Wywiad z Andrzejem Sawickim

Autor: Katarzyna 'Kiriana' Suś
Korekta: Bool
17 stycznia 2012

Andrzej Sawicki pojawił się jak większość pisarzy sf – całkowicie znienacka. Podobnie jak hiszpańskiej inkwizycji, tak i jego nikt się nie spodziewał. Jego pierwsza książka, „Inkluzja” – zakręcona i pełna fantastyki od A do Z, stanowiąca kompendium trendów tego gatunku, rozgościła się na sklepowych i fanowskich półkach. Teraz pojawiła się na nich także mocno uderzająca w patriotyczne werble „Nadzieja czerwona jak śnieg”, nostalgicznie i fantastycznie traktująca powstanie styczniowe. Dlatego też postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu autorowi. Dowiedziałam się wiele – jak chociażby dlaczego powstała „Nadzieja…” i że Autor Babcię kocha. Chcecie wiedzieć co jeszcze ujawniło przesłuchanie? Zapraszam do wywiadu poniżej. Używając niewielkiej liczby tortur udało nam się uzyskać jedno zdjęcie.

Redaktor:  Skąd pomysł na "Nadzieje czerwoną jak śnieg"? Swoją drogą, kto wpadł na tak oryginalny tytuł?

Andrzej Sawicki: Od dawna przymierzałem się do tej opowieści, ale długo nie czułem się na siłach. Zainspirowały mnie krążące w rodzinie strzępy wspomnień o przygodach powstańczych prapradziadka. Te opowieści kłóciły się z literaturowym obrazem powstania styczniowego
i podsunęły mi pomysł, by w powstańczych realiach osadzić historię przygodowo-rozrywkową. Trochę z przekory, trochę, by zmienić ponury obraz narodowej tragedii. Tytuł wymyślił się sam i jest właściwie zbitką skojarzeń. Buntowniczy zryw musi opierać się na nadziei, to ona jest najważniejszym czynnikiem sprawczym. Nadzieja na zwycięstwo, na odzyskanie wolności. Powstanie wybuchło w mroźną, zimową noc, a choć zima była wtedy dość łagodna, oczywiście kraj zasypany był śniegiem. A jaki kolor ma śnieg na polu bitwy? I tytuł mamy gotowy.
W identycznej stylistyce utrzymane są tytuły dwóch następnych części.

R:  Twoja poprzednia książka, "Inkluzja", była swoistym fantastycznym miszmaszem. Nie sądzisz, że "Nadzieja..." jest znacznie spokojniejszą pozycją?

AS: Może nie spokojniejszą, bo chyba dzieje się dość dużo i intensywnie, ale na pewno bardziej wyważoną. „Inkluzję” pisał zapaleniec z niewielkim doświadczeniem, który popełnił jeden z częstych błędów początkujących pisarzy – koniecznie chciałem, by powieść była fajna, pełna kosmicznych gadżetów i spaceoperowa aż do granic możliwości. I ją przefajnowałem. Przeładowana scenografia i masa motywów charakterystycznych dla gatunku i wpakowanych w historię bez opamiętania nie wyszły książce na dobre. Chciałem mieć jeszcze bardziej tajemniczą technologię obcych niż Pohl, jeszcze większe i mądrzejsze okręty niż McCaffrey, jeszcze potężniejszych psioników niż Resnick. I wyszło jak wyszło. W tym wypadku powiedzenie „co za dużo to niezdrowo” pasuje jak ulał. Pisząc „Nadzieję...” już wiedziałem, co robię, i starałem się nad sobą panować.

R: Trochę szkoda, bo choć przez pierwsze pół książki nie do końca było wiadomo, co się dzieje, to potem wszystko naprawiłeś. Mnie osobiście bardzo się podobała. Jak rozumiem, nie uważasz "Inkluzji" za swój sukces?

AS: Sukcesem, niestety, bym jej nie nazwał. Oczywiście lubię swoją pierwszą powieść, zawszę będę miał dla tej historii sentyment. W sumie wielu czytelników, tak jak Ty, oceniło ją pozytywnie i dobrze się przy czytaniu bawiło. O to mi przecież chodziło. Ale jak to zwykle u początkujących twórców bywa, z upływem lat jestem z niej coraz mniej zadowolony, widzę coraz więcej błędów. Gdybym ją dziś pisał, skonstruowałbym ją zupełnie inaczej. To chyba zdrowy odruch, że jestem krytyczny dla swego dzieła i staram się, by każde kolejne było lepsze.

R: Dlaczego w swojej najnowszej książce zdecydowałeś się na dość stereotypowe postacie?

AS: Jak wspomniałem, całą historię zainspirowała autentyczna postać mojego prapradziadka, wymyślając kolejnych bohaterów, bo historia z założenia miała opowiadać o losach grupki buntowników, sięgnąłem również po autentyczne postaci. Znalazłem je w pamiętnikach i wspomnieniach, które w tamtych czasach pisało się nagminnie. Zadziwiająco często pojawiają się w nich osoby podobne do mojego przodka – wcale nie romantyczne i odbiegające od posągowych wizerunków z grafik Grottgera. Zwyczajni ludzie, którzy mieli okazję przeżyć niezwykłe przygody. Nie siliłem się więc na oryginalność tylko stworzyłem wszystkich bohaterów w oparciu o prawdziwych ludzi, bez skrupułów wyciągając ich z pamiętników. Jest więc zawodowy wojak i awanturnik, naiwna sanitariuszka, silny jak tur chłop, lekarz polowy, szpieg i zdrajca, dzielna wojowniczka itd., itp. Taki zestaw trochę szablonowych bohaterów pasował mi do historii, trochę komiksowej, awanturniczej, nastawionej na przygodę i rozrywkę.

R: Skąd pomysł na "mutacje" w postaniu styczniowym?

AS: Żeby nie było steampunkowo. Dziewiętnaste stulecie to „wiek pary i elektryczności”, fantastyczne historie dziejące się w tej epoce zawsze są więc pisane w scenografii steampunkowej, bo właściwie realia ją wymuszają. Postanowiłem stanąć okoniem i w klimatach epoki wiktoriańskiej napisać coś z zupełnie innej beczki. Zabawa literaturą przez mieszanie konwencji to nie mój wynalazek, ale lubię po niego sięgać. Mutanci w powstaniu to nie wszystko, w następnej części wyjaśni się, czym są właściwie turbulencje rzeczywistości i dopiero wtedy zrobi się ciekawie. Co nieco zostało już zasygnalizowane w finale „Nadziei...”, podpowiem tylko, że motyw fantastyczny z komiksowego zacznie zmierzać w kierunku rasowego cyberpunku.

R: Jaki jest Twój ulubiony gatunek literacki?

AS: Nie wiem. Czytam głównie fantastykę, opracowania historyczne i naukowe, czasem klasykę albo kryminał, właściwie co popadnie. Zwykle to co mi wpadnie w ręce albo mnie zainteresuje. Nie wiem jakie to gatunki. Nie znam się na tym, nie mam wykształcenia humanistycznego ;-)

R: Co najbardziej lubisz w pisaniu?

AS: Kiedy spotykam się z redaktorką i ta za karę przykuwa mnie do kaloryfera, a potem za każdego ortografa trzaska po tyłku, za stylistykę szarpie za uszy, za interpunkcję wbija obcas pod żebro, za błędy logiczne… Ach, gorąco mi się zrobiło. To właśnie jest najlepsze w pisaniu.

R: Hmm rozumiem, że masz dość dominująca redaktorkę. Rozważasz jej  zmienienie?

AS: Ależ skąd! Zresztą pisarz nie ma możliwości wybierania redaktora, dostaje go od wydawnictwa lub redakcji pisma w ramach przydziału. Miałem zatem okazję pracować
z różnymi redaktorkami (tylko raz spotkałem redaktora) i tak naprawdę te kobiety to istne anioły. Nieprawdopodobnie cierpliwe i życzliwe. Jak dotychczas, miałem wielkie szczęście i moje teksty obrabiały wspaniałe dziewczyny, które zawsze były bardzo pomocne i dużo mnie nauczyły. Lanie pejczem lub chociaż walenie słownikiem języka polskiego po łbie nieraz by mi się przydało, sam czasem mam ochotę tłuc głową w klawiaturę, gdy poprawiam swoje teksty.

R: Jakie są Twoje dalsze plany wydawnicze?

AS: Chciałbym w pierwszej kolejności dokończyć cykl powstańczy, który ma się zamknąć w trzech częściach. Marzy mi się, by ostatni tom wyszedł w okolicach stycznia 2013 i fantastycznie uczcił 150. rocznicę powstania. Obawiam się jednak, że będzie to trudne do zrealizowania i pewnie w zbliżonym terminie ukaże się dopiero druga część. Na kolejne powieści mam masę pomysłów, ale kontynuacja „Nadziei” ma bezwzględne pierwszeństwo. Poza tym ciągle smaruję opowiadania, które będą pojawiały się tam i siam, w tym w dwóch antologiach (o ile te dojdą do skutku).

R: A możesz nam zdradzić tytuły tych antologii lub chociaż nowości jakiego wydawnictwa powinni śledzić Twoi fani?

AS: Jak babcię kocham, nie mogę. Pomijając fakt, że liczebność moich fanów oscyluje w okolicach zera, i tak nie mogę puścić pary z ust. Rynek wydawniczy otrzymał w tym roku dotkliwy cios w postaci VATu na książki, rzężąca i bez tego sprzedaż ponoć dodatkowo ucierpiała. Nie mogę informować o planach wydawniczych żadnej z firm, bo plany na skutek kryzysu płynnie się zmieniają. Antologie będą lub nie będą, terminy się przesuną lub nie, ja nie mam prawa o niczym informować. Szczególnie kto jaką antologię przygotowuje. Zamiast tego mogę szczegółowiej powiedzieć jakie powieści planuję napisać. Prócz kontynuacji „Nadziei...” marzy mi się stworzenie klasycznego clock/steampunku w klimacie Warszawy z czasów zaborów. Oczywiście dokładnie odtwarzając realia życia oraz lokacje i łącząc je z fantastycznymi dekoracjami i bohaterami. Dodatkowo zbieram powoli materiały do kolejnej powieści historyczno-fantastycznej. Tym razem bohaterami zrobię żołnierzy z Legionów Polskich. Chciałbym fantastycznie przetworzyć epizod z wojen napoleońskich, w którym wzięli udział nasi chłopcy. Na koniec zastanawiam się nad mocno erotycznym fantasy, w którym seks grałby przewodnią rolę. Nie jestem jednak pewien, czy potrafię. To bardzo trudne przedsięwzięcie i obawiam się, że nie znajdą się chętni do wydania takiego dzieła.

R: Dlaczego zdecydowałeś się na chemię – chemicy są niebezpieczni – i jak to się ma do Twojego pisania?

AS: Zawsze lubiłem mieszać, a dzięki chemii mogę to robić całymi dniami ;-). Chemicy wcale nie są niebezpieczni, większość tych, których znam jest łagodna jak baranki, co najwyżej efekty naszej pracy mogą być groźne. Zasadniczo jednak działamy dla dobra ludzkości. Tworzenie śmiercionośnych eliksirów, mutantów, których trzymamy w podziemnych laboratoriach, substancji zmieniających osobowość i postrzeganie, niebieskich i czerwonych pigułek, które mogą uwolnić delikwenta z łap matrixa, to jedynie margines naszej działalności. Nieprawdą też jest, że częste przebywanie w oparach różnych substancji i atmosferze związków aktywnych biologicznie może jakoś wpływać na moją twórczość. Muszę przerwać, bo swędzi mnie trzecia ręka, a małe zielone ludziki znów mi biegają po klawiaturze.

R: Wolisz pisać powieści czy opowiadania?

AS: Różnica jest całkiem spora, zatem najfajniejszy jest płodozmian. Lubię pisać raz formę krótką, raz długą. Opowiadania uczą panowania nad objętością, nie lubią wodolejstwa. Powieści pozwalają natomiast na tworzenie kilku wątków i dają szansę, by rozwinąć skrzydła. Jeśli ktoś zaczyna przygodę z pisaniem, zdecydowanie polecam tworzenie opowiadań, są świetną szkołą układania historii.

R: Co czujesz gdy widzisz swoje książki na empikowskich półkach i w rękach potencjalnych nabywców?

AS: Dumę, moc, euforię, ekstazę nerwową, radość, zdrowie, szczęście i pomyślność. Poza tym według alfabetu stawiają mnie zwykle obok Sapkowskiego, co zawszę traktuję jako nobilitację.
A tak poważnie, to jest mi po prostu miło. Bardzo fajne uczucie.

R: A czy chemik i pisarz ma jeszcze jakieś hobby?

AS: A gdzie tam! Kiedyś miałem, ale teraz nie mam czasu na rozrywki. Może jak dożyję emerytury albo dostanę rentę, to wrócę do analogowej fotografii. Będę chodził po wioskach i pstrykał ptaszki, żuczki i lokalnych pijaków. Ale myśl, że kiedyś będę miał tyle czasu, by trwonić go na hobby, wydaje mi się bardziej fantastyczna niż wszystkie opowiadania i powieści, które napisałem razem wzięte.

R: Co sądzisz o wszechobecnym 3D? A może wolisz klasyczne kino 2D?

AS: Wszechobecnym 3D? Pierwsze słyszę. Na mojej wiosce mieszka taki jeden, co ma telewizor, nawet obraz jest w nim lekko wypukły, ale 3D bym go nie nazwał. Jeśli w czasie emisji coś sobie popijamy, to robi się bardziej kolorowo, niestety trzeci wymiar mi się jeszcze nie pojawił.
A tak poważnie, to jestem jednym z nielicznych fantastów, którzy nie byli na Awatarze. Nie miałem czasu, ani mnie specjalnie nie ciągnęło. Lubię nowoczesną technologię i gadżety, ale trójwymiarowe filmy mogą dla mnie nie istnieć. Uważam ten gadżet za przerost formy nad treścią, mydlenie oczu, by odwrócić uwagę od braku pomysłów na wciągający scenariusz i groźbę, że twórcy filmowi postawią na kolorowe efekty specjalne marginalizując fabułę. Co zresztą już się powoli dzieje i bez 3D.

Nadzieja czerwona jak śnieg

Autor: Andrzej W. Sawicki
Okładka: Wojciech Ostrycharz
Wydawnictwo: Bellona, Runa
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2011
Liczba stron: 528
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788311121805
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus