgryzione przez mole papierowe wspomnienia z podstawówki.

Czy pisanie to Pani pasja, hobby, czy może odskocznia od rzeczywistości?

Wszystkiego po trosze. Czuję, że jeśli mogę być w czymś naprawdę dobra, a przy tym zadowolona, to tylko w pisarstwie. Będę dążyła do tego, aby pisarstwo stało się moim zawodem, sposobem na życie, tak abym nie musiała robić nic innego, abym mogła tylko pisać, pisać, pisać…

Nad czym Pani obecnie pracuje?
 
Właściwie zakończyłam już pisanie drugiej części „Emigracji uczuć”, co nie oznacza, że jest ona gotowa do wydania. Leżakuje. Wrócę do niej za kilka miesięcy, jak nabiorę świeżego spojrzenia, dopieszczę i dopiero wtedy pokażę wydawcy.
Zaczęłam właśnie pracę nad powieścią o której, z przymrużeniem oka  mówię „z premedytacją pisany bestseller”. Będzie to historia absolutnie różna od  „Emigracji uczuć”, mam nadzieję, że powieść będzie bardziej dojrzała, jeszcze bardziej porywająca. „Sonia” – bo taki roboczy tytuł jej nadałam, będzie czymś z pogranicza psychologicznego thillera, którego uczestniczkami są dwie kobiety, jedna bardzo młoda, druga u kresu życia. Chcę was zaskoczyć i „stanę na głowie”, aby tak się stało.

Jaka jest Agnieszka Bednarska prywatnie?

To najtrudniejsze z zadanych mi przez Panią pytań.
Lubię ludzi, zawsze gdy poznaję kogoś nowego, zakładam, że jest miłym człowiekiem, niektórzy nazywają taką cechę naiwnością. Jestem też szczera, czasami tak bardzo, że staję się niemiła. Ale gdy wyrzucę, co mi ciąży, szybko zapominam o nieporozumieniach. Staram się nie oceniać.  Bywam promienna i wesoła – bywam złośliwa i sfrustrowana, czyli jednym słowem – kobieta.
W życiu kieruję się zasadą – rób wszystko na co masz ochotę, pod warunkiem, że nie krzywdzisz tym innych.

Dziękuję za rozmowę.

Emigracja uczuć

Autor: Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo: Replika
Miejsce wydania: Zakrzewo
Wydanie polskie: 2/2012
Liczba stron: 344
Format: 130x200 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788376741512
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus