Wywiad z Michałem Cetnarowskim

Autor: Bartosz Czartoryski
20 grudnia 2009

Bartosz Czartoryski: Kim właściwie jest Michał Cetnarowski? Pisarzem? Redaktorem? Publicystą? Wydawać by się mogło, że prawdziwy z Ciebie człowiek orkiestra. Kim więc Ty sam się czujesz?

Michał  Cetnarowski: Dzięki na wstępie za zaproszenie do rozmowy. A co do pytania… No, zaczynasz jak Pudzian na ringu… (śmiech) Ale spróbuję przynajmniej ustać pierwszą rundę.

A zatem – staram się patrzeć na te zajęcia, hm, holistycznie. To znaczy nie widzę – choć być może istnieją – sprzeczności między autorem a redaktorem, między redaktorem a dziennikarzem popularnonaukowym, między dziennikarzem a publicystą okołoliterackim. To są aktywności mające podobne źródła fascynacji, które nie tyle wykluczają się nawzajem, co raczej uzupełniają.

Czyli pisanie tekstów krytycznych pomaga w pracy redaktora. Zajęcia redaktorskie – zwłaszcza redakcja alfa, tj. rozmowy i wspólne zastanawianie się nie tyle nad „poprawnością językową”, co strukturą tekstu, rozkładaniem akcentów itp. – uczą inaczej patrzeć na samo pisanie. Lekcja beletrystyki, oprócz innych wartości, przygotowuje do pracy redaktora i jednocześnie pozwala spojrzeć z innej perspektywy na teksty recenzowane. Koło się domyka, poszczególne elementy puzzli wchodzą na swoje miejsce.

Tyle odpowiedź mglista. (śmiech)

Rozpatrywana chronologicznie, ścieżka przebiegała natomiast mniej więcej tak: najpierw autor opowiadań (a więc to byłaby „osobowość pierwotna”, nawet jeśli ilościowo nie byłoby tego widać), potem autor publicystyki i tekstów popularyzatorskich, następnie tłumacz i redaktor. Każde z owych zajęć niesie ze sobą dużą frajdę i stanowi wyzwanie.

BC: Długo publikowałeś w magazynach, dopiero od niecałych dwóch miesięcy możemy zmierzyć się z Twoim debiutem książkowym - "Labiryntami". Ciężko było znaleźć wydawnictwo, które chciało publikować pisarza, który "idzie pod prąd" i wymyka się klasyfikacjom gatunkowym?

MC: I tak, i nie. Swoją drogą, po tej pierwszej rundzie wcale nie jest lżej z kolejnymi pytaniami… (śmiech)

To znaczy, kiedy piszesz opowiadania, pierwszym krokiem jest zazwyczaj przebicie się nie tyle do dużego wydawnictwa, tylko do druku w „magazynach branżowych”. Tu sprawy układały się różnie, ale po jakimś czasie do moich tekstów przekonali się poszczególni redaktorzy – od Sławka Spasiewicza z Ubika, przez Roberta Zarębę z Magazynu Fantastycznego, Roberta Szmidta z SFFH, po Maćka Parowskiego z Nowej Fantastyki, a ostatnio także Rafała Dębskiego. A kiedy uzbierałem już tekstów tyle – także na komputerze, niepublikowanych – żeby można było myśleć o zbiorze, wtedy na swojej drodze spotkałem anioła i rzecz nabrała nowej dynamiki. Mówię oczywiście o Kasi Kosik z wydawnictwa Powergraph, a kto ma przyjemność znać ją osobiście, ten wie – w tym angelicznym porównaniu nie ma cienia przesady.

Kasię i Rafała  – też złotego człowieka, ale z porównaniami niebiańskimi tym razem bym nie ryzykował (śmiech) – świetnych wydawców i prawdziwych miłośników książek, udało mi się namówić na współpracę przy antologii „Nowe idzie”. Potem były kolejne wspólne przedsięwzięcia redaktorsko-wydawnicze – ostatnio „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera, „Zaksięgowani” Kuby Małeckiego i planowana na pierwszy kwartał 2010 roku „Eremanta” Joanny Skalskiej, tekst z pogranicza, wychodzący poza konwencje, bardzo fantastyczny, bo fantastyki nie sposób z niego usunąć, a jednocześnie bardzo subtelny w graniu na fantastycznej strunie. Pomiędzy nimi z niemałą nieśmiałością odważyłem się podesłać im swoje teksty. Spodobały się, z czego mogę się tylko niezmiernie cieszyć, no i tak doszło do upublicznienia „Labiryntów” w formie zwartej. No, to tak, w dużym skrócie (śmiech).

