Wywiad z tłumaczką Anną Sawicką-Chrapkowicz

Autor: Zunia
29 stycznia 2012

Izabela „Zunia” Grzelak-Barczewska: Tłumacz to zawód doceniany?

Anna Sawicka-Chrapkowicz: Tak jak każdy inny. Czy doceniany jest zawód nauczyciela? Pielęgniarki? Mechanika samochodowego? Sądzę, że doceniamy konkretnych przedstawicieli zawodu. Na przykład wśród prawników czy lekarzy, reprezentujących zawody powszechnie uznawane za nobilitujące, obok cenionych fachowców zdarzają się ludzie zupełnie przypadkowi, bez talentu, dopasowani na siłę, jak się zdaje. Podobnie ma się rzecz z tłumaczami. Są wśród nas dobrzy rzemieślnicy, świetni artyści, ale i też przypadkowi turyści, mówiąc obrazowo, którzy zatrzymują się w tej profesji na chwilę, sądząc, że sama znajomość języka, choćby nawet bardzo dobra, predestynuje ich do tłumaczeń. Trudno więc docenić – tak lekarza, który źle leczy lub ma przedmiotowe podejście do pacjenta, jak i tłumacza – który źle tłumaczy lub ma mechaniczne podejście do tekstu.

Z.: A jednak… czy nie jest tak, że dobrego lekarza, dobrego nauczyciela, kogoś z powołaniem i pasją, prędzej doceniamy niż wybitnego tłumacza? Wydaje mi się, że my, czytelnicy, świetny styl książki (tak obcojęzycznej, a tłumaczonej, jak i w rodzimym języku) z założenia przypisujemy autorowi. Kiedy coś szwankuje, w pierwszej kolejności winimy redaktora plus korektę lub / i tłumacza. Twórcę dopiero w dalszej...

A. S-Ch.: Proszę wybaczyć, ale to już kwestia czytelnika :) Ci bardziej świadomi, bardziej oczytani, co to książkę z niejednego pieca czytali :) zdają sobie pewnie sprawę z tego, że jeśli „książkę świetnie się czyta”, „książka jest pięknie napisana” i tym podobne (jak to można przeczytać w większości recenzji, chyba że są niepochlebne!), to oznacza to dobrą pracę tłumacza (czy redaktora). Najlepszą recenzją jednego z moich tłumaczeń było zdanie „książka napisana świetnym językiem, lekkim stylem”. Pisząc ją, autor miał na myśli zapewne autorkę. Tymczasem pisał w dużej mierze o tłumaczu...
Myślę też, że  trudno docenia się to, co niewidzialne. A praca tłumacza taka właśnie ma być – pośrednictwo między autorem a czytelnikiem powinno być takie, jakby go wcale nie było.

Z.: No właśnie… dobry tłumacz to Pani zdaniem…?

A. S-Ch.: Mówimy o tłumaczach konferencyjnych, zajmujących się tłumaczeniami konsekutywnymi lub symultanicznymi? Pracujących nad dokumentami firmowymi, zatrudnionymi w korporacjach lub w rozmaitych urzędach? (Dla jasności – w tego typu tłumaczeniach potrzebny jest – oprócz świetnej znajomości języka z konkretnego obszaru – szczególny talent błyskawicznego kojarzenia, przerzutności uwagi, refleks, opanowanie… dużo by wymieniać). Czy tych, którzy z ciekawością i niecierpliwością otwierają książkę – tak jakby otwierali nowy świat – i wpadają w nią po uszy, i cieszą się myślą, że będzie im dane pokazać ten świat czytelnikowi? :) Dobry tłumacz literatury – pięknej czy fachowej, bez znaczenia – to taki właśnie niecierpliwy i zachłanny odkrywca, który na pewien czas zamyka się w świecie wyznaczonym okładkami książki, żyje nim, a potem stara się go jak najwierniej oddać w ojczystym języku. I nie chodzi tu wcale o znajomość dwunastu tysięcy pięciuset czterech słówek, które zawsze można sprawdzić w którymś ze słowników. Ważne jest przefiltrowanie tłumaczonego tekstu przez własną wrażliwość, zestrojenie się z jego autorem, zrozumienie jego myśli, stylu, wyobraźni, a potem – paradoksalnie – wycofanie się, transparentność, tak, by czytelnik płynnie podróżował wyznaczonymi przez autora szlakami.

Z.: Wspaniała definicja :) Jak to się stało, że została Pani tłumaczką serii o detektywie Murdochu?

A. S.-Ch.: Murdoch to trzecia z kolei seria „z dreszczykiem”, która znalazła się na moim warsztacie. Spotkanie z detektywem Barnabym (powieści Caroline Graham) zaowocowało pracą nad sprawami inspektora Morse’a (powieści Colina Dextera), a to z kolei doprowadziło mnie do Murdocha. Wszystkie te kryminalne światy otworzyła przede mną – i zachęciła do zmierzenia się z nimi – pani Jolanta Świetlikowska. Obdarzona niezwykłą intuicją wiedziała już wtedy, że polubię każdego z moich „kryminalnych” bohaterów. I tłumaczenia tego rodzaju literatury.

Z.: Co było największym wyzwaniem w pracy nad książkami Maureen Jennings?

A. S.-Ch.: A może – co było największą przyjemnością? Prawdziwe psychologiczne portrety bohaterów. To nie są jednowymiarowe postaci, lecz barwne i prawdziwe osoby, opisane piórem kobiety, która całymi latami poznawała ludzi, będąc ich terapeutką. Tu nie ma oszustwa, gdybania, niewiarygodnych postaw i zachowań. Jennings pisze o tych, których kiedyś naprawdę spotkała, widziała, a co więcej – przenosi ich sprawnie w XIX wiek, starając się (z sukcesem) umieścić prawdę o człowieku w czasach wiktoriańskich. Z „pierwszego” wykształcenia jestem psychologiem i ten wątek mojej pracy „nad Murdochem” jest dla mnie źródłem prawdziwej przyjemności.
Jeśli już muszę znaleźć jakieś wyzwania – to są to zapewne pojedyncze określenia, sformułowania, nazwy, które kiedyś, w XIX wieku, funkcjonowały w Toronto. Czasem trzeba wytrwałości i warsztatu prawdziwego śledczego, żeby do nich dotrzeć.

Z.: W wywiadzie dla Zbrodni w Bibliotece powiedziała Pani, że „praca tłumacza wzbogaca edukacyjnie”. Czego dowiedziała się Pani przy okazji tłumaczenia „Murdocha”?

A. S.-Ch.: Proszę zajrzeć na www.detektywmurdoch.blogspot.com. Tam niemal każdy wpis jest dowodem na to, że znalazło się w książce coś, co warto głębiej poznać, czemu dobrze się jest przyjrzeć, zrozumieć tło, wyjaśnić. Wpisów jest dwieście… :)

Z: Imponujący blog :) I z tego samego wywiadu: „Muzyka jest ze mną nierozerwalnie związana, nigdy nie pracuję w ciszy, każda książka to inna opowieść – także muzyczna. Przy midsomerkach było dużo Metheny’ego i Cocteau Twins, teraz natomiast zdecydowanie dominuje klasyka”. Nie mogę nie zapytać, jaka muzyka towarzyszyła pracy nad „Murdochem”?

A. S.-Ch.: The Cure przede wszystkim, And Also the Trees, Eric Clapton, Dire Straits... Duży przekrój.

Z.: Rzeczywiście duży! :) A z innej beczki, jak, w kontekście książek Jennings, ocenia Pani telewizyjny serial? Lubi go Pani oglądać?

A. S.-Ch.: Uściślijmy, że najpierw pojawiły się trzy filmy pełnometrażowe, taki mini serial, z Peterem Outerbridgem w roli Murdocha. Dopiero później zaczął powstawać serial z uroczym Yannickiem Bissonem. Wolę te pierwsze filmy. Dobrze zrealizowane, równie mroczne, jak (miejscami) powieści, Murdoch bliższy moim wyobrażeniom, które budowały się w oparciu o książki. Serial ma swój urok, wciąga, ale jest dość odległy od tego, co pokazuje autorka w powieściach. Nie chcę przez to powiedzieć, że stoi w sprzeczności z jej intencjami, sama przecież była współautorką scenariuszy do piątej serii serialu.

Z.: Fakt :) Choć, rzeczywiście, serial z Yannickiem Bissonem właściwie niewiele ma wspólnego z pierwowzorami… Wspomniała Pani o tym, że tłumaczyła także „Morderstwa w Midsomer” i „Inspektora Morse’a”. Który bohater najbardziej przypadł Pani do serca: Tom Barnaby, Endeavour Morse czy William Murdoch?

A. S.-Ch.:  Trudno wybierać między tak fascynującymi mężczyznami. Może jednak Morse? Może dlatego, że to postać tragiczna, a mnie – przyznam – bardziej pociągają sytuacje, które nie kończą się happy endem. Dzięki Morse’owi wpadłam na trop krzyżówek hetmańskich, jednej z najlepszych znanych mi rozrywek umysłowych. Barnaby z kolei zaprosił mnie na przepiękną i pozornie sielską angielską prowincję. Murdoch otworzył miniony świat wiktoriańskiej Kanady. Każdy z nich zajmuje w moim sercu należne sobie miejsce :)

Z.: Przyznam, że ja bym wybrała Toma… :) A jak wyglądają Pani najbliższe plany? Nad czym Pani aktualnie pracuje?

A. S.-Ch.:  Ten rok zapowiada się sensacyjnie. W szerokim znaczeniu tego słowa. I tak to może zostawmy :)

Z.: Zatem… tego właśnie Pani życzę: sensacyjnego roku!!! :)



blog comments powered by Disqus