Wywiad z Bradleyem P. Beaulieu

Autor: Sir Alexander
Korekta: Bool
6 kwietnia 2012

Wywiad z Bradleyem P. Beaulieu przeprowadził Dariusz Barczewski.

Skąd się wziął pomysł na latające statki? (w powieści Bradleya bohaterowie przemieszczają się na pokładach fruwających żaglowców – przyp. D.B.)

To ciekawe pytanie. Kiedy rozpocząłem pracę nad światem przedstawionym, to właśnie magia – wykorzystanie żywiołów – pojawiła się jako odpowiedź. Początkowo chciałem wprowadzić różne plemiona ludzi specjalizujących się w kontroli nad poszczególnymi żywiołami (ogień, ziemia, woda, powietrze i życie), ale w miarę jak świat zaczął się rozwijać i komplikować, porzuciłem pomysł oddzielnych plemion obdarzonych takimi umiejętnościami, pozostawiłem natomiast żywioły.

Następnie pojawił się świat jako taki. Wiedziałem, że opowieść miała się dziać na wyspach, i wtedy, poszukując punktu wyjścia dla stworzenia odpowiedniej kultury, natknąłem się na pojęcia Rosji Moskiewskiej (zapewne chodzi o Księstwo Moskiewskie, istniejące pomiędzy XIII a XIV wiekiem – przyp. D.B.) oraz Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (następcy Księstwa Moskiewskiego, WKM istniało do połowy XVI wieku – przyp. D.B.). Pojawiło się pytanie – bardzo oczywiste: jak oni prowadzą handel? Jak podróżują? Chciałem uczynić świat nieprzyjaznym dla ludzi, ale jednocześnie na tyle gościnny, aby życie i kultura w ogóle mogły się rozwinąć. Rozwiązanie znalazłem w morzu, które miało być największym wyzwaniem dla ludzkości. Statki mogą się przemieszczać w obrębie raf, które chronią także wyspy jako takie, lecz poza tą barierą okręty morskie mają niewielką szansę przetrwania.

I właśnie tutaj pojawiają się statki latające. Uznałem, że podróże powietrzne mogą być bardziej niezawodne niż morskie, co jednak stałoby się faktem dopiero wtedy, gdyby ludzie posiadali jakieś umiejętności pozwalające zapewnić bezpieczeństwo takich eskapad. Takimi dysponują Aramanowie, za pomocą których wróciłem do koncepcji uzdolnionych plemion, jednocześnie wykluczając z tej strefy „zwyczajnych” mieszkańców Wielkiego Księstwa. I tak powstało specyficzne powiązanie pomiędzy oboma ludami: Aramanowie udostępniają swoje umiejętności, aby kontrolować latające statki, w zamian za co Wielkie Księstwo zapewnia im swobodę przemieszczania się po swoich terytoriach, którą ci cenią jako plemię wędrowne i skłonne do poszukiwania oświecenia w wyniku medytacji.

Latające statki są zaledwie jednym z kilku dość niezwykłych motywów w twojej powieści. Bardziej od nich, zaskoczyła mnie w „Wichrach Archipelagu” obecność obfitej rosyjskiej nomenklatury! Nieczęsto spotyka się wschodnio-europejskie nazewnictwo w literaturze zachodniej. Czy za pojawieniem się rosyjskich klimatów w Twojej powieści kryje się jakaś historia?

Kiedy siłuję się z koncepcją powieści, staram się wpaść na więcej niż jedno czy dwa nietuzinkowe zagrania konwencją. Im więcej, tym lepiej, oczywiście w miarę moich możliwości. Intensywnie pracuję nad konstrukcją świata, zanim zacznę pisanie, ponieważ mam wrażenie, że solidne rozwiązania na tym poziomie pomagają stworzyć solidne podstawy dla opowieści. Świat przedstawiony kierunkuje rozwój historii, jeśli mogę tak to ująć. Tak więc, dopóki nie wyrobię sobie bardzo drobiazgowego pojęcia o świecie, w którym opowieść ma się wydarzyć, nie zaczynam pisania.

Już dawno temu znudziło mnie stereotypowe fantasy osadzane w średniowiecznej Anglii lub Europie Zachodniej. Szukałem czegoś innego – znalazłem, dzięki koncepcji wysp. Wiedziałem już, że miały być chłodne i odległe od reszty cywilizacji, pomysł „wymodelowania” ich w umiarkowanie rosyjskim stylu wydał mi się dobrym pomysłem. Wgryzłem się w temat średniowiecznej Rosji i Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, a im więcej o nich czytałem, tym bardziej podobał mi się pomysł Kałakowa bazującego na rosyjskich tradycjach. A kiedy zacząłem wymyślać nazwy, pomysł ostatecznie się ukonstytuował, a ja polubiłem smak, który zyskała w ten sposób opowieść.

Reszta jest historią.

Kolejnym ciekawym motywem w „Wichrach Archipelagu” jest proch strzelecki. Na palcach jednej ręki policzyć można interesujące przykłady literatury fantastycznej, w których pojawiają się muszkiety czy armaty (i raczej nie potrafię ich wymienić bez głębokiego namysłu). Twoja powieść jest kolejną w tej bardzo nielicznej – nie bójmy się tego słowa: elitarnej – grupie. Czy jesteś fascynatem militariów z XVII-XIX wieku, czy jest to po prostu zbieg okoliczności?

Nie planowałem używania prochu w powieści, kiedy tworzyłem jej koncepcję. A jednak, społeczeństwo, które modelowałem na kartach książki, pasowało do siedemnastowiecznej Rosji. Wiedziałem, że nie jest konieczne wprowadzenie prochu, ale spodobała mi się możliwość toczenia bitew pomiędzy latającymi żaglowcami za pomocą armat. Nie chciałem, aby unoszące się w powietrzu okręty były prostymi odpowiednikami klasycznych, pływających żaglowców, stąd ograniczenie ilości metali, żelaza w szczególności, które mogły się znaleźć na ich pokładach. Gdyby było go zbyt dużo, okręty utraciłyby zdolność poruszania się z wykorzystaniem geomantycznych linii energetycznych oplatających planetę. Tak więc, mimo że wprowadziłem proch, nie pozwoliłem, aby stał się naczelnym, decydującym czynnikiem w powieści.

„Wichry Archipelagu” okazały się sukcesem i sprawiły, że twoje nazwisko stało się rozpoznawalne, ale nie była to pierwsza okazja, a propos której czytelnicy mogli o tobie usłyszeć, prawda?

Rzeczywiście, nie były. „Wichry Archipelagu” to moja pierwsza sprzedana powieść, acz nie pierwsza w ogóle. Wcześniej napisałem trzy i za każdym razem miałem wrażenie, że jestem już coraz bliżej sukcesu, ale nim to nastąpiło, byłem na wielu warsztatach literackich i konferencjach, szlifując warsztat.

Pisałem także krótkie opowieści. Piętnaście z nich udało mi się opublikować, jedna – „Za burtą” (tytuł oryginalny „Flotsam” – D.B.) wygrała w 2004 konkurs Writers of the Future. Pisanie tak wielu opowiadań bardzo pomogło. W krótkiej formie można łatwo ćwiczyć wykorzystanie różnych technik, podczas gdy te same próby w dłuższej formie byłyby bardziej kłopotliwe i czasochłonne. Tworząc te historie, rozgryzałem odmienne style narracji, posiłkowałem się różnymi czasami, rozmaitymi bohaterami, formami akcji, metodami utrzymania napięcia i tajemniczości. W ten sposób mogłem wyłonić, w ostateczności, naturalną siłę mojego pisarstwa.

Kluczem okazało się regularne, codzienne pisanie. Pracując w ten sposób nad warsztatem, czyniłem konsekwentne postępy, aż w końcu mogłem zmierzyć się z wyzwaniem takim jak „Wichry Archipelagu”.

„Wichry Archipelagu” trafiły do rąk czytelników w wielu krajach, jak choćby w Polsce (dzięki czemu, nawiasem mówiąc, mam przyjemność prowadzić ten wywiad). Jak to jest publikować za granicą?

Z punktu widzenia pisania jako takiego, proces translacji jest stosunkowo prosty. Tłumacz czyta książkę i prosi o wyjaśnienie kilku wątpliwości, które rozwiewam tak, jak to miałoby miejsce w kontaktach z moim krajowym redaktorem. Czasami jest to tylko kwestia prostych wyjaśnień. Czasami jest to jednak sprawa kontekstu kulturowego. Bywa, że w trakcie takiej pracy wyłapuje się sporadyczne pomyłki i błędy. Proces tłumaczenia mojej powieści na inny język okazał się dla mnie ekscytujący. Zwłaszcza, że interesują mnie różne kultury świata, a taka okazja pozwoliła lepiej je poznać – nie tylko dzięki pracy nad tłumaczeniem, ale i dzięki mejlom pisanym przez różnojęzycznych fanów.

Z punktu widzenia interesu, publikowanie za granicą jest trudne, ponieważ ten biznes w ogóle jest w tym momencie trudny. Wydawcy podchodzą znacznie ostrożniej do książek, które kupują. Jestem bardzo zadowolony z ukazania się mojej książki w Polsce i mam nadzieję, że na tym się nie skończy.

Kolejna powieść z cyklu „Ballada o Anusce” szykuje się, aby podnieść żagle. Czego powinniśmy oczekiwać?

W pierwszej części, w „Wichrach Archipelagu”, mogliśmy poznać Ghayavand, na którym trzysta lat temu nastąpiło rozdarcie. Dowiedzieliśmy się także, że Nasim odrodził się, kiedy Khamal, jeden z trzech qiramów, którzy spowodowali rozdarcie, został zabity. Jest też mgliście zarysowane niebezpieczeństwo ze strony Imperium leżącego na zachód od Księstwa – Imperium, które kiedyś panowało nad wyspami Anuski (a więc tytułowym archipelagiem – przyp. D.B.).

„The Straits of Galahesh” (tytuł wydania polskiego jest jeszcze nieznany – przyp. D.B.), drugi tom serii, rozpoczyna się pięć lat po wydarzeniach opisanych w „Wichrach Archipelagu”. Powieść koncentruje się na trzech głównych postaciach – na Nikandrze, Atianie i Nasimie, którzy udają się w podróż daleko poza granice Wielkiego Księstwa, aby zbadać przyczyny nabierającego mocy rozdarcia pomiędzy światami. Nasim jest już starszy, w miarę jak stara się odwrócić efekt wydarzeń, które kiedyś zapoczątkował, dowiadujemy się wielu faktów z jego wcześniejszego wcielenia. Imperium Irstanli raz jeszcze wykazuje zainteresowanie archipelagiem. Atiana zostaje zaangażowana w wydarzenia, które rozwijają się w pobliżu tytułowych cieśnin, a Nikandr stara się uratować swoją ojczyznę.

Czy poza „Balladą o Anusce” szykujesz coś jeszcze dla swoich czytelników?

Zdecydowanie tak! Położyłem już podwaliny pod kolejną serię, wobec której mam wielkie oczekiwania. Jest to epickie fantasy o tytule „The Song of the Shattered Sands” (w chwili obecnej ewentualny polski tytuł jest jeszcze nieznany, ale gdybyśmy chcieli go przetłumaczyć w miarę dosłownie, to brzmiałby on mniej więcej: „Pieśń Zburzonych Piasków” – przyp. D.B.). Opowieść osadzona jest w potężnym pustynnym mieście, skutecznie kontrolującym jedyne szlaki handlowe w niedostępnym w inny sposób regionie. W książce słyszalne będą echa zarówno „Opowieści z tysiąca i jednej nocy”, jak i luźnego cyklu „Thieves' World” (w Polsce raczej nieznanego, a przede wszystkim, praktycznie nieobecnego – przyp. D.B.). Jest to historia Cedy, kobiety żyjącej z toczonych dla rozrywki widzów walk. Na samym początku powieści odnajduje zostawioną przez martwą matkę księgę kryjącą klucz do zrozumienia mocy Dwunastu Królów Sharakhai, którzy władali nad pustynią za pomocą silnej pięści przez prawie dwieście lat. Starając się odkryć tajemnice zamaskowane w poezji – co, nawiasem mówiąc, robiła również jej matka przed śmiercią – Ceda wpada w tarapaty, bowiem dowiadują się o niej Królowie, gotowi na wszystko, byle tylko utrzymać sekret zagrzebany głęboko pod piaskami pustyni. Ceda musi dojść prawdy, nim zostanie odnaleziona przez Królów. I lepiej, żeby się jej powiodło, bowiem jest ostatnią nadzieją dla pustynnego ludu…

„Wichry Archipelagu” są, a „The Song of the Shattered Sands” zapowiada się na unikalną historię fantastyczną. Czy zamierzasz spróbować swoich sił w czymś odmiennym od fantasy? W czymś bliższym science fiction, a może nawet bardziej… codziennemu?

W gruncie rzeczy ja już tworzę science fiction, opublikowałem nawet, niedawno, minipowieść „Strata” (jej współautorem jest Stephen Gaskell), która póki co, dostępna jest tylko w języku angielskim. Jest to antyutopijny thriller science fiction, którego akcja ulokowana jest na platformie górniczej na powierzchni słońca. Napisałem także kilka opowiadań w tym gatunku, wliczając także to, które w zeszłym roku opublikowała „Nowa Fantastyka” (chodzi o wspomniany już „Flotsam”, który „Nowa Fantastyka” wydrukowała w numerze 10 (349) / 2011 pod tytułem „Za burtą” – przyp. D.B.).

Lubię science fiction, ale raczej nie spodziewam się napisać kiedykolwiek powieści w tym gatunku. To fantasy jest moją prawdziwą miłością i pozostanę jej wierny, przynajmniej na razie. Chciałbym stworzyć bardziej współczesne fantasy, coś w rodzaju „Kronik Żelaznego Druida” (autor: Kevin Hearne – przyp. D.B.), ale czas na taką próbę dopiero nadejdzie.

Jakich twórców fantasy mógłbyś nam polecić?

Spośród tych bardziej znanych cenię Guya Garvriela Kaya, George'a R.R. Martina, C.S. Friedman, Glena Cooka oraz Tima Powersa. Jeśli chodzi o mniej znanych, nowych autorów, którzy przypadli mi do gustu, wymienić mogę Douglasa Hulicka (autor wydanego w Polsce „Honoru złodzieja” – przyp. D.B.), Courtney Schafer czy Teresę Frohock (obie panie do Polski jeszcze nie dotarły – przyp. D.B.).

Jaka jest przyszłość literatury fantastycznej i książek w ogóle, z twojej – twórcy – perspektywy?

Sądzę, że najbliższych kilka lat będzie bardzo ciekawych. Spodziewam się, że kilku największych wydawców postawi na fuzje, aby utrzymać się na powierzchni wobec silnej konkurencji ze strony Amazona i nie tylko jego. Branża będzie wywierała coraz większy nacisk na autorów, by zapewnić sobie większy margines bezpieczeństwa wobec postępującej utraty sił wydawnictw. Jasną stroną jest, jak sądzę, wzrost dostępności elektronicznych czytników książek, co może się przełożyć na ogólnie większe czytelnictwo. Myślę, że nawet ci ludzie, którzy do tej pory nie kupowali książek lub kupowali bardzo niewiele, mogą poprawić swoje statystyki. Także najbardziej zaangażowani czytelnicy mogą docenić wygodę i korzystną cenę ebooków.

Nikt nie jest w stanie przewidzieć krajobrazu literackiego za kilka lat, co dla mnie, jako twórcy, jest z jednej strony nieco przerażające, z drugiej zaś na tyle ekscytujące, że wypatruję tych zmian.

Pozostaje zatem mieć nadzieję, że kolejne twoje powieści przeczytamy zarówno na ekranie czytnika, jak i na papierze… Dziękuję ci za bardzo interesującą rozmowę.

Wichry archipelagu

Autor: Bradley P. Beaulieu
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 9/2011
Tytuł oryginalny: The Winds of Khalakovo
Seria wydawnicza: Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie
Liczba stron: 640
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788376489186
Wydanie: I
Cena z okładki: 42 zł



blog comments powered by Disqus