BC: Czytając opinie na temat Twoich opowiadań, często można spotkać się z uwagą, że są "nadzwyczajnie złożone", co można potraktować zarówno jako pochwałę, jak i naganę. Czy podczas pisania czujesz na ramieniu jakąś muzę, która krzyczy Ci do ucha: "Michale! Zakręć tutaj, zawiń tam!"?


MC: Co do pochwał i nagan czytelniczych, to oczywiście te pierwsze cieszą, te drugie już mniej – ale byłbym ostrożny w traktowaniu ich jako ostateczny wyznacznik. Pomijając bowiem i inne czynniki, jak wyciągnąć spójną średnią z rozbieżnych czytelniczych głosów? A potem, nawet gdy to się uda, jak z sukcesem nagiąć własne temperamenty i preferencje autorskie do takich oczekiwań? Przecież ze swojej głowy nie wyskoczysz. Dlatego, jakkolwiek to dziś, w epoce urynkowienia literatury, pogląd raczej nierozpowszechniony, najlepiej chyba mimo wszystko starać się wybierać swoje ścieżki i w ten sposób liczyć na przekonanie do „swojej drogi” czytelników. Proces przebiegałby tu odwrotnie – nie oczekiwania czytelników, wpływające na autora, tylko najpierw teksty, które przekonują (lub nie) do autora czytelników. Ameryki zresztą tutaj nie odkrywam.

Tyle teoria –  jeśli chodzi o praktykę, to nie zawsze jest tak prosto (śmiech). Z dyktatu popkultury i plagi skojarzeń i odwołań trudno się wyzwolić. Poszukiwanie oryginalności to dalej pozostaje przedsięwzięcie, na które nie wynaleziono prostego wzoru.

A co do samego pisania – to temat często wybiera autora, według słów Jacka Dukaja: „chwyta za gardło”. Takie teksty – pisane „z wewnętrznego przymusu”, nie chłodnej kalkulacji – być może to są w ogóle jedyne teksty, które naprawdę warto pisać (przynajmniej sub spectra aeternitatis, jeśli chodzi o względy pozafinansowe). Przy nich zresztą, być może, człowiek rzeczywiście tylko „współuczestniczy” w procesie pisania. To znaczy, kiedy skończy tekst, nie do końca rozpoznaje się w nim jako autor; jeśli tekst jest dobry – ma wrażenie, jakby napisał coś lepszego od siebie. To jest dziwne uczucie, ale i sam proces pisania ma w sobie coś szamańskiego – powtarzam tu spostrzeżenie, które padło kiedyś w rozmowie z Witem Szostakiem, o czym wspominam, żebym oddać autorstwo właściwemu inspiratorowi tej myśli. Chodzi nie tyle o sam długofalowy fakt „bycia pisarzem” – pisania jako „sposobu na życie” – co po prostu fizyczną czynność pisania: siedzenia przed komputerem, opijania się kolejnymi kubkami kawy czy herbaty, zajadania chipsów czy jabłek, czy czego tam jeszcze, i właśnie p i s a n i a, uderzania w klawisze, składania słów, wyszukiwania zdań, porządkowania myśli pod czaszką.

To z zewnątrz wygląda bardzo mało spektakularnie – ot, facet gryzie paznokieć  kciuka nad klawiaturą, stuka w burko znalezionym gdzieś przypadkowo spinaczem, siorbie z kamionkowego kubka, patrzy za okno, wstaje i drapie się po brzuchu, idzie zaparzyć herbatę, potem wraca, patrz się za okno, na fotelu przed biurkiem zsuwa kapcie z nóg, bo mu za gorąco, chciałby poczuć pod stopami chłodny lakier drewna, i znów zaczyna klepać w klawiaturę – na pewno nie tak, jak oddawanie moczu na płótno przez Jacksona Pollocka, który tworzył w ten sposób kolejny ze swoich obrazów, dziś chodzących za grube miliony. Ale mimo tego braku spektakularności – w tym właśnie momencie dzieje się coś istotnego, emergentnego.

Ale swoje przed monitorem i tak wysiedzieć trzeba (śmiech).

Autor zresztą to często zwierze ambiwalentne – czasem weltschmerz każe mu brać się za bary z tematem ponad niego, a czasem ma ochotę wskoczyć w coś lżejszego i mającego mniejszą gatunkową wagę; wbrew pozorom tu sprzeczności chyba nie ma.

BC: Dlaczego to właśnie "Labirynty" mają znaleźć się w tym roku pod choinką miłośników fantastyki? :-)


MC: Uuch, no toś mnie jednak znokautował…

Wprawdzie w pewnych kręgach chodzą słuchy – nie mam zielonego pojęcia, skąd mogą się brać i co je może powodować – jakobym miał inklinacje do nadmiernego gadulstwa. Rzecz jest z gruntu tajemnicza i niewyjaśniona – oczywiście wszystkiemu zaprzeczam i do niczego się nie przyznaję… Niemniej nawet gdyby przyjąć to z gruntu fantastyczne założenie, i gdybym rzeczywiście miał takie predyspozycje – to dalej nie mam pojęcia, jak należy odpowiedzieć na takie pytanie…

Po prostu jako autor nie bardzo potrafię czy nie chcę odnajdywać się także w roli „marketingowca od sprzedaży własnych książek”, promującego swój tekst w sposób inny niż na przykład rozmowa na spotkaniu autorskim, ogródkowopiwna dyskusja o różnych sposobach postrzegania literatury itp. Jeśli to kogoś przekona, to dobra nasza. Jeśli nie, cóż można poradzić?

Nie, żeby finansowa strona przedsięwzięcia była mi obojętna; co to, to nie. Ale jeśli ktoś będzie miał ochotę na lekturę książki, to powinna to być raczej jego suwerenna decyzja. Pisał o tym kiedyś Amos Oz – przyjęcie zaproszenia do lektury to jest rodzaj kontraktu, który zawiera autor z czytelnikiem i czytelnik z autorem. Umowa jest obustronna i powinna być dobrowolna: autor pisze najlepiej, jak umie i oferuje czytelnikowi najwięcej, ile może na daną chwilę; to znaczy traktuje czytelnika poważnie, jak osobę inteligentną i równą sobie. Czytelnik natomiast podchodzi do tekstu z „ostrożną sympatią” (dobrą wolą) i stara się przeczytać go do końca. To znaczy: nie czyta po to, żeby znaleźć w książce luki i odtańczyć taniec zwycięstwa nad truchłem autora, tylko zakłada pewną motywację, z którą autor siadał do tekstu – czy określoną myśl, którą próbował w nim zawrzeć i przekazać czytelnikowi – i próbuje ją odnaleźć. A jeśli nie odnajduje po pierwszym razie, to mimo wszystko szuka dalej, bo przyczyna niepełnego odczytania leży być może w nim, a nie w zewnętrznym tekście.

Dziś chyba coraz rzadziej czyta się literaturę – głównie popularną – w ten sposób, ale też być może i rzadziej się ją pisze tak, żeby umożliwiała podobne odczytanie. Być może „Labirynty” byłyby zatem skromną propozycją przypomnienia podobnego dobrego zwyczaju. Ale to by już trzeba sprawdzać samemu.

BC: W swoich opowiadaniach mieszasz style, konwencje. Istnieje jednak nurt, który inspiruje Cię najbardziej, bez którego nie wyobrażasz sobie swojej twórczości w takim kształcie, jak obecny?

MC: Hm, nurtu chyba takiego nie ma – chyba żebyśmy w kontekście literatury jako całości potraktowali tak właśnie „fantastykę”, i to raczej w szerokim rozumieniu, jako strategię autorską, a nie tylko „literaturę konwencji”.

 Łatwiej byłoby mi chyba wymienić poszczególne książki, które mnie w jakiś sposób formowały. Tu zresztą jakichś niespodzianek raczej nie ma – były okresy wzmożonego parcia „na Tolkiena” czy „na Dicka”, a spoza fantastyki – „na Chandlera” czy „na Hemingwaya” itp. Zresztą to przerabianie klasyki – i nie tylko – fantastycznej i pozafantastycznej wciąż, rzecz jasna, trwa.

Dla przykładu, żeby nie brnąć w teoretyzowanie – z fantastyki, obok świetnych wznowień Stanisława Lema, sięgam ostatnio np. po „Ucztę Wyobraźni”, wydawaną w Magu dzięki zaangażowaniu Andrzeja Miszkurki, którego fandom zdecydowanie powinien na tę okoliczność uhonorować jakimś wyróżnieniem. Świetna robota i redaktorski nos do tytułów. A spoza fantastyki – jestem wciąż pod wrażeniem np. Cormaca McCarthy’ego. Nie tylko z powodu jego nagłośnionej u nas „Drogi”, ale też wydanych wcześniej „Rączych koni” i absolutnie miażdżącej „Przeprawy”, do których ma wkrótce dojść „Krwawy południk”. Ale uwaga, to teksty, które mogą zaboleć. Literatura piękna najwyższej próby.

Czyli wciąż próbuję szukać ciekawych rzeczy na najróżniejszych księgarskich – zresztą nie tylko – półkach.

BC: Angażujesz się także w dyskusje na temat kondycji polskiej sceny literatury fantastycznej. Sądzisz, że daleko nam jeszcze do mitycznego "Zachodu", czy już mamy się czym pochwalić?

MC: Co do mityczności Zachodu, to z pewnością daleko nam do wysokości zaliczek, jakie tam można dostać za tekst (śmiech). Tu – co oczywiście smuci niepomiernie – do milionowych kwot dla Kinga czy Eriksona rzeczywiście nam brakuje. Niestety…

A co do samych tekstów? Zależy, kto czego szuka w fantastyce. Rynek książkowy – ilościowo – jest na Zachodzie zdominowany przez najoczywistsze realizacje konwencji: kolejne tomy znanych cykli, będący na wznoszącej fali popularności „romans paranormalny” a la Stephenie Meyer itp. Czystofantastyczne książki bardziej odważne, bardziej oryginalne, stanowią tam chyba nawet większy margines niż u nas. Przykładem perypetie Petera Wattsa i jego problemy z wydaniem „Ślepowidzenia”.

Natomiast wiele ciekawego dzieje się na pograniczu konwencji, tam, gdzie zacierają się jasne podziały literackie – stąd na przykład duża popularność Thomasa Pynchona, Michaela Chabona, „Drogi” zasadniczo niefantastycznego Cormaca McCarthy’ego, czy Philipa Rotha (alternatywny „Spisek przeciwko Ameryce”), które, jeśli wydane, nie przechodzą bez echa i w Polsce – choć to często margines w porównaniu z ich odbiorem za oceanem.

Zresztą u nas też są autorzy, także po stronie fantastyki (a może – zwłaszcza po jej stronie), którzy również próbują wychodzić z szufladek, rozciągać ciasne ramki konwencji. Takie są przecież nie tylko teksty Jacka Dukaja, ale też Anny Brzezińskiej i Grzegorza Wiśniewskiego, Wita Szostaka, Łukasza Orbitowskiego, Szczepana Twardocha, ostatnio Macieja Guzka, żeby wymienić tylko kilka nazwisk. Od strony głównego nurtu najwyraźniejszym przykładem podobnego przenikania byłaby twórczość Olgi Tokarczuk.

I ten wzmożony ruch na pograniczu w perspektywie długofalowej wydaje się procesem odświeżającym i budującym. Także dla „fantastyki konwencjonalnej”. Bo przecież nawet pisząc „czystą fantastykę” autorzy młodego pokolenia, tacy jak Cezary Zbierzchowski czy Kuba Nowak, próbują robić to na swój sposób. Nie tylko – czy niekoniecznie – w kontekście poruszanych tematów, ale choćby sposobu ich opisywania. Fantastyka – jak to miało miejsce w latach 60-70 XX w. na Zachodzie, w okresie Nowej Fali – znów, w poszczególnych realizacjach, staje się częścią literatury pięknej. Utwory z łatką „sf” być może coraz częściej nie są to tylko teksty idei (co niektórych może zresztą boleć) – tylko utwory, które coraz śmielej płyną na muzyce języka, oprócz fantastycznych gadżetów dbają także o wartości humanistyczne podobnej prozy: krój psychologiczny bohaterów, grę na emocjach, nieoczywistość fabularną akcji, pewną „prawdę”, o której autor próbuje pisać między słowami. Oczywiście nie zawsze dzieje się to w takim samym natężeniu i tak samo udanie. Podobne dążenia pozostaną też zapewne na marginesie fantastycznego mainstreamu. Ale już sam fakt ich pojawiania się wydaje mi się czymś wartościowym.

A przecież oprócz tego to są przede wszystkim także teksty „do czytania”, do partnerskiej gry w klasy z czytelnikiem. Zresztą w tę stronę, mam wrażenie, obraca się obecnie literackie koło czasu. Razem z J.M. Coetzeem i młodą Zadie Smith, z Eustachym Rylskim czy z Jackiem Dukajem, autorem w tym zestawieniu najbardziej „ponowoczesnym”, ale i wypełniającym z sukcesem lukę po zaginionych „wielkich narracjach”, na krawędzi której ukonstytuował się postmodernizm, przekraczamy chyba właśnie w próg kolejnego okresu literackiego. Sam proces dzieje się na naszych oczach i dlatego trudno go dostrzec, i jeszcze trudniej antycypować. Ale coś chyba jest na rzeczy. Oczywiście nie następuje dokładny powrót do XIX-wiecznego realizmu i Conradowskiego wymierzania sprawiedliwości światu, ale sama zabawa tekstem co poniektórym autorom przestaje najwidoczniej wystarczać. I to widać także u fantastów. Znów próbujemy powiedzieć coś naprawdę.

Labirynty

Autor: Michał Cetnarowski
Wydawnictwo: Powergraph
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2009
Seria wydawnicza: Fantastyka z plusem
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61187-13-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus