Wywiad z Łukaszem Orbitowskim

Autor: Bartosz Czartoryski
9 grudnia 2009

Bartosz Czartoryski: Spotykamy się na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału i od kryminału chciałbym zacząć. Czy ten gatunek literacki miał wpływ na kształtowanie Ciebie jako twórcy?

Łukasz Orbitowski Łukasz Orbitowski: Jest to kłopotliwe pytanie, gdyż spotykamy się na Festiwalu Kryminału, a kryminał inspirował mnie umiarkowanie. Przerobiłem klasykę, Christie, Doyle'a, czarny kryminał. Przejechałem przez rzeczy współczesne, jak powieści Krajewskiego czy też zachodnie pseudo-kryminały z wydawnictwa Albatros. Jeśli pytasz o inspirację kryminałem... w sumie mógłbym powiedzieć, że inspirował mnie on tak, jak samo życie. To, co mnie spotyka na co dzień, wszystkie wydarzenia, wszystkie przeczytane książki, mają wpływ na moją pracę. Zacząłem pisać, interesować się sztuką, kiedy miało miejsce pierwsze uderzenie kryminału polskiego i kierując się instynktem, pomyślałem, że jedyne co mogę zrobić, to być jak najdalej od tej konwencji. Gdybym zaczął wtedy zajmować się kryminałem, byłbym po prostu spóźniony. Pojawili się wcześniej ludzie, którzy tchnęli życie w ten gatunek. Ja, jako epigon, czułbym się w tym świecie nie na miejscu. Podsumowując, mogę powiedzieć, że czytam książki kryminalne i na tym się mój kontakt z gatunkiem się zamyka.

A ja myślę, że jednak nie do końca, bowiem przerzucasz zainteresowanie kryminałem na film. Nie owijając w bawełnę, chodzi mi o bliski Tobie nurt giallo, będący, mówiąc w uproszczeniu, swoistym miksem kryminału i horroru...

Pies i Klecha #1 - Przeciwko wszystkimDario Argento, który może nie tyle jest ojcem, co popularyzatorem giallo, powiedział kiedyś rzecz, która stawia go w opozycji do tego, co mówią twórcy kryminału. W kryminale kunsztowna forma służy temu, by czytelnik dotarł do rozwiązania zagadki, tymczasem Argento twierdzi, że dla niego nie jest ważna fabuła filmu, lecz sam klimat, atmosfera, kolorystyka. Jeśli spojrzymy na giallo pod kątem kryminalnej zagadki, to widzimy, że jak najbardziej ją mamy: ktoś zabija, trzeba tylko odkryć kto. Z reguły odpowiedź jest bardzo prosta. Giallo bierze funkcję kryminału i przerabia ją na estetykę. Jest to walor kina giallo: bierzemy film jednocześnie bardzo brutalny, a zarazem piękny wizualnie. Na przykład moje ulubione giallo, "Dom o śmiejących się oknach", urzeka urokiem prowincjonalności. Prowadzi to do tego, że w giallo znajdziesz zredukowaną strukturę kryminału, podporządkowaną estetyce. Giallo jest rodzajem kina, który nie może być powtórzony. Zastanawiam się, czy giallo można kręcić teraz, niby nie ma przeciwwskazań, scenariusz do takiej "Suspirii", która jest wspaniałym filmem, mogłoby napisać dziecko. Istnieją jednak jakieś pozaracjonalne powody, dla których giallo nie mogłoby się udać teraz. Nawet Argento nie zdołał wrócić do tej formuły, którą sam udoskonalił. Jego "Giallo" nie jest przecież najlepszy, aczkolwiek pojawia się próba nawiązań estetycznych do wcześniejszych filmów. Weźmy na przykład fakt, że morderca jest chory na żółtaczkę, stąd tytuł!

Kiedy wczoraj robiłem mały "risercz" do wywiadu, znalazłem Twoją wypowiedź, w której twierdzisz, że książka nie może straszyć, a film - jak najbardziej. Dalej tak sądzisz?

Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie światTak, ale... Niezręcznie się czuję, kiedy słyszę to, co kiedyś tam do mikrofonu wyjęczałem albo napisałem na blogu, bo rezerwuję sobie prawo do zmiany zdania. Nie jestem figurą artysty, którego wiedza jest niezmienna i który się tą wiedzą ze światem dzieli. Raz na jakiś czas coś powiem, a za dwa dni zmienię zdanie.
Mam po prostu takie przekonanie, a raczej doświadczenie. Oglądałem chyba z milion horrorów i wielokrotnie zdarzyło mi się podskoczyć w fotelu. Nigdy podczas czytania książki w fotelu nie podskoczyłem. Inne medium.

No tak, ale z drugiej strony, po takim podskoku w fotelu, sam się z siebie śmiejesz, a wrażenie po przeczytaniu książki zostaje z Tobą na długi czas.

Dlatego książka nie ma za zadanie "straszenia", lecz pozostawienie czytelnika z uczuciem niepokoju. Ma burzyć nasze przekonanie o bezpieczeństwie, o łagodności świata. Taką funkcję spełnia i "Smętarz dla zwierząt" Kinga i "Dziecię Boże" McCarthy'ego, które gatunkowo jest w gruncie rzeczy naturalistycznym horrorem. Literatura jednak pod pewnymi Tracę ciepłowzględami zawsze przegra z kinem, to znaczy: mamy scenę rozpruwania komuś brzucha, którą można w kinie pokazać bardzo sugestywnie, a jeśli to opiszesz w książce, zrobi to dużo mniejsze wrażenie. Natomiast trzeba ufać wyobraźni czytelnika i jego wrażliwości, a przede wszystkim zrozumieć, że kino jest szansą dla książek, jeśli zaczniemy ścigać się z filmowcami, przegramy. Jeśli jednak wkomponujemy się w to, co kino omija, możemy odnieść sukces.

Jako pisarz, możesz także łączyć jedno z drugim. Pracujesz przecież nad scenariuszami...

Tak, pracuję. Konkretnie robię na życzliwe zlecenie Tomka Bagińskiego, scenariusz do filmu "Hardkor 44". Jest to rzecz, którą zawsze chciałem robić. Pewnie nigdy nie odwrócę się od książek, ale w gruncie rzeczy czuję się opowiadaczem i piszę książki z tego względu, że jest to medium, do którego mogłem się dostać. Każdy może usiąść w domu i napisać książkę, nie każdy jednak może nakręcić film czy zrobić komiks. Musiałem niestety, a może stety, poczekać, zanim wziąłem się za inne media. Mam dużo marzeń, chciałbym zrobić słuchowisko, chciałbym zrobić scenariusz do komiksu, ale dużo przede mną. Jest w człowieku taka egotyczna potrzeba zmierzenia się z czymś, czego się jeszcze nie robiło. Chciałbym się przekonać, czy potrafię napisać scenariusz czy zrobić komiks. Różne rzeczy robiłem, scenariusze do "Brzyduli" nawet.

Mimo wszystko, kontakt z kinem masz cały czas, choćby na łamach "Nowej Fantastyki". Słyszę często opinie, że dzięki felietonom Orbitowskiego, wielu ludzi poznało filmy zapomniane, jak "Who Can Kill a Child" lub "Zemsta po latach".

Święty WrocławZ tą "NF" to dziwna sprawa, bo zacząłem swoje felietony zupełnie inną formą i poczułem dyskomfort. Jako dzieciak czytałem "Fantastykę", a tu bach - mam swoją rubrykę. Okazało się potem, że niezbyt sobie z nią radzę, z tego względu, że bardzo trudno jest pisać felietony bez żadnego powodu, bez reakcji na jakąś bieżącą sprawę. Auto przejedzie babę w czwartek, można napisać o tym w piątek. Jednak w "NF" starałem się wyczarować temat, który będzie aktualny i za miesiąc. Stało się tak szczęśliwie, że zwróciliśmy się ku formule filmowej. Do tej pory, do naszej rozmowy, nie wiedziałem, że dla niektórych jest to inny świat, że ludzie tych filmów nie znają. Czasem nie wiem o czym napisać, a czasem mam dziesięć pozycji do wyboru. Biorę też poprawkę na to, że "NF" może przeczytać ktoś, kto ma piętnaście lat i nigdy nie napisałbym felietonu o "Cannibal Holocaust". Miałem ogromne opory, żeby podjąć temat filmu "Kalwaria", jednego z tytułów najważniejszych dla mnie. Chciałem bardzo o tym napisać jednocześnie wiedząc, że mogą oglądać go tylko ludzie dojrzali. Jest to film, który stanowił dla mnie wtedy kompendium mojej sytuacji życiowej. Poruszył mnie ten chłód w relacjach międzyludzkich.
Może nie sprawiam wrażenia osoby krytycznej do samej siebie, ale myślę, że przez te wszystkie lata władowałem się w furę beznadziejnych projektów, napisałem felietony o błahej tematyce, ale nie mam wątpliwości, że to jest rzecz, która mi wyszła i wzbogaca to pismo.
Generalnie praca pisarza jest dziwna. Z jednej strony ludzie się na Ciebie dziwnie patrzą, chłop siedzi w domu, pije, żyje, a nie robi. Ale z drugiej strony, daje Ci szansę podzielenia się z ludźmi tym, co jest dla Ciebie ważne, ale w ten fajny, niezobowiązujący sposób. Te felietony są impresjami, nie są rzeczami filmoznawczymi, czasem piszę po omacku, na ślepo, czegoś mogę niewykumać. Mam wrażenie jakbym siedział w knajpie i mówił "hej, stary, widziałem fajny film". Cieszę się, że ta rubryka się kręci.

Horror showPrzeglądając materiały na Twój temat, często natykałem się na nazwisko King. Wciąż tylko Orbitowski, King, Orbitowski, King. No i gdzie ten King się u Ciebie plasuje?

Chodzi o dwie rzeczy, jak sądzę. Uprawiam literaturę, którą można zaszufladkować jako horror. Nie chce zabrzmieć jakoś arogancko, ale wydaje mi się, że moje książki jakoś tam się odznaczyły w Polsce, były komentowane, więc skoro chłop pisze horrory, nazwijmy go "polskim Kingiem". Różnice pomiędzy jego książkami a moimi wyrażają się w liczbach: nakładów, forsy na koncie, ekranizacji. W każdym razie wyobrażałem się gorsze skojarzenia, na przykład "polski Paolo Coelho" czy coś.
Mój prywatny stosunek do Kinga jest przedziwny, bo jest dla mnie średniej klasy pisarzem, który pisze książki dla młodzieży. Jednocześnie, on współtworzył moją wyobraźnię. Jak miałem dwanaście lat, zaczytywałem się w "Miasteczku Salem", "Lśnieniu", dlatego teraz też czytam każda nową książkę Kinga. Jest to człowiek, który mnie współtworzył. Nigdy się Kinga nie wyprę, choć jest dla mnie literacko nieatrakcyjny. Sięgam do niego z sentymentu i jego wszystkie wady widzę jak na dłoni. Jest to jednak jeden z pięciu najważniejszych pisarzy, jacy mi się w życiu trafili. Jakby na to nie patrzeć, zerżnąłem od Kinga jego metodę: operowanie obyczajowym detalem. To jest pomysł Kinga i to mu zawdzięczam.

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/lukasz_orbitowski/tancerzSkoro jesteśmy w temacie pisarzy, nie mogę sobie odmówić przyjemności zapytania o innego mistrza z naszych lat dziecięcych. Byłem na Twojej prelekcji na tegorocznych Dniach Fantastyki we Wrocławiu i zaciekawił mnie Twój ambiwalentny stosunek do Mastertona. Nie szczędziłeś mu gorzkich słów, a jednocześnie chciało Ci się poświęcić czas na przygotowanie wykładu.

Wiesz co, muszę przyznać, że żadna książka Kinga nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak "Wyklęty" Mastertona. Facet jest zjawiskiem paradoksalnie cudownym, jest gwiazdą u nas, a w swoim kraju jest to pisarzyna nieznany. Masterton w odróżnieniu od Kinga wydaje mi się autorem uczciwszym. Jeśli zwracam się w stronę książki gatunkowej, a nie niespodzianki, to chcę dostać opowieść o trupach, duchach, nawiedzonych domach. I mi to Masterton daje. Jest to oczywiście proste, czasem durne, ale zawsze klarowne. King za to jest ciężko chory jeśli nie dorzuci jakiś społecznych wątków, co mi nie przeszkadza, ale niekoniecznie interesuje. Dlatego najpierw sięgnę po Mastertona niż po Kinga. Z książkami Mastertona jest jednak problem następujący: one nie są mądre. Bardzo rzadko podkreślamy jednak to, że facet jest niezwykle sprawnym pisarzem pod względem warsztatowym. Stylistycznie jego książki są bezbłędne.

Gadamy jednak o Kingu, Mastertonie, a co z Łukaszem Orbitowskim? Czego możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

Księga Strachu #1 - Księga Strachu, tom 1Mam tego rodzaju problem, że coraz gorzej się odnajduję się w tempie, które narzuca literacki świat - książka co siedem miesięcy. Nie jestem w stanie tak pracować. Wszystkie moje rzeczy powstawały przez dwa, trzy lata i nie dlatego, że wolno piszę, lecz tak mi się udawało pisać. Podjąłem raz próbę napisania powieści ciurkiem, nazywała się "Ludzie jak motyle". Z ogromnym smutkiem muszę przyznać, że spieprzyłem i książka się nie ukaże. Moje plany wyglądają tak, że w lutym ukaże się nowa książka, dość dziwna, gdyż będą to wybrane opowiadania z antologii plus krótka powieść. Z tego względu, że wydawanie tylko tego, co już się ukazało, wydaje mi się nieuczciwe. Będą tam kawałki, które lubię, które zostały we mnie, które dobrze wspominam. Premierowa, krótka powieść, będzie opatrzona tytułem "Nadchodzi". Taki będzie też tytuł całej książki. W sumie dwa w jednym: powieść i opowiadania gratis, albo odwrotnie. Mam też swój wymarzony projekt książkowy pod tytułem "Widma". Kiedyś wymyśliłem sobie, że chcę napisać książkę o tym, jak kończy się miłość, jacy ludzie w naszej historii są przykładem takiego szaleńczego zakochania. Co jednak trzeba zrobić, by opisać na przykład dzieje Baczyńskiego, który zginął w powstaniu, a przecież by opisać miłość i jej koniec, musiałby dożyć do czterdziestki. Więc trzeba usunąć powstanie. I tak to się zaczęło nakręcać. Mam rozgrzebaną obszerną powieść o Warszawie lat pięćdziesiątych, w której powstania nie było. Z przyczyn magicznych, zostało zaklęte. No i jest tam ten Baczyński, który ma inny status niż obecnie. Po pierwsze - żyje; po drugie - nie jest wielkim poetą, w ramach odbioru go przez ludzi. Jakoś sobie tak funkcjonuje jako jeden z wielu ludzi, którzy sobie coś piszą. Jak wygląda ta cholerna Warszawa? Próbuję więc się z tym Krzysiem zmagać. A moje najdalsze plany? Jak już skończę te "Widma", które będą miały chyba osiemset stron, chciałbym walnąć krótki, brutalny, naturalistyczny horror.

No i standardowe pytanie kończące: jak oceniasz polską scenę grozy?

Entuzjastycznie! Zauważ, że większości nazwisk, które stoją w księgarniach, nie było pięć lat temu. Weźmy na przykład Palińskiego, moim zdaniem najdojrzalszego naszego pisarza grozy. Jest też mnóstwo antologii, innych nazwisk, które co i rusz się pojawiają na rynku. Z drugiej strony, przydarzyła się nam Polska Ludowa, na długi czas wykluczyła nas z obiegu kultury zachodniej i w konsekwencji polski pisarz uprawiający horror, czy w ogóle literaturę popularną, funkcjonuje w tym świecie, w którym Amerykanie byli w latach pięćdziesiątych. Jeśli weźmiesz polską literaturę fantastyczną, to się nagle okaże, że to nadal jest opowieść o wielkich robakach atakujących miasto, to jest nadal to, co było w USA lata temu. Wyzłośliwiam się, ale pamiętajmy, że w tych latach nakręcono w Stanach też "Noc myśliwego", działy się rzeczy wielkie. Mimo wszystko, jeśli chodzi o horror, czy w ogóle fantastykę, my nadal chodzimy po omacku, zachodnie wzorce przypłynęły do nas nagle i nie wiemy jak sobie radzić z tą formą sztuki.

Święty Wrocław

Autor: Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 3/2009
Liczba stron: 300
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-08-04306-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus