Wywiad z Loreną Martin D.


Jakub Nowak: Nasi czytelnicy mogą tego nie wiedzieć, ale z Twoją książką powiązana jest historia smutna, lecz jednocześnie wyjątkowa dla Polski. Także z wydawniczego punktu widzenia. Powieść została napisana po angielsku, lecz na razie wydana jest tylko w Polsce. Jak do tego doszło? Dlaczego Polska?

Lorena Martin D.: Dobre pytanie, dlaczego Polska. Dawno temu byłam wścibskim dzieckiem, które znalazło dokumenty, listy i pamiętniki swojego ojca, których znaleźć nie powinno. Gdy pokazałam je ojcu, on je zabrał i na tym się skończyło.

Przewińmy czas do lat 2005-2006. U mojego ojca zaczęły pojawiać się pierwsze objawy choroby Alzheimera. Poczułam nagłą potrzebę ocalenia czego się da z jego słabnącej pamięci, a potem pozwoliłam sobie pogrzebać w jego pokoju. Tak właśnie znalazłam stosik dokumentów, które zabrał mi lata temu. Gdy czytałam pamiętniki dziadka, dotarło do mnie, że w Polsce mogła przetrwać zaginiona gałąź naszej rodziny. Stało się to dla mnie obsesją, ale ojciec nic o niej nie wiedział lub sprytnie udawał niewiedzę. A ja, oczywiście, musiałam dojść prawdy.

Gdy tylko nadarzyła się okazja, skorzystałam z niej, bo utknęłam w pracy bez żadnych perspektyw, a pisarsko stanęłam w miejscu. Przybycie tutaj w poszukiwaniu mitycznej rodziny stanowiło wymówkę, która była mi potrzebna do ucieczki. Wzięłam więc urlop dziekański tam, gdzie uczyłam (i do tego biologii!), spakowałam się i przybyłam tutaj. Minęło siedem lat, a ja nadal jestem w Polsce i, jeśli mam być szczera, nie wiem, jak do tego doszło. Próżna część mnie myśli sobie, że to przez to, że moi uczniowi lub ich rodzice nie chcą, żebym wyjeżdżała.
 
Tak w zasadzie to właśnie matka byłego ucznia spytała mnie, gdzie może kupić jakąś moją książkę. Grzecznie wyjaśniłam, że przestałam próbować coś wydać (pomimo tego, że piszę), gdyż zmęczyły mnie odpowiedzi odmowne, a poza tym jestem powiązana z agentem, który nie potrafi ruszyć tyłka (było ich dwóch, w USA).
 
Tydzień później zapytała mnie, czy mogłabym przesłać jej mój maszynopis. Zrobiłam to, choćby po to, żeby sprawić jej radość. Już dużo wcześniej przestałam robić sobie nadzieję. Minął ponad miesiąc, ale nie pytałam o wieści. Aż tu nagle powiedziała mi, że przekazała tekst znajomej, żonie Amerykanina. Był on ponoć tak entuzjastycznie nastawiony do Domu tajemnic, że zaczął korzystać ze swoich kontaktów, lecz nic z tego nie wyszło, gdyż ograniczały się do świata finansów i bankowości; nie znał nikogo, kto pracowałby w biznesie wydawniczym.
 
Byłam przekonana, że na tym się to skończy – kolejny ślepy zaułek, nic nowego. Ale wtedy pewna pani, właścicielka agencji nieruchomości, powiedziała mi, że jest dobra w sprzedawaniu domów. Powiedziała też, że nie ma zielonego pojęcia jak sprzedać powieść, ale chciałaby spróbować, jeśli nie będę miała nic przeciwko. Szczęka opadła mi na podłogę i zgodziłam się dopiero, gdy podniosłam ją z podłogi. Był to listopad 2010 roku – obiecałam sobie wtedy na dobre wrócić do domu, ale teraz nie chciałam porzucić nowo znalezionej agentki literackiej. Sześć miesięcy później udało się jej sprzedać tekst. Ta wspaniała pani nazywa się Iwona Nowakowska.
 
JN: Historia Twojej książki zdaje się być równie fascynująca, co historia w niej zawarta. Świat wydawniczy bywa niezrozumiały, ale nam pozostaje się cieszyć, że ktoś wykazał dość rozumu, by wydać Twoją powieść. Następne pytanie zdaje się być trudne do uniknięcia… Jak czujesz się w Polsce i co czujesz wobec Polaków?
 
LM: Ach, nieuniknione pytanie.
 
Może trudno w to niektórym (zarówno w USA, jak i w Polsce) uwierzyć, ale osoba z zagranicy może dobrze czuć się w Polsce. Prawie każdy w USA pukał się w głowę, gdy mówiłam o przyjeździe tutaj. Żyłam w kraju mlekiem i miodem płynącym, wynajmowałam mieszkanie z widokiem na ocean i całkiem nieźle zarabiałam na posadzie bez perspektyw. Każdy byłby szczęśliwy.
 
Jak mogłam pokazywać niezadowolenie? Mało kto to rozumie, ale konformizm zabija kreatywność. A na pewną ją zatruwa. Ludzie dają się złapać w rutynę pracy, wydatków, zarabiania na długi, do których zaciągania się ich zachęca… Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę się wymądrzać. Sama tkwiłam w tym cyklu, kupując więcej butów, torebek, więcej czegokolwiek, co wypełniłoby pustkę. Większość osób tego nie zauważa i z własnej woli wpada w pułapkę materializmu. Ale ja tonęłam i chciałam uciec.
 
Wydaje się być nieco ironiczne, że opuściłam kraj kapitalistyczny par excellence, aby przenieść się do kraju, który wtedy dopiero otrząsał się z koszmaru komunizmu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale podziałało. Oto dowody: mieszkając w Meksyku, napisałam kilka przeciętnych tekstów, następnie pierwszą "poważną" powieść – So Far From God (pierwsza część trylogii). Potem przeniosłam się do Stanów, tak z powodu studiów, jak i chęci sprzedania tam książki. Dla mnie był to początek końca.
 
O następnym tekście wolałabym zapomnieć. A potem – nic. Nie mogłam tego znieść. Nikt nie chce zostać "pisarzem jednej książki", a ja tym właśnie byłam. I do tego nawet nie potrafiłam tej książki sprzedać. Po pewnym czasie zombie pojechało do ojca, który zaczynał chorować, znalazło stare dokumenty, a chwilę potem pakowało się na tymczasową wizytę w Polsce. Początkowo miałam tu zostać sześć miesięcy, a minęło już siedem lat. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale była to dla mnie fascynująca podróż. Nie znalazłam zaginionej gałęzi rodziny. Znalazłam fascynującą opowieść. A po drodze miałam zaszczyt poznać wiele wspaniałych osób.
 
Nie tylko Polacy opowiadali mi straszne historie o "burakach", prymitywnych osobnikach z marginesu społeczeństwa. Widziałam ich, ale nie czułam potrzeby, by mieć z nimi do czynienia. Dlatego też mogę przyznać, że jestem ufna i nieskażona, a może i nieco zbyt idealistycznie patrzę na charakter Polaków. Bardzo lubię osoby, z którymi na co dzień pracuję, ale może po prostu mam szczęście. Są to niemal bez wyjątku profesjonaliści. Wykształceni ludzie, którzy chcą się rozwijać, ucząc się nowych języków i zachęcając do tego dzieci. Prawie wszyscy pomogli mi o wiele więcej, niż wymaga tego przyzwoitość. Jedną z tych osób jest Iwona, kobieta, która wzięła moją powieść pod swoje skrzydła i nie poddała się, dopóki ktoś nie zgodził się jej wydać.
 
A co do samej Polski – odwiedziłam prawie każdy zakątek tego kraju i zakochałam się. Lepiej co prawda nie wspominać przy mnie o zimie, ale to już inna historia. Gdy tylko jest to możliwe, uciekam do Meksyku. Jednak nie zawsze jest taka możliwość, więc musiałam się pogodzić z ostrą aurą. Gdy nadchodzi zima, zapadam w stan połowicznego uśpienia. Chyba dlatego to tu ukończyłam trylogię, a także parę innych książek, artykułów i opowiadań.
 
JN: Dobrze słyszeć, że zima ma też pozytywne efekty, nawet dla ciepłokrwistych pisarek, takich jak Ty. Miło też słyszeć tak pozytywną reakcję na Polaków. Takie spojrzenie z zewnątrz stanowi także jedną z zalet Twojej powieści. Pada w niej sporo zdecydowanych słów związanych z historią Meksyku i Polski, zwłaszcza w powiązaniu z interwencjami USA. Nie bałaś się tak mocnych akcentów? Może zostały uznane za zbyt odważne przez wydawców ze Stanów?
 
LM: Cieszę się, że myślisz, że ta perspektywa jest mocną stroną powieści. Bałam się, że wyjdę na arogantkę lub niedoinformowaną, gdy będę opowiadała historię, która do mnie nie należy, jeśli mogę tak to ująć. Jednak gdy coś mnie fascynuje, za nic nie odpuszczam, więc przeprowadzałam wywiady z osobami, które przetrwały II wojnę światową i z zapałem studiowałam źródła. 
 
Jest pewne porzekadło, na które natknęłam się po raz pierwszy we wstępie do Wojny Hitlera Davida Irvinga: Historykom przypada talent, którego nie mają nawet bogowie – mogą zmieniać to, co już się stało. Jako ktoś spokrewniony z byłym dyktatorem wychowywałam się, podsłuchując czasem coś o nim i czytając o nim w szkolnych podręcznikach, w których był bezwzględnie demonizowany. A to, co opowiadała moja babcia, zupełnie nie zgadzało się z tym, co czytałam w podręcznikach. Tak właśnie w bardzo młodym wieku, nauczyłam się, że nie wolno wierzyć we wszystko, co się czyta.
 
Wyobraźcie sobie taką oto sytuację. Meksyk zdobył niepodległość w 1810 roku. W 2010 roku, gdy uczyłam angielskiego polskich pracowników ambasady USA, zauważyłam interesującą mapę, która przedstawiała ekspansję terytorialną w Ameryce Północnej. Pokazywała terytorium ukradzione Meksykowi w inwazji w 1848 roku, która została przedstawiona jako "Wojna z Hiszpanią". Pamiętam, że powiedziałam uczniom, że to dziwne i wyjaśniłam dlaczego. Tydzień później zostałam zwolniona. Nieco później przeczytałam niezwykle interesujący artykuł w magazynie Slate. Opisywał on sposób, w jaki Hilary Clinton korzystała z ambasad do szpiegowania miejscowych, podsłuchując ich rozmowy.
 
Każdego roku Izrael wprowadza w życie kolejne prawa kneblujące wolność słowa. Jeśli ktoś ośmieli się powiedzieć coś niezgodnego z morderczymi praktykami w Palestynie lub stwierdzi, że izraelska okupacja jest nielegalna, jest oskarżany o negowanie Holokaustu albo nazywany jest antysemitą. Gdy ostatnio sprawdzałam w Oxfordzkim słowniku, mianem Semitów określało się osoby posługujące się językami semickimi, czyli Arabów i Żydów. Jednak niezależnie od tego, jak mocno ktoś stara się ukryć lub zakopać prawdę, ona JEST. Ma też irytującą właściwość wypływania na wierzch w niespodziewanych momentach. Budzi dyskomfort, ale to nie wina prawdy, a tych, którzy nią manipulują. Czy jej się boję? Nie. Tak w zasadzie to szukam jej z niemalże żarłocznością, pomimo tego, że dziś często mówienie prawdy uznawane jest za przestępstwo.
 
Bać się nie powinni ci, którzy szukają prawdy. Drżeć powinni ci, którzy chowają ją pod kłamstwami (nie pamiętam, kto powiedział to lub coś podobnego, ale uwielbiam to stwierdzenie).
 
JN: Nie mogę z czystym sumieniem zgodzić się ze stwierdzeniem, że prawda na koniec zwycięży, ale zgadzam się, że wiele z tego, co dzieje się na świecie, pokazywane jest w taki sposób, by nas zwieść. Trzeba być krytycznym wobec wszystkich wiadomości. Dom tajemnic to opowieść o tym, jak ważna jest prawda, także na poziomie osobowym. Co było jeszcze dla Ciebie istotne, gdy pisałaś książkę? Czy miałaś jakiś konkretny cel, czy chciałaś po prostu opowiedzieć tę historię?
 
LM: Zgadzam się z Tobą w sprawie prawdy. Mi też nie wydaje się, że na końcu zatriumfuje. Z przynamniej dwóch powodów. Po pierwsze, każdy z nas ma swoją prawdę i nie mamy gwarancji, że nasza jest "prawdziwsza". Ponadto interpretujemy fakty na różne sposoby. A gdy dodać do tego niezrównaną zdolność naszej pamięci do przeinaczania faktów, łatwo zrozumieć, dlaczego prawda często ukrywa się pod wieloma warstwami dezinformacji.
 
W dodatku przeważnie mamy do czynienia z dwoma rodzajami prawdy – polityczną i historyczną. Gdy obie wersje są przeciwstawne, osoby u władzy ignorują prawdę historyczną. Pisząc Dom tajemnic, musiałam zignorować kilka prawd historycznych, gdyż nie chciałam popełnić literackiego samobójstwa. Tak się stało, że przeprowadzałam serię wywiadów z mężczyzną, którego poznałam w synagodze, gdy udałam się tam szukać informacji o utraconej rodzinie. W wyniku tych wywiadów zapisałam pół tuzina notatników, które zawierają dość mało ortodoksyjną wersję prawdy opowiedzianą Leszkowi przez jego nieżyjącego już przyjaciela, powstańca Mariana Gołębiewskiego.
 
Przekazał on wiele obciążających faktów o znanych Polakach (nawet bohaterach). Twierdził, że generał Piłsudski nie był nigdzie w pobliżu Wisły w trakcie kontrataku 16 sierpnia 1920 roku oraz że Sikorski (darzący Piłsudskiego nieprzejednaną wrogością) wydał rozkaz natychmiastowego rozstrzelania pojmanych Rosjan. Za to Stalin miał się zemścić dwadzieścia lat później w Katyniu. Opowiadał też o nielegalnym przejęciu przez Sikorskiego władzy nad rządem emigracyjnym. Były też podejrzane okoliczności śmierci Sikorskiego, za które Leszek winił nie Brytyjczyków czy Rosjan, lecz samego Sikorskiego.
 
Dużo słów bez pokrycia, których nie wykorzystałam. Leszek jest przekonany o prawdziwości tych twierdzeń, ale ja nie. On jest o wiele mniej idealistyczny ode mnie i myśli, że nie ma żadnych bohaterów, tylko wysokie pomniki (Leszek to książkowy Iszmael). W trakcie naszych rozmów często mówił mi: napisz to, ale nie publikuj. Więc musiałam być bardzo krytyczna i wybiórcza, nie tylko z związku ze słowami Gołębiewskiego, lecz także pod kątem tego, że Leszek mi je powtórzył, ale nie kazał publikować.
 
Dom tajemnic stanowił fascynujące wyzwanie od samego początku – jak wielka układanka, do której miałam tylko część puzzli. Tak jak mówiłam: piszę niemal całe życie. Pomimo tego nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek stwierdziła, że chcę być pisarką. Pisanie to po prostu coś, co robię, jak odruch. Nie wybrałam pisania, ono wybrało mnie. A może to ojciec dostrzegł we mnie potencjał i w tajemnicy podjął decyzję za mnie? Opowiem, dlaczego tak myślę: mój ojciec był wyjątkową osobą, pełną dobrych zamiarów, lecz brakowało mu motywacji do wprowadzania ich w życie. Kierowanie swoimi dziećmi (bez specjalnego przekonania) było jedną z jego porażek, ale dla mnie się sprawdziło, gdyż ostatnim, czego potrzebowałam w tamtych czasach, było zbyt mocne popychanie mnie w którąś ze stron. Miałam chyba siedem lat, gdy przyłapał mnie na ciągnięciu siostry za włosy. Nie dał mi klapsa, nie krzyczał. Zamiast tego wyciągnął zeszyt z mojego plecaka. Na pustej stronie napisał: "Nie będę ciągnęła siostry za włosy", a potem kazał przepisać to sto razy. Już po ósmym czy dziewiątym przepisaniu byłam nieludzko znudzona. Tak napisałam pierwsze opowiadanie.
 
Nie byłam grzecznym dzieckiem, więc możesz sobie wyobrazić, ile historii napisałam do czasu, gdy skończyłam 10 lat. Wydaje mi się, że ojciec wiedział w jakiś sposób, że będę pisarką, ale nigdy nie kazał mi pisać. Dawał mi tylko ten cholerny zeszyt i kazał pisać, że nie mam mówić siostrze, że wygląda jak małpa, czy też czegoś innego, co akurat zmąciłam – a ja pisałam opowiadanie. Dom tajemnic to z kolei historia, która czekała na odkrycie. Przybyłam do Polski z jej fragmentami i zdałam sobie sprawę, jak blisko była związana z tragizmem przyszłych wydarzeń. Tak, chciałam opowiedzieć historię. Kto by nie chciał, mając tak soczystą opowieść pod ręką? Jednocześnie nauczycielska część mojej osoby chciała edukować po to, żebyśmy nie powielali do znużenia tych samych idiotycznych błędów.
 
Ciągle nam mówią, że historia się powtarza, ale mało kto zastanawia się, dlaczego; jakbyśmy nie mieli na nią żadnego wpływu. Jeśli zadalibyśmy sobie nieco trudu, aby przyjrzeć się przeszłości i rzeczywiście wyciągnąć wnioski z tego, co nam się tyle razy przydarzało, może udałoby się to zmienić. Nie byłoby wojen, głodu, wrogości i nienawiści. Gdybyśmy tylko wiedzieli wszystko o zachłanności tych uzależnionych od wojny, niosących ją z chęci zdobycia ropy lub sprzedaży broni, powstrzymalibyśmy historię od powtarzania się. Gdybyśmy tylko…
 
JN: Gdybyśmy tylko nie byli ludźmi, odpowiedziałby pesymista. Wydaje mi się, że to, co złego dzieje się na świecie, wynika z tego, że osoby, które mogłyby coś zdziałać… działają tylko dla siebie. A ci "dobrzy" ograniczani są przez skrupuły, moralność i tym podobne. Wspominasz o początkach swojego pisania. W jaki sposób przebyło ono drogę od notatnika do publiczności? Jak rozpoczęła się kariera?
 
LM: Ha! Według mnie to osoby działające tylko dla własnego dobra (lub dobra własnego portfela) są ograniczone moralne i brakuje im skrupułów. Tak w ogóle to przepraszam za wpędzenie w zły nastrój, ale to, co rządzący tym światem czynią z nim z powodu zachłanności, może wpędzić w depresję. 
 
Hmmm… Nazwanie mojego pisania "karierą" na razie jest pewnym nadużyciem. Może za pięć lat, gdy już nie będę musiała uczyć, żeby zapłacić za mieszkanie… A jak moje pisanie przebyło drogę z notatnika przed publikę, jak to określiłeś? Napisanie książki, a już w ogóle opublikowanie jej, nie przyszłoby mi do głowy, gdyby nie mój dawny kochanek, z którym mieszkałam przez jakiś czas. Wynajmowaliśmy mieszkanie. On przywiózł swoje rzeczy, a ja swoje. Skrupulatnie rozpakowałam wszystko poza jednym pudłem, w którym zebrałam wszystkie moje notatniki. Pewnego ranka, gdy brałam prysznic, mój eks otworzył pudło, żeby zobaczyć, co w nim jest. Jak tylko wyszłam z narzędzi, zawołał do mnie: Masz tu dość materiału na książkę i podsunął notatnik pod nos.
 
Nie żartuj sobie ze mnie, powiedziałam. Ale on nalegał, więc na początku roku szkolnego dodałam do planu zajęcia z pisania (a studiowałam historię sztuki). Nie pamiętam, czy to na pierwszym, czy drugim semestrze, ale dwa z moich wierszy zostały opublikowane w uczelnianym katalogu po tym, jak zaproponował je wykładowca. Od następnego semestru chodziłam więc na więcej zajęć z pisania. W końcu zmieniłam kierunek na literaturę angielską, zapisałam się na warsztaty dla pisarzy, a w 2001 ukończyłam licencjat z zakresu literatur świata na UCSD.
 
Pomimo tego, że moje prace były publikowane w gazetkach szkolnych i czasopismach przez cały czas studiów, nigdy nie dostałam za nie grosza. Dopiero w Polsce zaczęłam dostawać symboliczne kwoty za moje artykuły. Do tego czasu straciłam nadzieję na wydanie pierwszej powieści, którą uznałam zbyt mądrą, wyrafinowaną lub niezrozumiałą dla wydawców z USA – tych samych, którym odbija na widok przesyconych erotyzmem opowieści o pustogłowych wampirach i 50 odcieniach wyuzdania. Uczyłam języków, żeby wspomóc swoje pisanie, gdy pewnego dnia Iwona zapytała mnie, gdzie można kupić moje książki. Błagałam, by się ze mnie nie naśmiewała, a potem powiedziałam, że nic jeszcze nie wydałam. Gdy spytała mnie, czy może spróbować sprzedać 400 stron mojego maszynopisu, pomimo tego, że nigdy nie sprzedała ani kartki, zgodziłam się nie z nadziei ani nie dlatego, że myślałam, że jej się uda, ale dlatego, ze nie miałam nic do stracenia. Czemu więc nie sprawić jej radości?
 
Oto, co niesamowite w tym układzie: kobieta, która nie przeczytała mojego maszynopisu sprzedała go innej, która także go nie czytała – pierwsza dlatego, że we mnie wierzyła, a druga uznała, że Dom tajemnic może być wart ryzyka. Nadal się uśmiecham, gdy o tym pomyślę. 
 
JN: Literatury świata… to brzmi ciekawie. I bardzo mi blisko. Ale teraz skupmy się na literaturze Meksyku, która chyba nie jest zbyt znana w Polsce. Może polecisz coś naszym czytelnikom?
 
LM: Z Meksyku pochodziło wielu świetny pisarzy. Jedną z ikon jest Juan Rulfo, autor El llano el llamas i Pedro Paramo. Były to lektury obowiązkowe w liceum. Innym gigantem naszej literatury jest laureat literackiej nagrody Nobla, Octavio Paz (Labirynt Samotności). Dwójka moich ulubieńców to Carlos Fuentes (Śmierć Artemia Cruz, Aura) i Ángeles Mastretta (Wydrzyj mi serce). Pamiętam też, że jak byłam młodsza, czytałam Luisa Spota (Mas cornadas da el hambre). Jeden z moich wujków, Jose Amado Fletez Diaz, był niezłym poetą (przełom XIX i XX wieku).
 
Jeśli chodzi o literaturę latynoamerykańską, koniecznie trzeba przeczytać dzieła kolumbijskiego laureata Nobla, Gabriela Garcii Marqueza (Sto lat samotności). Poetę Pablo Nerudę i Argentyńczyka Jorge Luisa Borgesa (Labirynt Minotaura). Niezbyt znaną ciekawostką jest to, że Octavio Paz, który podziwiał Marqueza i Borgesa, połączył kawałki tytułów ich powieści w swoim tytule:
 
Marquez: Sto lat samotności
 
Borges: Labirynt minotaura
 
Paz: Labirynt samotności
 
JN: Kreatywne przysposobienie. A jako że historia Twojej kariery wydawniczej jest bardzo nietypowa, muszę spytać o jej przyszłość. Jakie są Twoje plany, nadzieje i perspektywy?
 
LM:  Jej, o czym by nie marzył pisarz? Na szczycie listy każdego autora jest zapewne Nobel z literatury. Na pewno jest na szczycie mojej. Na początku jednak moje nadzieje były bardzo umiarkowane lub nie miałam ich wcale. Lecz wszystko to odmieniło pojawienie się Iwony.
 
Dom tajemnic oficjalną premierę miał 19 kwietnia, ale w Empiku pojawił się 17. 18 zabrałam znajomą, aby zrobić sobie zdjęcie przy książce. Dom tajemnic leżał na półce "Nowości", ale ja nie mogłam oderwać oczu od listy bestsellerów. Powiedziałam znajomej, że do lata moja książka na niej będzie. Pięć dni po premierze książka znalazła się na niezłym 39 miejscu!
 
Było to zabawne, bo wiedziałam o tym ja, ale nie ludzie z Bukowego Lasu. A przynajmniej nie kobieta, która zajmuje się prawami do powieści zagranicznych, która napisała do mnie e-maila z informacją, że nie spodziewali się takiego zapotrzebowania i będą musieli dodrukować książkę, bo proces druku trwa dwa tygodnie.
 
Tydzień przed tym kupiłam bilet na samolot, bo od dwóch i pół roku nie widziałam się z rodziną. Tyle właśnie czasu pracowałam bez przerwy, aby Dom tajemnic znalazł się na półkach. Chcę spędzić miesiąc na relaksowaniu się z bliskimi, poznawaniu bratanicy i – zdecydowanie – na spaniu. Potem chcę odwiedzić znajomych w Los Angeles, San Francisco i Nowym Jorku. Może uda mi się porozmawiać z kimś z branży wydawniczej, bo chciałabym też opublikować swoje powieści w języku, w którym zostały napisane.

Dom tajemnic

Autor: Lorena Martín D.
Wydawnictwo: Bukowy Las
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 4/2013
Tytuł oryginalny: Inventing Gods
Liczba stron: 400
Format: 140x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788362478781
Wydanie: I
Cena z okładki: 9,99 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus