Wywiad z Jackiem Skowrońskim w związku z wydaniem książki "Był sobie złodziej"

Autor: Katarzyna 'Kiriana' Suś
Korekta: Bool
9 lipca 2009

Był sobie złodziejWłaśnie pojawiła się w księgarniach dość ciekawa pozycja – kryminał na całkiem dobrym poziomie, w dodatku polski, z akcją umieszczoną w naszych realiach. Dlatego też postanowiłam przybliżyć nieco osobę autora tej książki.

KS: Dlaczego akurat ze złodzieja uczyniłeś głównego bohatera?

JS: Interesowała mnie postać na tyle normalna, by czytelnik łatwo mógł się z nią identyfikować, a równocześnie na tyle niezwykła, by jej przeżycia odbiegały od tego, co przytrafia się nam na co dzień. Ludzie nie są idealni, każdy z nas jest potencjalnie zdolny do czynów skrajnych i szalonych, i na pewno choć raz w życiu pragnął popełnić przestępstwo, niekoniecznie małego kalibru. A przynajmniej zadawał sobie pytanie: jakie to uczucie? Znacznie częściej niż jesteśmy gotowi się do tego przyznać, mamy ochotę popełnić coś niezgodnego z prawem, kierując się jedynie własnym sumieniem i osobistym poczuciem sprawiedliwości. Mój bohater po prostu to robi. I nawet usprawiedliwia się w pewien sposób, który – coś mi się zdaje – świadomie lub nie, wielu praworządnych obywateli mogłoby powtórzyć bez drgnięcia powieki: „Każdy z nas kradnie (…) a sumienie pozostaje czyściutkie jak świeżo przedestylowany bimberek.”.

KS: Jak się czujesz jako debiutujący pisarz?

JS: Na pewno inaczej niż to sobie wyobrażałem. Książka nie wychodzi z dnia na dzień, proces wydawniczy jest długi, można oswoić się z myślą ujrzenia własnego nazwiska na okładce, a tym bardziej z docierającą powoli, acz nieuchronnie prawdą, że jest się jednym z wielu marzycieli, którym udało się czegoś dokonać i sporo wody upłynie, nim ktokolwiek rozpozna mnie na ulicy. Mam poczucie pewnej alienacji, ktoś wydał powieść, dzieje się wokół niego sporo rzeczy, często zaskakujących, ale całkiem fajnych (jak choćby ten wywiad), lecz czy aby naprawdę to wszystko dotyczy mnie?! Możliwe że się przyzwyczaję, choć nie jestem w tej chwili pewien, czy tego chcę. Było przedtem trochę zamieszczanych tu i ówdzie opowiadań, lecz powieść to jednak inny kaliber – daje się dostrzec subtelną różnicę między zafasowaniem w tyłek ze śrutówki, a strzałem z dubeltówki. To drugie bardziej zapada w pamięć, nie tylko strzelającego.

KS: Czym jest dla Ciebie pisanie?

JS: Kusi, żeby powiedzieć jak głębokie prawdy chciałbym przekazać, zmierzyć się z zagadkami bytu i sensu istnienia, poznać samego siebie, spenetrować nieodkryte zakątki duszy ludzkiej. Ale to tylko figury retoryczne, nie siada się do klawiatury, by epatować iluminacją genialnych przemyśleń, pojawiających się powiedzmy gdzieś między pierwszą kawą i czwartym papierosem. Za pisanie wziąłem się z czystego lenistwa, żeby robić to, co lubię i kiedy akurat mam ochotę, dostając jeszcze za to pieniądze. Tak naprawdę wszystko robimy dla przyjemności. W pisaniu przyjemne jest poddawanie się własnej wyobraźni przenoszącej w miejsca i sytuacje, jakich real coś nie chce fundować zbyt często. Przyjemna jest wiara w kreowane światy i własna w nich obecność, czasami tak realna, że trzeba świadomego wysiłku woli, by wrócić do rzeczywistości. A najprzyjemniejsza jest chwila, gdy któryś z czytelników szepnie: fajnie się czytało. Tylko tyle? Dla mnie to aż tyle!

KS: Masz jakieś kolejne plany wydawnicze?

JS: Następna książka jest już gotowa, ostatnie szlify i… zobaczymy. Utrzymana w klimatach, które − mam taką nadzieję − czytelnik zdążył polubić przy okazji lektury „Był sobie Złodziej”, choć w żadnym elemencie nie będzie to prosta kontynuacja. Jestem też mocno zaangażowany duszą, ciałem i piórem w powodzenie magazynu QFANT, który z każdym numerem plasuje się coraz wyżej w świadomości miłośników fantastyki i kryminału. Lubię krótkie formy, niestety opowiadań sensacyjno-kryminalnych praktycznie nie ma gdzie publikować i QFANT doskonale zapełnia tę lukę.

KS: Książka ma z reguły pozytywne opinie i została ciepło przyjęta przez czytelników. Czy w związku z tym uważasz to za ukoronowanie swojej pracy, czy raczej za kopa na zapęd?

JS: Nie pisałem jej z myślą, by koniecznie wydać, następnie umieścić w szklanej gablocie, najlepiej obok telewizora – żeby goście nie mieli szansy jej przeoczyć! – i do końca życia delektować się „sukcesem”. Jeśli, powtarzając za Lemem: „Pisarstwo to bieg na długi dystans”, mam za sobą pierwsze okrążenie stadionu. Nie odpadłem ze stawki, więc biegnę dalej. Reakcje czytelników są autentycznym dopingiem, ale i sporym obciążeniem. Pisarzowi wolno wszystko prócz spoczywania na laurach i przynudzania. Skoro udało się jedno przestępstwo, czas na kolejne!

KS: Jakie filmy cenisz? Lub też jacy pisarze wywarli na Ciebie wpływ?

JS: Mój gust jest dość pospolity i w głębokim poważaniu mam opinie znawców tudzież pojawiające się niekiedy sugestie, że pisarz musi być oblatany w jakimś kanonie. Ale skoro pytasz, jest okazja, bym sam sobie uświadomił, co tak naprawdę mnie ukształtowało. Spróbujmy więc, tylko wybacz pewien chaos, nie umiem inaczej. Z filmów uwielbiam „Koziołka Matołka”, „Hair”, „Stąd do wieczności”, „Włatcuw Móch”, „Trzech muszkieterów” z Rachel Welch, „Shreka”. Z pisarzy Dostojewski, Strugaccy i Bułyczow – czytani w oryginale; Niziurski, Chandler, Sienkiewicz, Hłasko, Himilsbach, Kasia Szewczyk, Chmielewska, Poe, Twain i wielu, wielu innych, których nie wymienię, gdyż nie chodzi tu o dokładność, ale raczej klimaty, w jakich gustuję. Nie wypada nie wspomnieć o Lemie, wprawdzie gdy sięgam po książkę, mało mnie obchodzi, co „wypada” czytać, ale jednak Lem to… Lem! Howgh.

KS: Konstrukcja fabuły i jest dość zawiła, a język niezwykle dokładny. Zatem czy długo tworzyłeś? Czy trudno było wymyślić taką właśnie treść, czy książka sama się pisała?

JS: Nie miałem gotowego planu ze szczegółowo rozpisanymi wątkami i charakterystyką postaci. Istniał jedynie główny bohater i sytuacja wyjściowa, w której go umieściłem. Znając własną wyobraźnię, byłem pewien, że bez mojej szczególnej ingerencji właduje się w kłopoty, jakich świat nie widział! W tym sensie książka pisała się sama. Akcja rozgrywa się w miejscach znanych mi z autopsji, nie wszystkie postacie są całkiem fikcyjne, choć wątpię, by ktoś pozwał mnie do sądu. Narracja pierwszoosobowa w pewien sposób narzuca styl pracy – starałem się być maksymalnie szczery w przekazywaniu emocji i zachowań. A że przy okazji całkiem nieźle się bawiłem, to już dodatkowy bonus za zmierzenie się z powieścią akcji.

KS: Jak się czujesz, widząc swoją książkę na półkach?

JS: Zastanawiam się czy ten gość z okładki to na pewno ja, czy to może jedynie przypadkowa zbieżność nazwisk.

KS: Kobiety w Twojej książce są wyraziste a jednocześnie w pewien sposób niepełne. Dlaczego?

JS: Bo nie znam kobiet, a może znam zbyt wiele. Mężczyzna nigdy nie potrafi dokładnie przewidzieć, jak kobieta zachowa się w określonej sytuacji; wbrew temu co się powszechnie sądzi, nie jest w stanie jej zdominować, a tym bardziej poprowadzić, dokąd zechce. Częściej jest odwrotnie, choć facet jest zwykle tego zupełnie nieświadomy. Pisząc, nie zastanawiałem się oczywiście nad „wypełnieniem” czy też dopełnieniem postaci kobiecych, pokazywałem je poprzez sytuacje i zachowanie. Mam wrażenie, że dzięki temu wyszły naturalniej – nieprzewidywalne, nieodgadnione do końca.

KS: Książka pisana jest w pierwszej osobie, dlaczego?

JS: Piszę to, co lubię czytać. W narracji pierwszoosobowej nie da się uniknąć osobistego podejścia, wyświetlania filmu z pozycji określonego narratora. Obraz taki bywa skrajnie subiektywny, lecz co z tego? Banałem byłoby stwierdzenie, że obiektywne spojrzenie na rzeczywistość po prostu nie istnieje. Wszechwiedzący trzecioosobowy narrator to nic innego, jak narrator pierwszoosobowy, który zmyśla trzy czwarte opowieści. Pisałem, przeżywając niejako wszystkie przygody bohatera, choć nie upieram się, że w realu postąpiłbym tak samo. Każdy, kto twierdzi, że doskonale wie, jak zachowałby się w określonej sytuacji, świadomie lub nieświadomie kłamie.

KS: Jakie jest Twoje hobby i dlaczego broń?

JS: Lubię broń palną na takiej samej zasadzie, jak lubię ładne zegarki, samochody terenowe czy znaleziony w lesie korzeń o ciekawym kształcie. Broń nie jest moim hobby, jedynie przyjemnym gadżetem, który biorę do ręki bardziej dla pobudzenia wyobraźni niż z jakichkolwiek innych powodów. Nie mam określonego hobby w sensie zbieractwa lub oddawania się jednej, określonej pasji. Wiele rzeczy mnie interesuje i sprawia przyjemność. Raz będzie to łażenie samotnie po pustej plaży, innym razem oczyszczenie i doprowadzenie do stanu pokazywalności znalezionego w lesie pistoletu z II wojny albo wypróbowanie przepisu na kiszone grzyby. No i wszystko staram się robić sam, dostaję wysypki i skrętu kiszek, gdy ktoś patrzy mi na ręce.

KS: Czy jesteś też militarystą? To troszkę dziwne, bo Twój bohater raczej jej unika.

JS: Ach nie, nie jestem militarystą ani pacyfistą. Broń traktuję zwyczajnie, jako jeszcze jedno narzędzie, które samo w sobie nie różni się niczym szczególnym od młotka lub poziomnicy. Broń sama nie zabija, ktoś pociąga za spust, często na czyjś rozkaz, będąc głęboko zmotywowanym lub dla przyjemności. Uważam, że świat byłby piękniejszy, gdyby nagle zniknęły wszelkie rodzaje broni. Co zresztą nie miałoby większego znaczenia, ludzie błyskawicznie przystąpiliby do odbudowy arsenałów.

KS: Dziękuję Ci uprzejmie za poświęcony czas i nie mogę wręcz doczekać się Twej kolejnej powieści

Był sobie złodziej

Autor: Jacek Skowroński
Wydawnictwo: Otwarte, Znak
Wydanie polskie: 6/2009
Liczba stron: 232
Format: 136 x 205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7515-077-3
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus