Wywiad z Katarzyną Beną, tłumaczką "Miasta Śniących Książek" Waltera Moersa

Autor: Kormak
21 stycznia 2007

Walter Moers w Polsce znany jest chyba nielicznym. Czy możesz coś o nim więcej powiedzieć? Czy bardziej uważa go się za twórcę komiksów, czy za pisarza? Jeśli porównać go popularnością, to czy w Polsce jest jakiś jego odpowiednik?

Gdyby Raczkowski połączył siły z twórcami komiksu „Wilq” i zabrał się z wielkim rozmachem za pisanie fantasy, osiągając sukces na miarę Sapkowskiego, moglibyśmy mówić o polskim odpowiedniku. Na razie nie widzę nikogo takiego.

Walter Moers publikuje od 1984 roku. Zaczynał w pismach satyrycznych takich jak „Kowalski” i „Titanic”, w tym ostatnim publikuje zresztą do dziś. Od czasu do czasu wydaje kolejne paski z przygodami „Deadmana”, martwego superbohatera. Przez parę lat wypuszczał kolejne komiksy, zyskując sobie popularność ironicznym podejściem do rzeczywistości i olewaniem poprawności politycznej. Nie wiem czy jakikolwiek inny niemiecki artysta był tematem debaty w Bundestagu, kiedy zastanawiano się, czy nie cofnąć dotacji wydanych na ekranizacje „Das kleine Arschloch” (Małego Dupka) który kpił z niepełnosprawnych. "Dupek " sprzedawał i nadal sprzedaje się znakomicie, a sam Moers mówi, że liczył prędzej na Niemiecki Federalny Krzyż Zasługi, bo była to jedyna animacja, która zwróciła się wielokrotnie, a same państwo nieźle na nim zarobiło. W kolejnych latach pojawiły się nowe przygody Dupka i nowe serie, z których zdecydowanie największą furorę zrobił „Der alte Sack” (Stary zgred) i przede wszystkim „Adolf, die Nazisau” (Adolf, nazistowska świnia). W roku 1999 Moers przerzuca się na pisarstwo przechodząc od dymków komiksowych do 700-stronicowego tomiszcza „Die 13 1/2 Leben des Käpt'n Blaubär” (Trzynaście i pół życia Kapitana Niebieskiego Misia), pierwszej z serii opowieści o Camonii.

Wydaje mi się, że fani Moersa nie dzielą jego twórczości na pisarską i komiksową. Jeśli jest się już jego fanem, uwielbia się całą jego twórczość. Tak przynajmniej zaobserwowałam wśród moich niemieckich znajomych. Sam Moers spytany kiedyś o to nie potrafił się jednoznacznie opowiedzieć za jedną ze stron. Czasami męczy go pisanie i tęskni za krótkimi komiksami, które tworzył, ale z drugiej strony sam mówi, że pisanie daje mu więcej możliwości i nie wymaga wielkiej pracy. Według Moersa banalnie łatwo jest napisać zdanie „20 tysięcy słoni w pasiastych skarpetach kroczyło górskim grzbietem”, ale jak cholernie trudno to narysować!

Czy Moers naprawdę żyje w ukryciu, bo niemieccy neonaziści grożą mu śmiercią? I za co właściwie?

Tak, Moers żyje w ukryciu i owszem, prawdą jest, że neonaziści grozili mu śmiercią. Ale jedno z drugim nie ma poza tym wiele wspólnego. Moers wycofał się całkowicie z życia publicznego już na początku lat 90., po pierwszych sukcesach serii „Das kleine Arschloch”. Jest nieśmiały, nie znosi wywiadów, co doskonale rozumiemJ, nie przyjmuje oczywiście zaproszeń do telewizji, jego ostatnie zdjęcie pochodzi sprzed ponad piętnastu lat. Średnio raz na rok udzieli większego wywiadu, ale nawet przepytujący go dziennikarze nie mają szans go zobaczyć. Na pytania odpowiada drogą mailową. A wracając do nazistów, spytałam się kiedyś Moersa, jak to naprawdę było i odpisał mi, że owszem, wydawnictwo otrzymało kiedyś list z pogróżkami od jakiegoś faszystowskiego wariata oburzonego faktem, że Moers wyśmiewa się z wielkiego wodza. „Adolfa, nazistowską świnię” wydano dopiero w roku 1998, więc łatwo sobie policzyć, że wycofanie się życia publicznego i zamieszanie wokół Adolfa dzieli ładnych parę lat. Wydawca rozdmuchał sprawę i w sumie wyszło to Moersowi jedynie na dobre, bo szybko ucięło oburzenie i śmieszne zarzuty o sympatie neonazistowskie.

Moers dba o anonimowość. Sam mówi, że mimo sławy może wejść sobie do jakiegokolwiek sexshopu i nikt nie rzuci się na niego z prośbą o autograf, a taki George Clooney na przykład już by nie mógł. Reżyser klipu o Adolfie, który dołączono do wydanej niedawno trzeciej części komiksu, także nie widział go na oczy. Wszelkie konsultacje odbywały się drogą mailową, Moers otrzymywał poprzez wydawnictwo płyty DVD z kolejnymi fragmentami teledysku i w taki sposób miał pełną kontrolę nad projektem nie będąc zmuszonym do pokazania się publicznie. [Klip do obejrzenia na YouTube pod tym linkiem - przyp. K.]

O Moersie wiadomo jedynie, że mieszka z żoną Elwirą w kamienicy na poddaszu, w jednej z lepszych dzielnic Hamburga. Trafiłam ostatnio na artykuł pewnego dziennikarza, który krążył po jego dzielnicy usiłując odkryć, gdzie Walter mieszka. Zaczajał się w marketach i winiarniach (Moers uwielbia czerwone wino), obserwował każdego faceta po czterdziestce chodzącego w dżinsach i bejsbolówce (bo tak podobno Moers się ubiera), przekopał się przez książki telefoniczne, przepytał nawet listonosza, czy nie doręcza przesyłek komuś nazwiskiem Moers. Nie udało mu się. Kto wie, może Moers to jedynie pseudonim. Fakt faktem, że Walter może wyjść sobie spokojnie po bułki i śmiać się z zamieszania wokół jego osoby.

Ile ukazało się już książek, których akcja toczy się w Camonii? "Miasto..." chyba nie jest pierwszą z kolei?

Dokładnie czwartą. Wiem, że zraziło to niektórych czytelników, ale naprawdę niepotrzebnie. Każda z nich jest suwerennym dziełem, a głównym bohaterem tak naprawdę jest Camonia. Kolejny tom dostarcza dodatkowych informacji o kontynencie i uzupełnia wiedzę o jego historii, ale chronologia nie jest tak naprawdę istotna. Każda część ma innego bohatera, rozgrywa się w nowych lokacjach. Pierwszym tomem było „Trzynaście i pół życia Kapitana Niebieskiego Misia”, do którego Wydawnictwo Dolnośląskie niestety praw nie posiada. Nie wiemy także kiedy wydawnictwo słowo/obraz terytoria zdecyduje się na jego wydanie. Po 700-stronicowym „Kapitanie…” przyszła kolej na „Ensel und Krete”, camońską wariację Jasia i Małgosi. Potem znów niezwykle obszerny „Rumo und die Wunder im Dunkeln” (Rumo i cuda w ciemnościach) i wydane w 2004 roku „Die Stadt der Träumenden Bücher” (Miasto Śniących Książek). Lada moment ukaże się kolejna, piąta część - „Schrecksenmeister”.

Ile czasu zajęło ci tłumaczenie tej książki? To opasłe tomisko, a i język swoją złożonością musiał sprawiać wiele kłopotów...

Więcej kłopotów sprawiła mi strajkująca pod koniec tłumaczenia kreatywność. Momentami zbaczałam też zbyt mocno w spolszczanie nazewnictwa. W tym miejscu mogę sobie chyba pozwolić na podziękowanie mojemu Orkowi, bo bez jego stanowczości zapędziłabym się w jakieś niestrawne benizmy. Samo tłumaczenie zajęło mi około 4-5 miesięcy, ale dzieliłam je jeszcze z pisaniem pracy magisterskiej i pracą zawodową. Gdybym zajmowała się wyłącznie tłumaczeniem, prawdopodobnie zajęłoby mi to mniej czasu.

Co było najtrudniejsze, a co najprzyjemniejsze w tłumaczeniu? Nowomowa? Gry słowne? Przekład wierszy? Spolszczanie niektórych nazwisk i zwrotów? A może coś innego?

Najtrudniejsze były decyzje. Zdaję sobie sprawę, że czytelnicy nie znoszą przesadnego spolszczania książek, ale zazwyczaj wchodzą tu w grę pozycję anglojęzyczne. A co zrobić z niemieckim fantasy? To dość egzotyczny język, jeśli chodzi o tę branżę. Ilu wyłapałoby smaczek w nazwisku Mythenmetz, albo Silbendrechsler? Starałam się znaleźć złoty środek między polskim, a niemieckim nazewnictwem i mam nadzieję, że w pewnym stopniu mi się to udało. Biłam się z myślami, czy nazwy, które wymyśliłam przypadną do gustu polskim czytelnikom, ale póki co nikt mnie wyzwiskami za to nie obrzucał, więc chyba nie jest tak źle.

Ale muszę wytłumaczyć się z jednej decyzji translatorskiej, a mianowicie nazwy całego kontynentu. Jeśli ktoś zadał sobie trud i znalazł niemiecki odpowiednik, wie, że brzmi on Zamonien. W dobrej wierze, nie chcąc, aby polscy czytelnicy wymawiali ją przez „Z”, a niemieckie „Z” to przecież nasze „C”, utworzyłam nazwę Camonia. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że wszyscy zrobią z niej „Kamonię”. Apeluję więc niniejszym o pamięć o tym fakcie. To nie jest Kamonia! Ach, a Walter to Walter... nie Łolter.

Przekład wierszy to zupełnie inna historia. Nie czułam się na siłach, aby porywać się na XVIII-wieczne fragmenty, więc część z nich powstała dzięki uprzejmości profesora Białka. Paru klasyków, jak Goethe czy Poe posiadało już znane polskie przekłady, więc z nich skorzystałam. Osobiście zabrałam się jedynie za wierszyki autorstwa samego Moersa. Chyba najbardziej zadowolona jestem z kawałka o buchlingach. Najprzyjemniejszy zaś w tłumaczeniu był sam proces tłumaczenia. Miasto podoba mi się ogromnie i często śmiałam się wędrując z Hildegunstem po katakumbach. Mam nadzieję, że choć częściowo udało mi się uchwycić komizm tej książki.

Co najbardziej cię urzekło w "Mieście..."? Czy w ogóle spodobała ci się od razu? Nie jest to książka łatwa w czytaniu.

Na początku byłam nieco zdezorientowana, nie spodziewałam się dinozaurów-literatów i tak dziwacznych ras. W końcu fantasy kojarzy się zazwyczaj z pewną ustaloną galerią postaci. Tymczasem nawet sam Moers nie znosi tego określenia, widzi od razu jakieś Mgły Avalonu, zgraje krasnoludów, czarodziejów i elfów. Woli żeby mówić o jego książkach – powieści fantastyczne. Kojarzy się to prędzej z Hoffmannem, Poe i Stevensonem. Nie, żeby stawiał się na równi z nimi. Oczywiście jest lepszy! Miasto pochłonęło mnie całkowicie - od antykwariatu Kibicera i poematu o kurze bez E. Reszta lektury była już czystą rozkoszą i wyłapywaniem aluzji literackich. Najprzyjemniejsze było odkrycie buchlingów, to cudowne stwory i mam nadzieję, że Moers wywiąże się z obietnicy i poświęci im osobną książkę.

Jak wiele rzeczy zostało utraconych w przekładzie? Czy było dużo rzeczy nieprzekładalnych, albo takich, które zrozumieją tylko Niemcy?

Ba, są tam rzeczy, których nie rozumieją sami Niemcy! Najlepszym przykładem są anagramy. Moers w swym niezmierzonym geniuszu stworzył nie tylko anagramy, ale nadał im jeszcze całkiem sensowne niemieckie treści i jakby tego było mało, właśnie z branży literackiej. Albo weźmy takiego Hulgo Bla, piękne podsumowanie dadaizmu. Ale anagram przetłumaczony anagramem już nie będzie, więc pozostawiłam je w oryginale, tworząc na końcu książki mały słowniczek. Początkowo planowałam szersze posłowie, ale ostatecznie zabrakło mi i sił, i odwagi cywilnej. Przy „Rumo” postaram się bardziej przybliżyć translatorskie przeboje i zagwozdki.

Trudno mi przywołać teraz najtrudniejsze fragmenty, z którymi musiałam się zmierzyć. Zdecydowanie problematyczna było przesiąknięta Ormem nowomowa z Pałacu Cieni. Rozbijałam na cząstki niemieckie wyrazy, usiłując w podobny sposób połączyć polskie odpowiedniki. Czasami spolszczałam po prostu końcówką, jak w przypadku „knolfnąć”. Nie da się uniknąć strat w przekładzie. Tęsknie za wszystkimi zaimkami dzierżawczymi, które musiałam opuścić. Język polski nie nadużywa ich tak bardzo, jak niemiecki.

8. Podczas czytania książki miałem mocne skojarzenia z "Cyberiadą" Stanisława Lema: poczucie humoru, słowotwórstwo, mitologia, nawet ilustracje. Nie jest odosobniony w tym wrażeniu.

Wybacz, ale „Cyberiadę” czytałam jeszcze dziecięciem będąc i przyznaję, nic już niemal nie pamiętam prócz paru scen, ilustracji i pokaźnej objętości. Moers przypomina mi raczej Pratchetta, rozmach uniwersum, humor, rasy zaprzątnięte zwyczajną „ludzką” działalnością i kolejne ich przedstawianie. A o „Cyberiadzie”, drogi Kormaku, porozmawiamy sobie, jak ją sobie odświeżę...

Jak do tej pory z recenzjami Moersa w Polsce? Jak u nas przyjęto tę książkę? Niemiecka fantasy chyba nie jest u nas znana.

Jak na autora wcześniej u nas kompletnie nieznanego przyjęcie jest dość dobre. Recenzje w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Przekroju", "Polityce", "Nowej Fantastyce", książkę czytano wieczorami w Programie I Polskiego Radia, mignęłam nawet w Telewizyjnych Wiadomościach Literackich u prof. Beresia opowiadając o Moersie (mam nadzieję, że nikt nie widział tej kompromitacji). Wydaje się, że książka zyskała sobie paru wiernych fanów, którzy niezmordowanie lansują ją w necie. Pozdro dla Orbita i kolegi ASX76 !

Z niemiecką fantastyką, czy też opowieściami fantastycznymi kojarzy się raczej wiek XIX i początek XX. Hoffmann, Ewers czy Meyrink. Zresztą niemieckie opowieści fantastyczne inspirowały do tego stopnia romantyków z Zachodu, że z upodobaniem nadawali swoim bohaterom niemieckie nazwiska, potęgując tym samym ich niesamowitość. Weźmy na przykład Mary Shelley i Frankensteina. Po Meyrinku długo, długo nic, a literatura zajmuje się wówczas raczej rozliczaniem z grozą II Wojny Światowej i niemieckim w niej udziałem. Dopiero Michael Ende i jego „Niekończąca się historia” zmieniają postać rzeczy. Moers i jego funtasy, bo czystym fantasy to nie jest, reaktywował ten gatunek w Niemczech, ale nie znam żadnego nazwiska, które mogłoby się z nim równać na tym polu.

W "Polityce" recenzentka książki porównuje "Miasto..." do twórczości Tolkiena. Chyba nie mogła gorzej trafić...

Ale trafiła i to nie ona jedna. Wydaję mi się, że Tolkien służy za słowo-wytrych, nakierowuje czytelnika na określone skojarzenia. Inaczej przecież biedni ludzie nie zorientują się, czy coś jest fantasy, bądź nim nie jest. Akurat w przypadku „Miasta śniących książek” ciężko znaleźć mi analogie do Tolkiena. W „Rumo” owszem, ale w „Mieście…” nie potrafię. Bardzo mi przykro z tego powodu.

O ile wiem, tłumaczysz także kolejną książkę Moersa, dziejącą się w Camonii. Możesz coś o niej opowiedzieć? Kto jest jej bohaterem, czy znowu dzieje się w tych samych lokacjach, czy może w innych częściach krainy?


Siedzę właśnie nad tłumaczeniem kolejnej księgi (w chronologii wydań trzeciej), opowiadającej o największych bohaterze i wojowniku w Camonii – Rumo. Należy on do rasy Wolpertingerów, najdoskonalszych w Camonii, jeśli chodzi o posługiwanie się rozmaitą bronią i w walce wręcz. Historia rozpoczyna się momencie, gdy jest on jeszcze małym szczeniaczkiem, ale przecież nawet wielcy bohaterowie byli kiedyś mali. Na swej drodze spotyka Szmejka, nie Fistomefela znanego nam z „Miasta…”, a jednego z jego krewnych. Rumo przeżywa m.in. uwięzienie na pływającej wyspie Diabelskich Cyklopów, poznaje innych przedstawicieli swojej rasy i kształci się w kunszcie rozmaitych stylów walki, schodzi w przerażający podziemny świat Camonii, do bluźnierczego miasta o swojskiej nazwie Hel, by uwolnić swoich pobratymców. Będą w niej Miedziane Dranie, straszliwa armia maszyn i mnóstwo odciętych członków. Lektura dla prawdziwych twardzieli.

Moers mówi, że w Rumo znaleźć można Orfeusza i Eurydykę, Evil Dead III, Królewnę Śnieżkę i wszystkie filmy Raya Harryhausena. Ja dodam jeszcze od siebie, że jest tam sporo nordyckiej mitologii, odwołań do baśni braci Grimm i nawet „Fantastic Voyage”, o ile ktoś kojarzy ten film. Lokacje są w większości nowe, a wielbicieli Hildegunsta ucieszy pewnie fakt, że pojawia się tu fascynująca opowieść o powstaniu Twierdzy Smoków i leniwej drodze dinozaurów z ciepłego jeziora wprost w nurty literatury. Książka jest fenomenalna, chociaż to jedynie subiektywna opinia. Planujemy, że ukaże się we wrześniu tego roku i oczywiście zapraszam do jej lektury!


 

Zdjęcia: archiwum K.B.

Camonia #3 - Miasto Śniących Książek

Autor: Walter Moers
Tłumaczenie: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 9/2006
Tytuł oryginalny: Die Stadt der Träumenden Bücher / Zamonia: The City of Dreaming Books
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 464
Format: 165x240 mm
Oprawa: twarda z obwolutą
ISBN: 83-7384-559-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł


blog comments powered by Disqus