Wywiad z Mortem Castle

Autor: Robert Cichowlas
Tłumacz: Dorota Mańkowska
27 września 2008

O twórczości Morta Castle mówi się, że jest inspirująca, dojrzała, nietuzinkowa. On sam zaś uważany jest za klasyka gatunku, mentora, człowieka niezwykle oddanego pasji pisania. Urodzony w 1946 roku pracował w radiu, telewizji, a także jako nauczyciel i... hipnotyzer! Pierwszy tekst opublikował w wieku dziewiętnastu lat. W sumie stworzył kilka poczytnych powieści i grubo ponad trzysta pięćdziesiąt opowiadań. W Polsce spory sukces odniosła jego książka „Zagubione Dusze” wydana w 1992 roku przez Amber.

W chwili obecnej Mort Castle jest redaktorem pisma Doorway, a także wykładowcą na renomowanej uczelni w Chicago. Jak sam powtarza, pragnie inspirować młodych twórców, pomagać im odnaleźć się w literackim świecie.

Przy okazji publikacji tego wywiadu pragnę podkreślić, że Mort Castle to wyjątkowo optymistycznie nastawiony do świata twórca horroru, jeden z sympatyczniejszych i najbardziej gadatliwych pisarzy, z jakimi miałem przyjemność rozmawiać. Mam szczerą nadzieję, że lektura wywiadu będzie dla Was smacznym kąskiem...


Robert Cichowlas: Witam serdecznie. Bardzo się cieszę, że, z myślą o polskich czytelnikach, zgodziłeś się udzielić wywiadu. Polscy fani horroru znają cię głównie jako autora powieści grozy „Zagubione Dusze”, wydanej tu przez Amber siedemnaście lat temu, a także z licznych opowiadań, między innymi do antologii „Dziedzictwo Lovecrafta” – swego rodzaju hołdzie, złożonym samotnikowi z Providence. Wielu, zarówno czytelników jak i krytyków literackich, postrzega cię jako mentora, czy wręcz klasyka gatunku. Jak przyjmujesz tego typu określenia na swój temat?

Mort Castle: Cóż, czuję nieopisaną dumę kiedy dobiegają mnie słuchy, że jestem mentorem dla więcej niż kilku osób. Jakiś czas temu podczas rozmowy z Michaelem McBridem, świeżo upieczonym autorem opowiadań horroru, uświadomiłem sobie że pierwszy raz spotkaliśmy się jak miał on 13 lat. Tak się składa, że podpisywałem mu książkę „Zagubione Dusze”. Powiedział mi wtedy jakie jest jego największe marzenie i książkę zadedykowałem: OD JEDNEGO PISARZA DLA DRUGIEGO. I proszę!
Było wielu początkujących pisarzy, których natchnąłem ledwie jednym czy dwoma słowami rady. Staram się inspirować jak najwięcej osób na różne sposoby: ucząc w szkołach podstawowych i średnich, czasami wykładając jako profesor nadzwyczajny w Columbia College w Chicago. A czasami mniej oficjalnie, po prostu korespondując z ludźmi. Lubię uczyć. Byli w moim życiu tacy, którzy mnie nauczali i teraz ja przekazuję to dalej.
A teraz Robercie, co do tego mojego bycia klasykiem... Hehe, podobno rzeczy i ludzie stają się klasykami kiedy się starzeją. Cóż, wygląda na to, że podobnie jest ze mną! A na poważnie, lubię myśleć, że moja praca była dla kogoś ważna choć przez chwilę, że miała dla kogoś znaczenie, i że jeszcze większe będzie miała w przyszłości. Lubię tak myśleć, dlatego że moje powieści i opowiadania to coś więcej niż zwykłe „Hej! Nastraszyłem cię, nastraszyłem!”

RC: „Zagubione Dusze” to, jak dotąd jedyna wydana w Polsce, powieść twego autorstwa. Horrormaniacy bardzo ją chwalą, szczególnie za perfekcyjnie zbudowaną atmosferę grozy. Pamiętasz moment, w którym zdecydowałeś się napisać tę książkę?

MC: Dziękuję za ciepłe słowa na temat tej powieści. Bardzo bym chciał aby i inne moje książki zostały przełożone na język polski. Z „Zagubionymi Duszami” i ich publikacją w Polsce wiąże się pewna historia, którą chciałbym nieco przybliżyć:
Na przełomie lat 80-tych i 90-tych miałem agenta niemieckiego pochodzenia, który “opiekował” się moimi interesami w Europie. O tak, w istocie, opiekował! Niczym lis opiekuje się kurzym domem. Cóż, sprzedał książkę w Polsce, nie fatygując się by mnie o tym poinformować. Nie pofatygował się również, by przekazać mi za ten kontrakt jakiekolwiek pieniądze.
Prawdę mówiąc, dopiero jakoś w roku 1997 czy 1998 dowiedziałem się o tym, kiedy w Internecie przypadkiem znalazłem zdjęcie okładki książki, na której widniało moje nazwisko! „Co, do cholery!”, pomyślałem i poprosiłem mamę mojego bliskiego przyjaciela, który zna język polski (i który przyrządza wspaniałe pierogi!), o przetłumaczenie. No i wszystko się wyjaśniło...
W każdym razie, wszyscy czytający ten wywiad - polscy redaktorzy czy pracownicy wydawnictw! - Byłbym naprawdę bardzo szczęśliwy, gdyby kolejne moje książki ukazały się na polskim rynku! Jestem gotowy do współpracy!
Wracając do istoty twojego pytania (śmiech) - prawdę mówiąc, to nie bardzo mogę skojarzyć moment, kiedy idea książki „Zagubione Dusze” pojawiła się w mojej głowie. Od długiego już czasu studiowałem historię Egipcjan, ludzi którzy cierpieli przez wieki, zajmowałem się też ludźmi, którzy etnicznie czy religijnie juz nie są tak szeroko znani, a którzy również byli w jakiś sposób prześladowani czy uciemiężeni. Znam siebie i wiem, że idea ludzi, którzy próbowali coś zrobić dobrze, ale ponieśli porażkę, zawsze będzie dla mnie ideą prawdziwego horroru. Nikt nie zaczyna swojego życia od postanowienia - „któregoś dnia stanę się potworem i będę robił straszne rzeczy”. Mimo to niektórzy schodzą na złą drogę, czyż nie? Wszystkie te idee mieszają się ze sobą w „Zagubionych Duszach”.

RC: Niektórym ta powieść kojarzy się z „Egzorcystą” Blatty’ego. Inspirowałeś się tą pozycją?

MC: To prawda, „Egzorcysta” miał na mnie ogromny wpływ, ale dodać należy, że swego czasu ta powieść stanowiła inspirację dla wielu pisarzy horroru (i nie tylko horroru). Myślę jednak, że dla mnie bardziej inspirujący był film Vala Lewtona „Curse Of The Cat People””, z protagonistycznym dzieckiem i „sekretnym przyjacielem”, który był/nie był wyimaginowany.

RC: Dyskusję zaczęliśmy od powieści, choć akurat tych napisałeś stosunkowo niewiele. Przynajmniej w porównaniu do opowiadań, których masz na koncie kilkaset. To one przyniosły ci prawdziwą popularność i na ich tworzeniu jesteś najbardziej skoncentrowany. To przypadek, że akurat opowiadania stały się symbolem twórczości Morta Castle?

MC: Wydałem dotychczas siedem powieści, ale za pierwszymi czterema nie przepadam. Czasem zdarza się, że ktoś prosi mnie o podpisanie którejś z tych książek. Wtedy go przepraszam i mówię, że kiedy je pisałem byłem bardzo młodym ignorantem. Jeśli chodzi o opowiadania – uwielbiam je. Bardzo bym chciał, aby było możliwe zarabianie na życie tworzeniem krótkiej formy. Myślę, że opublikowałem 350 opowiadań, może więcej. Czytając krótką formę jesteś w stanie zapamiętać każdy ważny szczegół, nieistotne czy został poruszony na początku historyjki, gdzieś w środku czy na samym końcu. Z powieścią jest to raczej niewykonalne. Zawsze się o czymś zapomni. Uważam również, że poziom intensywności przeżyć i wrażeń, jakich dostarcza krótkie opowiadanie, jest dużo wyższy w porównaniu z tym, co oferuje rozbudowana narracja. Chociaż są tacy pisarze, jak Dan Simmons czy Stephen King, którzy sprawdzają się niezależnie od formy, jaką tworzą.

RC: Pierwsze opowiadanie opublikowałeś w wieku dwudziestu jeden lat. Pamiętasz ten tekst? O czym opowiadał?

MC: Właściwie to miałem zaledwie dziewiętnaście lat kiedy opublikowałem swój pierwszy akademicki artykulik i sprzedałem nowelę, ta jednak ukazała się dopiero półtora roku później. Artykuł zatytułowałem „The Kenotic Russian Mind” - bazował na twórczości Dostojewskiego. Nowelę zaś zatytułowałem „ESP Attack”. Było to szalone połączenie science-fiction, fantasy i erotyki. Tekst nie należał do zbyt błyskotliwych, ale zarobiłem na nim pierwsze pieniądze, co zmotywowało mnie do ciężkiej pisarskiej pracy.

RC: Długo musiałeś „dobijać się” do redakcyjnych wrót rozmaitych wydawnictw zanim twoje nazwisko stało się znane?

MC: Choć moje nazwisko rzeczywiście jest znane, nie uważam się za popularnego pisarza. Jestem bardzo szczęśliwy, ze posiadam fanów, którzy lubią czytać moje historie. Miałem wiele szczęścia w pisarskim światku. Kiedyś pisywałem nowele medyczne, które łatwością potem sprzedawałem. Prawdę mówiąc, kiedy miałem 22 lata, wydawca chciał, żebym pisał jedną nowelę miesięcznie. Nie przyjąłem tej propozycji, ale bardzo to podbudowało moje poczucie własnej wartości. Kiedy zdecydowałem się być kimś więcej niż kolejnym gazetowym nowelistą, pojawiły się schody. Wysyłałem sporo tekstów do rozmaitych wydawnictw, ale nie otrzymywałem odpowiedzi. To mnie irytowało, ale również dopingowało do tego by ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Nie chciałem należeć do tej kategorii pisarzy, o których nie pamiętasz już w kilka chwil po odłożeniu książki na półkę.

RC: Na co kładziesz największy nacisk pisząc opowiadanie? Na bohaterów, miejsce akcji, dialogi?

MC: Dla mnie najważniejszy jest pomysł, historia, bo to z dobrej historii zradzają się świetni bohaterowie. Wyobraźmy sobie taką zagmatwaną scenę: ktoś wsiada do windy, ojciec wysyła dziewczynkę do dziecięcego zoo, mężczyzna gra na saksofonie, samotnie stojąc na moście o trzeciej nad ranem. Scena z pozoru bez sensu, prawda? Ale wiele można z niej wyciągnąć dla siebie. Osobiście dążę do zrozumienia osoby lub ludzi uczestniczących w tej scenie. I dopiero kiedy ich poznam niemal tak dobrze jak znam samego siebie, wówczas pozwalam im na opowiedzenie swojej historii. Szukam odpowiednich słów, jakbym to ja, nie bohater, starał się podzielić z czytelnikami wrażeniami. Brzmi banalnie, ale to wcale nie takie proste.

RC: A czy lubisz mieszać horror z innymi gatunkami literackimi?

MC: Bardzo. Jeśli historia jest tylko horrorem, można spodziewać się potem opinii w stylu: „Okay, przestraszyłeś mnie, ale tylko na chwilę”. Ale jeśli jest czymś więcej, jeśli nie opiera się tylko na prostej fabule, jeśli pojawia się w niej inna niż horror konwencja, tekst staje się oryginalny, tym samym zakorzenia się w umysłach czytelników. Szczerze, to staram się pisać historie, które przetrwają. Zależy mi na tym, aby były one czytane i pamiętane na długo po tym, jak zniknę z tej planety (śmiech).

RC: Jesteś autorem książki Writing Horror: A Handbook By The Horror Writers Association, która uważana jest za jedną z ważniejszych pozycji dla początkujących pisarzy. To swego rodzaju poradnik dla, pragnących zaistnieć w literackim światku, twórców. Jako że pozycja nie została wydana w Polsce, chciałbym cię zapytać o receptę na zostanie dobrym pisarzem. Istnieje w ogóle coś takiego?

MC: Przy pisaniu tej książki, jak i jej kontynuacji, miałem przyjemność współpracować ze wspaniałymi pisarzami: Stephenem Kingiem, Carolem Oatsem, Jackiem Ketchumem, Robertem Weinbergiem i wieloma innymi. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie!
Recepta na zostanie dobrym pisarzem? Proszę bardzo: jeśli będziesz pracował ciężko, czytał szybko ale pisał spokojnie, możesz odnieść sukces i ujrzeć własne teksty na papierze. Możesz nie zbić fortuny, może nie powstać żaden film na kanwie twoich historii, ale będziesz miał świadomość, że masz czytelników, którzy dzielą z tobą twoją wizję i że poświęcili cząstkę siebie by przeczytać twoje książki. Nie ma lepszej nagrody i większego wyróżnienia.

RC: Nie tylko piszesz, ale i nauczasz pisania. Jesteś wykładowcą na wielu renomowanych uczelniach. Masz zatem styczność z młodymi, ambitnymi autorami. Bywa tak, że niektórym z nich udaje się w końcu przebić przez wydawnicze sito i zabłysnąć, na chwilę, bądź na dłużej?

MC: Robert, to wielka nagroda móc powiedzieć sobie - miałem swoją rolę w edukowaniu tego czy tego pisarza. Wspomniałem juz choćby o Michaelu McBridzie. Inni moi studenci, którzy mieli okazję zabłysnąć, to twórca tekstów piosenek – Andy Whitman, dalej Bayo Ojikutu, który zdążył zebrać juz liczne pochwały za swoje opowiadania „47th Street Black” oraz „Free Burning”; poeta i tłumacz Luis Valadez. Wielu młodszych pisarzy wspomniało o mnie w swoich książkach, a wśród nich autorzy horrorów tacy jak Gary Frank oraz Nick Kaufmann.

RC: Od niedawna jesteś również redaktorem pisma Doorway, poświęconego szeroko rozumianej grozie. Z tego co wiem, to nie jedyny magazyn, z którym współpracujesz i który współtworzysz. Powiedz mi, jak godzisz pisanie powieści i opowiadań z czasochłonną pracą jako redaktor i wykładowca?

MC: Nastał taki moment w moim życiu, kiedy to mogłem dokonać pewnego wyboru, sprawdzić się tu czy tam, zrobić coś zupełnie nowego. Praca w magazynie Doorway jest dla mnie pasjonująca. Jestem szczęśliwy, że mogę tam ofiarować cząstkę siebie. Wiesz, próbuję wciąż nowych rzeczy. Nigdy nie czuję zmęczenia, czy znudzenia. Uwielbiam to, co robię!

RC: Jest coś, czego szczególnie się boisz?

MC: Czy się czegoś boję? Wielu rzeczy! Choćby takich codziennych jak utrata kontroli nad swoim ciałem w wyniku jakiegoś wypadku czy choroby, utrata przyjaciół, rodziny, utrata pamięci i intelektu.

RC: Czytając twoją biografię, można dowiedzieć się, że pracowałeś jako hipnotyzer. Przyznam, że gdy dowiedziałem się o tym, na mej twarzy pojawiło się lekkie zdziwienie. Hipnotyzer? – byłem szczerze zahipnoty... pfu, zaintrygowany. Możesz mi opowiedzieć o tej robocie? Jak wtedy wyglądał twój dzień?

MC: Próbowałem swoich sił w wielu branżach: muzycznej, w kabarecie, trochę w radiu i telewizji. Rzeczywiście, byłem przez jakiś czas także hipnotyzerem. Zajmowałem się typowymi, wręcz rutynowymi w tej pracy, sprawami jak na przykład posthipnotyczna sugestia... wiesz, nie możesz oderwać stopy od podłogi, zakwaczesz za każdym razem gdy usłyszysz „Dzień dobry” (śmiech). Tak czy owak to pisanie opowiadań jest dla mnie najbardziej porywające!
(Być może będziesz zaskoczony, gdy dodam, że wielu pisarzy zajmuje się dodatkowo show-biznesem: J.N. Williamson był dość znanym wokalistą, Gary Braunbeck był aktorem, a wschodzący pisarz Marc Paoletti, pracował jako pirotechnik w produkcjach filmowych. Miał płacone za to, że wysadzał coś w powietrze! Nieźle, co?).

RC: Twoje utwory były wielokrotnie nominowane do prestiżowych nagród, min. Pulitzera, Bram Stoker Award czy The Emerson Fiction Award. Które z tych wyróżnień najbardziej zapadło ci w pamięci? Podczas którego czułeś największy dreszcz emocji?

MC: To prawda. Jestem szczęśliwy gdy ktokolwiek, jakkolwiek, gdziekolwiek uzna moją pracę za wartą opisania czy skomentowania. Nagrodę za którą jestem najbardziej wdzięczny i którą najmilej wspominam, otrzymałem od THE STAR, największej branżowej gazety w południowej części Chicago. W 2000 roku zostałem okrzyknięty jednym z 21 liderów wśród artystów regionu. Wśród wyróżnionych była także Koko Taylor, wspaniała bluesowa artystka, która napisała i nagrała „Wang Dang Doodle”, a także aktorka Etel Billi, która zagrała w świetnych filmach „The Dollmaker” i „Stolen Summer”.
Do Bram Stoker Award byłem nominowany sześciokrotnie. Niestety, nie otrzymałem jak dotąd ani jednej statuetki. A marzę o tym!

RC: Który ze współczesnych pisarzy horroru jest według ciebie frontmanem gatunku?

MC: Współczesnych? Cóż, nikt nie prześcignie Stephena Kinga. Żeby posiadać taki dorobek, w dodatku tak świetnej jakości... To niemal niemożliwe!
Dan Simmons napisał więcej niż kilka doskonałych książek. Jest genialnym pisarzem, dla wielu bezkonkurencyjnym.
„Księgi Krwi” Clive’a Barkera to mistrzostwo krótkiej formy.
Ponadto Joyce Carol Oates, Peter Straub, Jack Ketchum… Wydaje mi się, że ostatnimi czasy horror stał się niewiarygodnie modny, a tym samym popularny. To przez to, że jest naprawdę wielu pisarzy którzy umieszczają prawdziwą magię na kartach swoich książek.

RC: Czytając niektóre twoje opowiadania odnosi się wrażenie, że spory wpływ mieli i nadal mają na ciebie klasycy literatury grozy: E. A. Poe oraz H. P. Lovecraft. To prawda?

MC: Lovecraft i Poe, zdecydowanie! Był taki okres, że świadomie ich naśladowałem. Teraz mam z tego powodu poczucie winy. Wiesz, że zarabiałem pieniądze pisząc jak Poe (śmiech).
Oni obaj są bardzo ważni dla literatury, nie tylko dla literatury horroru, ale dla literatury w ogóle.

RC: Jaki rodzaj horroru jest ci najbliższy? Wolisz tworzyć, czy też wczytywać się w gore, historie z rodzaju ‘slasherowych’, a może preferujesz nieco mniej krwawą grozę, na przykład traktującą o nawiedzeniach czy opętaniach?

MC: Lubię wszystkie podgatunki pod warunkiem, że są dobrze napisane. Że potrafią powiedzieć coś o człowieku. Że traktują czytelnika z szacunkiem na jaki zasługuje. Nie znoszę historii, które powstają tylko po to, by komuś wywrócić w żołądku. Czytając coś takiego odnoszę wrażenie, że z każdym kolejnym akapitem staję się coraz głupszy i głupszy.
Hmm, kiedy tak się nad tym zastanawiam, wydaje mi się, że mój gust czytelniczy ewoluował przez ostatnie lata – w chwili obecnej pociągają mnie już nie tylko horrory, ale i thrillery, i powieści historyczne, i science-fiction i…

RC: Potrafiłbyś wyznaczyć dziesięciolecie, które twoim zdaniem okazało się przełomowe jeśli chodzi o rozkwit literatury horroru?

MC: Teraz jest naprawdę dobrze! Kiedy udałem się na Światową Konwencję Horroru, poznałem wielu młodych pisarzy, którzy tworzą ekscytujące i innowacyjne rzeczy! Są bardzo blisko stworzenia nowego standardu i nowego Złotego Wieku Horroru.

RC: Na koniec zapytam o twoje plany wydawnicze. Nad czym obecnie pracujesz i czy jest szansa, że polscy czytelnicy będą mogli wkrótce przeczytać twoją kolejną książkę?

MC: W chwili obecnej czekam na wieści od wydawcy w sprawie nowego zbioru opowiadań. No, nie całkiem nowego, bo znajdzie się w nim kilka tekstów z antologii „Moon On The Water”. Książka ma zostać zatytułowana „New Moon On The Water”. Mam nadzieję, ze projekt wypali!
Poza tym, pracuję nad dwiema nowelami, które wejdą do antologii „Imagined Hemingways”. Będzie można przeczytać kilka tych opowiadań w piśmie Doorways, na przykład „The doctor, The Kid, The Ghosts In The Lake”. Teksty nawiązują do osoby Ernesta Hemingwaya i jego dzieciństwa. Kilka z tych utworów będzie można przeczytać również na www.sniplits.com.
A potem, sam nie wiem. Mam plan, aby napisać dramat.
Nadejdzie też pewnie czas na stworzenie kolejnego opowiadania.
Jedno wiem na pewno, jestem ogromnie szczęśliwy, że moje książki są czytane w Polsce, jak również, że miałem możliwość porozmawiania z kimś, kto zna się na horrorze i dba o ten gatunek.
Dziękuję Ci bardzo, bardzo serdecznie!

Wrzesień 2007

Niniejszy wywiad został opublikowany pierwotnie w piątym numerze "Czachopisma".

Obcy

Autor: Mort Castle
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Wydawnictwo: Replika
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 9/2008
Liczba stron: 296
Format: 120x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60383-70-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus