"Nie wierzę w niekończącą się wojnę pomiędzy dobrem a złem" - wywiad z Celią S. Friedman

Autor: Sir Alexander
Korekta: Agata "Bulehithien" Wiśniecka
14 lipca 2013

Książki z Trylogii Magistrów są unikalnym przykładem fantastyki pośród Twoich dokonań pisarskich. Jak to się stało, że Celia S. Friedman, kluczowy twórca science fiction, zupełnie niekojarzący się z klasyczną fantastyką, zaangażował się w taki projekt?
 
Moja pierwsza powieść była z gatunku science fiction, kolejna przynależała do tego, co obecnie nazywamy science fantasy, a trzecia, Świt Czarnego Słońca, zapoczątkowała epicką Trylogię Zimnego Ognia. Była to klasyczna fantasy, mimo iż pojawiły się w niej akcenty science fiction.
 
Zawsze swobodnie mieszałam gatunki, czerpiąc zarówno z science fiction, fantastyki, jak i horroru elementy, które były mi potrzebne do zbudowania dobrej historii. Bez ograniczania się metkami. W tym ujęciu Trylogia Magistrów jest dla mnie typowa.

W Trylogii Magistrów znalazła się silna grupa ciekawych postaci – Kamala, Colivar, Ramirus, by wymienić tylko tych dobrych. Niemal nie sposób wybrać ulubionego bohatera czy bohaterkę. A czy Ty masz swojego faworyta / faworytkę w trylogii?
 
Nie.

Twoje pytanie sugeruje, że autor powinien mieć wybrańców. W wielowątkowej, epickiej opowieści, takiej jak ta trylogia, nie widzę ku temu powodu. Podobnie, nie uważam, że opowieść stałaby się lepsza, gdybym kogoś takiego miała. Fakt, że zaangażowałam się w kreacje wszystkich postaci i uznałam je za równie, acz na różne sposoby fascynujące, uczynił je ciekawszymi dla czytelników.

Niemniej jednak, kilka postaci w tej książce nie było planowanych jako centralne, a stały się takimi, ponieważ spodobał mi się kierunek, w którym podążyły ich jednostkowe opowieści. Najlepszym przykładem tego jest Gwynofar; powstała jako charakter poboczny, tylko i wyłącznie dlatego, że była potrzebna do dopełnienia rodziny potężnego króla, obsesyjnie troszczącego się o swoich synów. Ale kiedy już powstała, i kiedy już dopracowałam drobne niuanse jej relacji z Dantonem (czyli królem - przyp. D.B.), uświadomiłam sobie, że otrzymałam bohaterkę fascynującą samą w sobie i wartą poświęcania jej opowieści. W efekcie, stała się centralną postacią finału trylogii. Również Salvator (syn Dantona i Gwynofar - przyp. D.B.) nabrał znacznie większej głębi charakterologicznej, niż planowałam. Jestem zadowolona, ilekroć czytelnicy piszą do mnie przyznając, że poczynili konkretne założenia dotyczące wiary Salvatora – przede wszystkim, jakoby była ona prostą kalką chrześcijaństwa – i pozytywnie rozczarowało ich odkrycie, że jest on osobą bardziej skomplikowaną i niejednoznaczną. Colivar z kolei był od samego początku istotną postacią, ale w miarę rozwoju wydarzeń doszłam do wniosku, że to na jego historii powinien koncentrować się główny wątek.

I to są moi trzej "zaskakujący" faworyci.

Promocje Gwynofar i Salvatora były rzeczywiście niespodziewane. Myślałem, że to Kamala będzie pierwszą pośród równych. Ostatecznie, choć miała swoją ważną chwilę w wielkim finale, została przesunięta z pierwszej pozycji na drugą linię. Czy było to celowe zagranie, zaplanowane na początku, czy raczej efekt ewolucji opowieści?
 
Ewolucja opowieści.

W miarę jak opowieść zyskiwała na głębi i złożoności, różni bohaterowie z różną częstotliwością znajdywali się w centrum zainteresowania. To nie jest historia jednej osoby, ale grupy wzajemnie powiązanych ludzi. W moich oczach Kamala nigdy nie została przesunięta na drugi plan.

A co z przedstawicielami zła? Docelowa pozycja Siderei była również wynikiem ewolucji?
 
Książka jest sztucznym konstruktem i ja, jako autor, wiem od początku, gdzie zmierza zawarta w niej opowieść. Jeśli uwzględnimy, że dobro zawsze zwycięża, a zło jest zawsze pokonane, po co w ogóle czytać? I bez tego zna się zakończenie.

Czy spotykasz się z narracją obciążoną genderowo? Czy autorzy w ogóle powinni uwzględniać w swoich powieściach ograniczenia tego typu? Czy kwestia płci jest rodzajem dziedzictwa czy raczej balastem, który należy porzucić?
 
Nie.

Nie.

Nie znam choćby jednego twórcy, który próbowałby przekonywać, iż "ograniczenia genderowe" są czymś więcej niż tylko przeterminowanym bagażem kulturowym.

Mówimy o czymś innym niż o haśle "znaj swoich odbiorców". Niektóre rodzaje literatury mają licznych odbiorców męskich, inne podobają się raczej kobietom. Można się zdecydować na konkretną stylistykę w celu zaspokojenia zapotrzebowania danej grupy rynkowej.

Ale *dobra* książka powinna zawierać elementy utożsamiane tradycyjnie z zarówno męską, jak i żeńską literaturą, ponieważ ich suma czyni opowieść dobrą.

Czy zatem czasy tradycyjnie męskich bohaterów i równie tradycyjnie kobiecych bohaterek przeminęły w literaturze? Nie będzie już Conana Barbarzyńcy?
 
Nie wypowiem się w kwestii bohaterów męskich, gdyż takiej literatury po prostu nie czytuję. Nie jestem do końca pewna, co rozumiesz przez "tradycyjnie kobiece bohaterki". Czy chodzi ci o odtwórczynie tradycyjnych ról kobiecych? Nie, to już dawno umarło. To był bardzo seksistowski stereotyp i nawet ludzie, którzy lubią go spotykać w literaturze, byliby zawstydzeni, gdybyś ich przyłapał na takiej lekturze. Zostawiliśmy już za sobą ten punkt, w którym piersiaste kobiety o ambicjach kur domowych były zaledwie dodatkowymi akcesoriami dla mężczyzn, którzy odwalali właściwą robotę.

Nie ma czegoś takiego jak "tradycyjna bohaterka kobieca". Silne bohaterki nie pojawiały się często w czasach kształtowania się literatury fantastycznej. Zaledwie kilku autorów eksplorowało ten obszar tematyczny i byli oni publicznie postrzegani jako odżegnujący się od tradycji, kontestujący ją.

Jest całe mnóstwo filmów, w których przewijają się warianty mitu Conana, na ogół we współczesnym lub wręcz przyszłościowym otoczeniu. Tak więc motyw ciągle istnieje.

Może odpowiedzią jest Xena, Wojownicza Księżniczka? ;-) A może Kamala? Atrakcyjna, mądra, utalentowana. Dość dobra, aby pokonywać mężczyzn. Kamala tkwi pomiędzy dwoma stereotypami. Z drugiej strony, czy nie uważasz, że porzucanie stereotypów prowadzi do powstawania innych stereotypów?
 
Xena nie jest przedstawicielką tradycyjnego modelu. Ona jest przykładem jego odrzucenia. Prawdziwie niezależne kobiety, dość twarde, aby kopać tyłki, były rzadkością we wczesnej literaturze gatunkowej, a nawet jeśli już się pojawiały, na powierzchnię przedostawał się cień dawniejszych stereotypów. Minęły całe dekady, nim osiągnęliśmy taki punkt, w którym Xena nie tylko może zaistnieć, ale jest jednocześnie dość popularna, aby zgromadzić wokół siebie licznych fanów.

Masz rację co do tego, że Xena nie jest przykładem kobiety odgrywającej tradycyjnie kobiece role. Z drugiej strony, Xena realizuje punkty programu przypisane mężczyznom. W pewnym sensie nadal jest to tradycja… choć przewrotnie ujęta.

Pole naszych zainteresowań wyewoluowało od zdominowanego przez mężczyzn gatunku, w którym praktycznie wszyscy bohaterowie byli mężczyznami. To odzwierciedlało fakt, iż właśnie mężczyźni stanowili większość czytelników. Owszem, zdarzały się wyjątki, ale te były zauważalne tylko dlatego, iż były wyjątkami. Obecnie silne, dobrze sobie radzące bohaterki kobiece są często spotykane, jeśli nawet nie preferowane w pewnych kręgach. Nie ma już motywu, związanego z jakąkolwiek płcią, którego autor nie mógłby swobodnie wykorzystać.
 
Skoro przeszliśmy z punktu A do B i po drodze nie ma żadnych innych opcji, "tradycyjność" musi logicznie odnosić się do punktu A.
 
Xena jest doskonałym przykładem wariantu B.

Rewolucja seksualna była elementem ewolucji, która wpłynęła na tę zmianę, ale nie jako jedyna przyczyną czy też parametr definiujący. To była stopniowa ewolucja, z mnóstwem rozmaitych przyczyn. Nauka dostarczyła nowego rozumienia różnic płciowych. Nastąpiło załamanie tradycyjnego modelu rodziny – jednordzeniowej struktury z mężczyzną jako dostarczycielem zasobów i kobietą poświęcającą się opiece. Także przesunięcie w strukturze czytelnictwa literatury fantastycznej – ku dominacji kobiet – odbiło się w znaczący sposób na omawianym temacie. Ze strony gier komputerowych nadszedł impuls, który umożliwił zaistnienie w filmie kobiet posługujących się przemocą. Obecnie zarówno filmy, jak i gry wykorzystują ten motyw, ale nie zakończyło to dyskusji, czy takie kobiety rzeczywiście czynią historie dobrymi. Ktoś mógłby jeszcze dodać, że wpływ na omawiane zmiany ma nawet starzenie się odbiorców literatury science fiction. Zauważmy, że we wczesnej science fiction praktycznie nie było seksu, a relacje pomiędzy mężczyznami i kobietami były bardzo złożone.
 
To długotrwałe kontinuum, stopniowa ewolucja bez jednej przyczyny i bez daty początkowej. A jednak, można określić "punkt, w którym zaczęliśmy" i "gdzie jesteśmy teraz". Logicznie, "tradycyjność" odwołuje się do pierwszego.

Oczywiście byłoby głupotą twierdzenie, że uciekliśmy od dawnych stereotypów zupełnie.

Nie wierzysz w bohaterów bezwzględnie dobrych i złych, prawda? Magistrowie w Twojej trylogii są zarówno pogromcami potworów, jak i… potworami w ludzkiej skórze. Magistrowie, podobnie jak Duszożercy żywią się ludzkimi duszami, są zatem na pewnym poziomie równi sobie. Colivar i Ramirus dzierżą w swoich dłoniach klucze do ocalenia ludzkiej rasy, ale bardziej są zainteresowani własnymi, zadawnionymi konfliktami niż poświęceniem mocy i czasu dla wspólnego dobra. W Trylogii Zimnego Ognia Gerald Tarrant grał podobną rolę: był zarówno upiorem, jak i potencjalnym zbawcą ludzkości. Czy Twoim zdaniem to ci źli odgrywają decydującą rolę w niekończącej się wojnie pomiędzy światłem i mrokiem? A może jest to po prostu wartościowe rozwiązanie fabularne?
 
Nie wierzę w niekończącą się wojnę pomiędzy światłem i mrokiem, a więc motyw ten odnajdziesz w moich książkach jedynie sporadycznie. Mrok tkwi w poszczególnych sytuacjach. Także wszyscy ludzie mają w sobie potencjalną skłonność do zostania złymi, jeśli znajdą się w odpowiednich (czy też nieodpowiednich) okolicznościach i właśnie ta dynamika animuje złe postaci.
 
Sądzę, że stoi za tym moje żydowskie dziedzictwo. Chrześcijaństwo jest głęboko zakorzenione w dychotomicznym układzie dobra i zła. Na tyle mocno, że w zachodnich społeczeństwach przyjmuje się za oczywiste, że taka biegunowość występuje. W tradycji żydowskiej nie ma jednak Diabła walczącego przeciwko Bogu, nie ma ogni piekielnych, nie ma także armii upadłych aniołów gotowych szturmować bramy Nieba. Ciemność jest w nas, jest wpisana w typowo ludzką umiejętność zapominania o wyższych instynktach i odpowiedzialności społecznej oraz popełniania czynów, które określamy mianem "złych". To mnie przeraża daleko bardziej niż jakakolwiek armia z piekła rodem.

W mojej Trylogii Zimnego Ognia pojawiły się postaci, które wierzyły w dosłownie rozumianą wojnę pomiędzy dobrem i złem, ale oni akurat żyli w świecie, w którym negatywne emocje mogły faktycznie zaistnieć, a tkwiące w ludziach zło było w stanie powoływać do istnienia rzeczywiste demony.

Duszożercy są bliscy perfekcji jako podmioty wojny pomiędzy dobrem i złem w kształcie, w jakim widzieliby ją chrześcijanie. Są niczym zesłane przez bogów odkupienie, forpoczta zagłady. Są niezwykle podobni do wampirów. Także dlatego, że potrzebują ludzi – swoje ofiary – do przetrwania i w związku z tym nie mogą ich pokonać, ostatecznie nie skazując samych siebie na zagładę. Z drugiej strony… dają się lubić. Niektórzy ludzie decydują się na sojusz z tymi istotami – czy należy to rozumieć jedynie jako chęć zapewnienia sobie silnego wsparcia? A może zło pociąga nas bardziej niż gotowi jesteśmy  przyznać?
 
Motywem przewodnim Trylogii Magistrów było pytanie – o ile dobrze pamiętam, cytowane w jednym z pierwszych wydań – jaką cenę jesteś gotowy zapłacić w zamian za potęgę?.
 
Ludzie nie wchodzą w sojusz z Duszożercami dlatego, że pociąga ich zła natura tych stworzeń. Robią to, ponieważ pragną tego, co Duszożercy mogą zaoferować pośrednio. Potęga, długowieczność oraz – jak w przypadku Królowej Wiedźmy – zemsta.

Duszożercy przemawiają do pierwotnej strony naszej natury, która wyewoluowała w świecie, w którym albo się zjada, albo się jest zjedzonym. Jesteśmy istotami obdarzonymi intelektem, udało się nam zaadoptować modele "cywilizacji" oraz "altruizmu" dla wspólnego dobra, ale aby mogły funkcjonować, musimy przezwyciężać w sobie wiele naturalnych instynktów. Duszożercy reprezentują te instynkty. Symbolizują wolność postępowania w zgodzie z emocjami i fizyczną moc działania wedle swoich potrzeb.
 
Jesteśmy zarówno zafascynowani, jak i przerażeni, odnajdując w sobie te instynkty. Widząc bohaterów zmagających się z nimi, zastanawiamy się, czy na ich miejscu, w obliczu podobnego kuszenia, dokonalibyśmy tych samych wyborów.
 
Wampiry symbolizują tę samą walkę, ale w atrakcyjnym opakowaniu. Oto mamy postaci odpowiednio ludzkie, które mogą wykonywać szereg całkowicie normalnych czynności, cieszyć się licznymi ludzkimi przyjemnościami i są w dodatku piękne (kiedy ostatnio czytałeś popularną powieść z brzydkimi wampirami?), a w dodatku nieśmiertelne. Wszystko to możesz mieć, jeśli porzucisz swoją ludzką moralność.

Wampiry są współczesnym wcieleniem motywu Kuszenia.
 
Gwoli ścisłości, muszę wspomnieć, że jest jednak doskonała powieść, w której spotykać możemy wampira brzydkiego i otyłego, a przy tym jest to rewelacyjna lektura i naprawdę każdy powinien się z nią zapoznać. To Jules Duchon z Fat White Vampire Blues autorstwa Andrew Foxa (powieść-komiks, w Polsce póki co niewydana - przypis D.B.).
 
W Trylogii Zimnego Ognia sama planeta nie tylko czyta w umysłach, ale i jest zdolna kreować rzeczywistość na bazie odczytanych myśli (w tym i horrorów). To unikalna sytuacja, w której nie ma i nie można utrzymać granic pomiędzy myślami a ich realnymi emanacjami.
 
Chyba się z tym nie zgodzę. Nie ma zupełnego braku granic. Jest powolne przesiąkanie się koncepcji z jednej puli do drugiej. To człowiek pozostaje w stu procentach władny podejmować akcje, fae nie przejmuje kontroli nad jego umysłem. Ona jedynie rodzi stworzenia w oparciu o obrazu z ludzkich umysłów.
 
Czy myślący ocean z Solaris Stanisława Lema miał jakiś wpływ na powstanie Trylogii Zimnego Ognia?
 
W Solarisie Lema pojawia się obdarzona myśleniem istota, która świadomie manipuluje ludzkimi myślami. W Zimnym Ogniu mamy natomiast siłę natury, która działa bez planu. Owa siła jedynie odpowiada na pojawienie się i egzystowanie człowieka w taki sam ślepy, bezcelowy sposób, w jaki wpływa na wszystkie żyjące stworzenia. Tak więc nie ma żadnego wyraźnego podobieństwa pomiędzy obiema powieściami, może poza tym, że w obu przypadkach omawiane byty czerpią inspirację do swoich działań z ludzkich umysłów (między innymi z nich).

Modelem Zimnego Ognia był ogień: niezwykle potężny fenomen naturalny, zdolny podtrzymać życie lub je zniszczyć. Nawet kontrolowany, pozostaje groźny. Nie można z nim dyskutować, wpływać na niego ani zmieniać sposobu, w jaki ten się zachowuje. On po prostu istnieje.
 
Uwzględniając aspekt psychologiczny, jestem przekonana, że Lem czerpał inspiracje z tego samego źródła co ja, filmu Zakazana planeta z 1956 roku. Pojawiła się w nim obca technologia, zdolna wyciągać koszmary z ludzkiego Id i – w ramach mechanizmu obronnego – wykorzystywać je przeciwko człowiekowi. Wtedy to była przełomowa koncepcja i niejeden autor w ten lub inny sposób bazował się na niej.

Pogadajmy o magii. Podałaś całkiem logiczne wyjaśnienie jej istnienia w Trylogii Magistrów. Ale czy fenomen magii – pozwolę sobie wystąpić tutaj w roli adwokata diabła – w ogóle powinien poddawać się wyjaśnieniom? Czy nie uważasz, że w pewien sposób fantasy grawituje bliżej science fiction?

Isaac Asimov
napisał kiedyś, że gdyby magia istniała, funkcjonowałaby jak nauka, z zasadami, które dałoby się odkryć i badać, i byłaby kompatybilna z prawami fizyki, takimi jak prawa termodynamiki.
 
Jego eseje są moimi modelami systemów magicznych. Termodynamika sama w sobie – mówiąca o tym, że nie możesz wytworzyć energii z niczego – podnosi konieczność istnienia paliw i ich zbierania, co stanowi już sporą część mojej opowieści.

Wygląda zatem na to, że przepaść pomiędzy nauką a magią jest mniejsza, niż można by sądzić. Zapewne zgodziłabyś się z Arturem C. Clarkiem, który powiedział, że każda odpowiednio zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii, co jest nieco innym sposobem spojrzenia na ten temat. Ale porzućmy ten wątek i przejdźmy do kolejnego. Bez wątpienia piszesz ponad kategoriami, Twoja literatura to kreatywna mieszanka gatunków, Twoi bohaterowie nie są ani bezwzględnie dobrzy, ani źli, nie są także ograniczeni do wąskich ról przynależnych swojej płci. Czy masz jakiś ostateczny cel swojego pisarstwa? Czy masz już ułożoną w głowię opowieść doskonałą? A jeśli tak, czy możesz coś na jej temat powiedzieć?
 
Nie, nie. Przykro mi ;-).
 
Każda opowieść jest unikalna. Chcę, aby każda była ekscytująca, stymulująca umysłowo i intensywna emocjonalnie. Korzystam z odmiennych stylów, ponieważ łatwo się nudzę; po sześciu latach robienia jednego potrzebuję odmiany. Lubię także zmieniać samą siebie.

Nie ma jakiegoś celu i ostatecznego kierunku, wedle którego rozwijałaby się moja kariera, ani tym bardziej nadrzędnego celu, który przenikałby kolejne moje powieści, z wyjątkiem może jednego: chęci opowiedzenia dobrej opowieści.

Pracujesz obecnie nad swoją kolejną książką, nad Dreamseekerem. O czym będzie opowiadała ta historia?
 
Proszę bardzo, już ci podrzucam oficjalny teaser:
 
Przez całe swoje życie Jessica Drake śniła o innych światach – podobnych do jej własnego lub całkowicie od niego odmiennych. Nigdy nie dzieliła się tymi wrażeniami z kimkolwiek z wyjątkiem młodszego brata, Tommy'ego. Ale niespodziewanie, ktoś zapytał ją o owe sny i… o nią samą. Widziano dziwną kobietę obserwującą jej dom. Ktoś odwiedza szkołę i próbuje przejąć jej inspirowane snami prace artystyczne.
           
Co się dzieje?
            
Kiedy zaczyna szukać odpowiedzi, staje się jasne, że ktokolwiek ją obserwuje, nie zamierza pozwolić jej poznać prawdy. Pewnej nocy w domu wybucha pożar, a kiedy dym się rozwiewa, uświadamia sobie, że jej brat został porwany. Teraz musi ustalić, co się dzieje i to szybko, jeśli chce, aby ona i jej rodzina byli bezpieczni.
            
Kierując się tropem z komputera Tommy'ego, zdeterminowana, aby odnaleźć brata i przyprowadzić go z powrotem, Jessica z dwójką przyjaciół wyruszają w podróż, która wystawi ich dusze i odwagę na ostateczną próbę, jako że będą musieli opuścić własny świat i stanąć wobec źródła najmroczniejszych ziemskich legend. A przy okazji także wobec przerażającej prawdy o ich własnym dziedzictwie.

Wiem, że eksperymentujesz z samopublikacją i dystrybucją internetową. W tle toczy się dyskusja na temat przyszłości książek. Niektórzy są zdania, że ebooki zabijają literaturę, inni twierdzą coś odwrotnego. Co Ty sądzisz na ten temat?

Nie jestem na tyle zaangażowana w ten temat, aby mieć konkretną opinię. Nie uważam, że literatura kiedykolwiek "umrze". Z drugiej strony, możesz liczyć na ciekawą dyskusję o tym, czy konieczność konkurowania o wydawców i uwagę profesjonalnych redaktorów jest konieczne do powstania lepszej książki.

Sądzę, że nieustanny atak telewizyjnych migawek, przesyconych wysokoenergetyczną akcją oraz błyskotliwe gry komputerowe uczyniły więcej złego literaturze niż sposób, w jaki my podajemy opowieści czytelnikom. Współczesny odbiorca zdaje się mieć bardzo ograniczoną pojemność zainteresowania i staje się niecierpliwy przy długich passusach opisowych. Jeśli spojrzysz na literaturę, która powstawała w ciągu ostatniego wieku, zauważysz drastyczne zmiany stylistyczne, które ujawniły się właśnie jako rezultat tego procesu. Można by się spierać w nieskończoność czy jest to coś złego czy dobrego.

 

Magister #1 - Uczta dusz

Autor: Celia S. Friedman
Tłumaczenie: Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2012
Tytuł oryginalny: Magister: Feast of Souls
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 608
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378391166
Wydanie: I
Cena z okładki: 42 zł



blog comments powered by Disqus