Wywiad z Łukaszem Śmiglem

Autor: Bartosz Czartoryski
19 października 2009

Bartek Czartoryski: Zacznijmy naszą rozmowę od tematu biężącego, czyli od "Lśnienia", magazynu, którego jesteś redaktorem naczelnym. King czy raczej Kubrick, co było bezpośrednią inspiracją dla tytułu?

Łukasz ŚmigielŁukasz Śmigiel: Obydwaj. Staramy się stworzyć pismo grozy z wyższej półki. Nie będzie to groza dla miłośników kina klasy B, choć i taka na naszych łamach będzie się pojawiała, ale przede wszystkim jest to "kultura grozy".

Czyli nie będzie to internetowy fanzin w papierowej formie?

Absolutnie nie. Teksty do pierwszego numeru, a także większość tekstów do numeru drugiego, piszą zawodowi dziennikarze, którzy poza oczywistym faktem, że grozą bardzo mocno się interesują, są spoza światka forów internetowych, co samo w sobie wzbudziło sporo emocje w internecie. Co więcej, jak tylko zaprosiłem ludzi do współpracy, moja skrzynka internetowa praktycznie nie istnieje. Codziennie dostaję tyle propozycji różnego rodzaju pomocy, że nie nadążam z odpowiadaniem. Oczywiście wszyscy fani grozy, którzy są przez cały czas blisko niej, są jak najbardziej zaproszeni do współpracy, lecz nadal będziemy upierać się przy tym, by w "Lśnieniu" było dużo dobrej publicystyki, by były teksty antropologiczne, artykuły bliższe poziomowi tygodnikowi "Polityka" (co być może strasznie zabrzmiało) niż tym, które zamieszczane są często w internecie.

Czy jednak nie boisz się tego, że podzielicie los "Czachopisma", które pomimo bardzo nierównego poziomu publikacji, było w gruncie rzeczy jedynym magazynem grozy na rynku, a jednak nie udało mu się długo na nim utrzymać. Sądzisz, że w Polsce jest popyt na magazyn grozy?

Tak, jest popyt na grozę. Jest to według mnie fenomen ostatnich lat, groza wyłazi z każdej strony. Stephen King powiedział kiedyś, że popularność grozy można porównać do sinusoidy: jak na świecie jest nieźle, a strach nie zagląda nam w gacie na ulicy, wtedy fikcyjna groza jest na topie. Lubimy interesować się rzeczami, o których na głos się nie mówi. Teraz jesteśmy w całkiem niezłym okresie, kryzys kryzysem, od czasu do czasu jacyś terroryści, ale generalnie nie jest źle, nie wisi w powietrzu trzecia wojna światowa. Dlatego sądzę, że jest to dobry czas dla grozy. Moje "Demony" bardzo zachęciły mnie do stworzenia "Lśnienia". Był to mój debiut, moja pierwsza książka. Pomimo tego, że promocja odegrała na pewno jakąs rolę w tym, że książka sprzedała się całkiem nieźle...

... i zebrała dobre recenzje.

Bardzo mnie to cieszy. Kilka tysięcy ludzi kupiło tę książkę i pewnie część nawet kojarzyła kim jestem, ale większość na pewno nie i zaryzykowali. Podobny eksperyment chcemy zrobić z "Lśnieniem", dlatego że grono odbiorców grozy może być o wiele bardziej szerokie niż grono odbiorców fantastyki jako takiej. To łatwo sprawdzić. Gdy rozmawiamy z przeciętnym odbiorcą kultury, pytamy "czytasz fantastykę?", słyszymy: "fantastykę? Hobbit, Tolkien? A fuj". Ale gdy zapytamy, czy był na ostatnim horrorze w kinie, usłyszymy "jasne, świetnie się bawiłem".

Mówisz jednak o przeciętnym odbiorcy kultury. Czy do niego będzie w takim razie adresowane "Lśnienie", magazyn wydawałoby się specjalistyczny? Powoływałeś się na antropologię, na tygodnik "Polityka". Sądzisz, że to zachęci okazjonalnego oglądacza "Piły"?

Staramy się znaleźć złoty środek. Chemy wyjść o wiele dalej niż "Czachopismo", które, co nie było złym pomysłem, zakładało niszowość, było skierowane do wąskiej grupy odbiorców. My chcemy, przynajmniej cześcią pisma, zachęcić większe grono odbiorców, takich którzy niekoniecznie muszą znać na pamięć wszystkie filmy Argento. Wydaje mi się, że źle odbierany jest termin "odbiorca kultury masowej". Słysząc takie określenie od raz staje nam przed oczami jakiś półgłowek. Jestem jednak daleki od takiego definiowania. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś wyłoży te dziesięć złotych na gazetę, to na pewno nie jest półgłówkiem. Daje te pieniądze za gazetę, do której nie jest dołączona torebka, koraliki czy inne pierdoły. On chce ją przeczytać.

Czytałem jednak, że i wy planujecie dorzucić co nieco do przyszłych numerów, konkretniej - filmy DVD. Macie już jakieś plany, możesz zdradzić tytuł lub dwa?

Jednym zdaniem wspomniałem kiedyś o insertach do magazynu i już wybuchają dyskusje co to będzie. Chodzi o to, że wymarzyliśmy sobie w redakcji, że do specjalnych numerów pisma będą dodawane inserty, między innymi filmy. Jednak nie jest to proste, gdyż koszt wydania jednego filmu jest po prostu niszczący dla pisma. Internet i ściąganie powodują, że dobra umowa z dystrybutorem jest nierzadko nieosiągalna i sam otwieram szeroko oczy ze zdziwienia rozmawiając z potencjalnymi partnerami. Niemniej jednak wydawcą naszego pisma jest firma mająca duże doświadczenie wydawnicze, także w sferze filmowej, korzystamy więc z ich wiedzy. Nawiązaliśmy kontakt przez studenckie Uni Radio, dałem im swoją książkę, spodobała się, zaczęliśmy gadać na temat magazynu grozy i zaczęło się. Od kilku miesięcy jestem zakopany w pracy. Wydawca pomaga nam zdobyć filmy, nie jestem jednak w stanie mówić o żadnych konkretnych tytułach, gdyż wszystko się dynamicznie zmienia i sam nie jestem pewien.

A co jest na samej górze Twojej prywatnej wishlisty, co Ty, jako hipotetyczny czytelnik "Lśnienia", chciałbyś zobaczyć?

Mi marzyłoby się piękne wydanie "W paszczy szaleństwa", niewydane nigdy w Polsce. Rozglądamy się za dobrymi horrorami z lat dziewiędziesiątych, które nie zostały wydane w kraju. Filmy filmami, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie z pierwszym numerem, na numer drugi szykujemy niespodziankę, nie będzie to film ani plastikowe zęby wampira, lecz coś naprawdę specjalnego.

Jeszcze jedno pytanie odnośnie "Lśnienia". Czy pojawiły się jakieś nowe, dziennikarskie talenty? Wiadomo jakiego poziomu możemy spodziewać się po opowiadaniu Kyrcza albo felietonie Orbitowskiego, a co z resztą?

Jestem zadwolony absolutnie ze wszystkich tekstów, które zostały napisane do pierwszego numeru. Zostałem zaskoczony pomysłowością redaktorów, poszukiwaniem nowego aspektu, nowej strony tematów uznanych za wyświechtane. Dobry dziennikarz nawet z oklepanego tematu zrobi coś fascynującego i my cały czas próbujemy tej sztuczki. Bierzemy taką "Piłę" i próbujemy ugryźć ją z kompletnie innej strony. To, co zaplanowałem nie wyszło całkowicie w pierwszym numerze, powstaje on trochę na wariackich papierach, dopiero przy drugim trochę zwolniliśmy i mamy czas na przemyślenia.

Przypomij nam jeszcze kiedy możemy spodziewać się pierwszego numeru "Lśnienia"?

Jeśli wszystkie terminy zostaną dotrzymane, zaraz po 15 października pismo trafi do sklepów. Drugi numer dwa miesiące później.

Skoro jesteśmy przy tematach bieżących, nie mogę odmówić sobie przyjemności zapytania Cię o powieść, nad którą obecnie pracujesz. Nie będzie to opowiadanie, nie będzie to skok w bok jak "Muzykologia", lecz rasowa powieść grozy. Uchylisz rąbka tajemnicy?

Oczywiście. Tytuł to "Decathexis"...

A nie "Cmentarzysko"?

Już tłumaczę. Po zakończeniu prac nad "Demonami" zacząłem pisać "Cmentarzysko", mroczny thriller, dziejący się we Wrocławiu, mam już nawet 80% tej książki, ale... w międzyczasie przyszła taka ilość przesympatycznych maili dotyczących opowiadania "Decathexis", że postanowiłem wyjść naprzeciw ludziom, którym spodobała się ta historia. Uwielbiam wymyślać nowe światy, co jest poniekąd winą mojego starszego rodzeństwa, które podsuwając mi tony książek mówiło "słuchaj młody, jak piszesz, wymyślaj całe światy, wtedy masz materiał na cykl, a na cyklach można zarobić". Nie wiem co prawda na czym można zarobić, ale w "Decathexis" wymyśliłem świat, w którym religią panującą jest śmierć. Jak to się stało? Siedząc pewnego ranka nad płatkami owsianymi i czytając kolejny zbiór Neila Gaimana, którego absolutnie uwielbiam, nagle wpadłem na pomysł, który urzeczywistniłem w "Decathexis". Tanatologia i tanatopraksja to moje hobby, o trupach opowiadam na konwentach, bo to po prostu lubię, być może z powodu, że boje się śmierci. Nie tyle swojej, ile swoich bliskich. "Decathexis jest wynikiem tej fascynacji, połączonej z moimi przemyśleniami na temat religii, mam dość skomplikowany stosunek do religii, co można będzie dostrzec w mojej książce. O dziwo, okazuje się, że będzie to książka o wiele bardziej rozrywkowa niż "Cmentarzysko".

Które już kompletnie porzuciłeś?

Nie, absolutnie nie. Czeka w szufladzie zamkniętej na klucz, aż skończę "Decathexis". Nie planowałem takiej kolejności, jednak pojawił się Grasshopper z konkretną propozycją wydawniczą.

Można nazwać "Dekathesis" duchowym przedłużeniem tego, czego mieliśmy próbkę w "Demonach"?

Jak najbardziej. Jest to książka dla miłośników makabry i opowieści z gatunku płaszcza i szpady. Powieść moja rozwija wątki z opowiadania, świat rozrósł się bardzo o konflikt religii z władzą świecką, ale nie będę zdradzał fabuły. Mam nawet już gotowy pomysł na kontynuację. Gdyby mnie wydawca nie trzymał w ryzach, "Decathexis" rozrosłoby się jeszcze bardziej.

Jeśli jesteśmy przy temacie Twoich pomysłów, z czego czerpiesz natchnienie? Trudno być jednoznacznie oryginalnym skoro za sobą mamy setki przeczytanych książek i wydaje się, że wszystko już gdzieś tam było, a jednak gdy kartkowałem "Demony" nie miałem wrażenia, że czytam kolejną zżynkę z Kinga czy Lovecrafta, lecz autorskie dzieło Łukasza Śmigla, być może konglomerat tego, z czym się zetknąłeś na swojej drodze czytelniczej, lecz niepozbawione autorskiego rysu.

W gruncie rzeczy jestem jak odkurzacz. Czytam mnóstwo książek, komiksów, oglądam filmy non stop i nie chcę uwalniać się od inspiracji. Jeśli widzę, że ktoś coś zrobił świetnie, przypatruję się tematowi i staram się nauczyć czegoś z tych historii. Zebrałem najwięcej batów za to, że osadziłem akcję "Demonów" w świecie trudnym do zlokalizowania na mapie, kręcono nosem, że rzecz nie dzieje się w Polsce, lecz ja nie potrafiłbym rzetelnie przedstawić takiego świata, wiąże on mi ręcę. Chciałem, by "Demony" były komiksowe, filmowe. Chciałem przedstawić coś, co ludzie już znają, lecz w zupełnie innym świetle, w inny sposób - idąc za radą starszego rodzeństwa. Na przykład weźmy serial "Czysta krew", on jest zrobiony według właśnie takiej formuły! W "Decathexis" jest podobnie, wziąłem płaszcz i szpadę, wziąłem Sherlocka Holmesa i wymieszałem z tanatologią i tanatopraksją, co chyba zagrało.

Wobec tego co mówisz, zastanawia mnie, czy uważasz się za część zjawiska zwanego "recyklingiem kultury"?

Cóż, ja bardzo lubię popkulturę. Dla mnie jeśli ktoś nie idzie bo kina na "Strażników", bo to na podstawie komiksu, jest ignorantem. Zdaje sobie sprawę z braków w moim klasycznym wykształceniu, zawsze czytałem więcej literatury popularnej, ale nadrabiam powoli.

Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś, że więcej prawdy życiowej znajdziemy w kryminale niż artykule w magazynie filozoficznym.

Dlatego w torbie mam "Księgę śmieci i żałoby" oraz zbiór kryminałów, nie można zamykać się na popkulturę.

Czyli zgodzisz się z Zygmuntem Kałużyńskim, który twierdził, że prawdziwy bywalec po seansie "Obywatela Kane'a" skręca za róg i idzie na "Gwiezdne Wojny"?

Jak najbardziej. Wydaje mi się, że w każdej mojej historii będę starał się mieszać jedno z drugim.

Gdzie w takim razie w tym wszystkim jest miejsce dla "Muzykologii"? Czy jest to wyraz fascynacji muzyką, skok w bok, czy dalej będziesz szedł i w tę stronę? Wspomniana książka traktuje o "relacjach męsko-damskich", więc w sumie też powiało grozą...

Jest to komedia obyczajowa, którą również lubię czytać. Nie jest to skok w bok, planów mam strasznie dużo, w Boże Narodzenie siadam do kolejnej powieśći obyczajowej, tym razem zabiorę się za świat akademicki, pracowników naukowych. Właściwie horror nie różni się wiele od literatury obyczajowej. I tu i tam trzeba przedstawić świat wiarygodny, by na końcu można było wrzucić coś totalnie niespodziewanego. W każdym gatunku literackim jeśli skrewimy opis świata przedstawionego, leży cała powieść.

Możemy spodziewać się po Łukaszu Śmiglu eksperymentów w różnych gatunkach?

Oczywiście. Mam już gotowy kolejny zbiór opowiadań, który czeka na poprawki, do których nie mam czasu się zabrać no i wracam do pracy nad "Cmentarzyskiem", które dzieje się w Polsce. Szczerze mówiąc, "Muzykologia" pozwoliła mi nauczyć się coś więcej o Polsce i tę wiedzę wykorzystałem w "Cmentarzysku". Musiałem wkręcić czytelnika w świat.

Z "Muzykologią" wiążę się jeszcze kwestia promocji książki. Twoje spotkanie autoskie we Wrocławiu było dość nietypowe, gdyż nie na każdym mamy okazję posłuchać muzyki na żywo. Kolejny krok w Twojej PR-owskiej ewolucji?

Tak, promocja książek to moja kolejna fascynacja. Wkurza mnie to jak to jest w Polsce robione, plakaty, spoty w radiu i sztywne spotkania z czytelnikami to nie jest to. Obowiązkiem pisarza jest dać odbiorcy maksymalnie wiele z siebie, moja praca nie kończy się na napisaniu książki. Traktuje siebie jak królika doświadczalnego, staram się przenieść sposoby promocji z krajów anglosaskich na nasz grunt.

Czyli chcesz czytelnika traktować serio?

Jak najbardziej serio. Nie chcę oczywiście wychodzić z reklamą typu "hej, jestem świetny, kup książkę". Chcę, by czytelnik przyszedł na moje spotkanie, posłuchał tego, co mam do powiedzenia i wtedy podjął decyzję czy chce spróbować mojej prozy.

Spotkałem się jednak z wieloma głosami, nie tyle anonimowych półgłówków z for internetowych, co ludzi z tak zwanej branży, że Śmigla wszędzie pełno, że aż strach otworzyć lodówkę. Jak się na to zapatrujesz?

Powiem tak. Robię swoje, jestem dziennikarzem i PR-owcem. Jeśli nie chcesz kupować mojej książki, nie kupuj. Robię w życiu wiele rzeczy, a to co lubię robić, sprawia mi to po prostu frajdę i dalej będę to robił. Jeśli ktoś ma argumenty, że przeszkadza mu to, co robię, a właściwie robimy, bo promocja książki to zasługa wielu osób, to proszę bardzo, niech je przedstawi.

Myślisz, że w Polsce jest miejsce dla nowych autorów?

Jest, oczywiście, że jest! Jak ktoś do mnie pisze maila, musi trochę poczekać aż przeczytam jego tekst, choć nie jestem wyznacznikiem niczego, jeszcze dużo muszę napisać, dużo pracy przede mną. Staram się napędzać ludzi pozytywną energią. Czemu mało publikuje się debiutantów? Bo ludzie boją się oceny, co widzę też po moich studentach. Mam nabitą salę i widzę, że 80% z tych ludzi dobrze pisze, więc pytam ich dlaczego Was nigdzie nie ma?! Faktycznie, rynek pracy dla autorów powieści obyczajowych nie istnieje, ale wejdźmy sobie w internet, szukajmy gdzie publikują teksty podobne do naszych i wysyłajmy ile wlezie!

Wydaje mi się, że nadal w Polsce popełniamy ten błąd i traktujemy media internetowe po macoszemu. Zresztą wiele osób piszących do takich mediów niestety również tak uważa i nawet do nas przychodzą różne koszmarki. Czy myślisz, że ta mentalność ma szansę się zmienić?

Pamiętajmy o tym, że nasze media internetowe są dość młode i jeszcze duża szansa przed nimi.

Muzykologia, czyli the best of... spraw damsko-męskich

Autor: Łukasz Śmigiel
Wydawnictwo: Grasshopper
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 5/2009
Liczba stron: 280
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788361725077
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus