Wywiad z Andrzejem Zimniakiem - "Retorta i pióro"

Autor: Karolina Gwarek
13 grudnia 2007

fotoKarolina Gwarek: Jest Pan naukowcem i pisarzem literatury SF – jaka jest Pana wizja przyszłości świata i ludzkości?
Andrzej Zimniak: Nie chadzam pod rękę z Kasandrą i nie lubię wieszczących mizantropów, czyli uważam, że przetrwamy jako cywilizacja technologiczna. Co oczywiście nie oznacza, że nie będzie wojen, epidemii, zmian klimatycznych i katastrof. Ale ludzie to wszystko wytrzymają, bo są bardzo odpornym gatunkiem.
KG: Czy Pana zdaniem przyszłość skuteczniej przewidują naukowcy, czy pisarze SF?
AZ: Przyszłości w ogóle nie da się przewidzieć, zwłaszcza w szczegółach, co najwyżej można wybierać między ogólnymi trendami, a nawet taka antycypacja często okazuje się nietrafna. Bierze się to stąd, że nauka przez cały czas produkuje nowe jakości, których wczorajsi prognostycy znać nie mogli. A więc siłą rzeczy przewidywania są liniowe, ekstrapolujące w przyszłość stan dzisiejszy, jedyny, jaki znamy. Kto w początkach 18. wieku przewidział energię jądrową? Z tego też okresu pochodzi pewna prognoza sporządzona w Londynie - przewidywano, że wkrótce życie w mieście stanie się niemożliwe, bo przy tak szybkim wzroście liczby powozów poziom końskich odchodów sięgnie dachów... Wracając do Pani pytania - wydaje mi się, że palmę pierwszeństwa jednak trzeba przyznać naukowcom, bo to właśnie oni tworzą nową rzeczywistość. Literaci natomiast rozbierają znaną rzeczywistość na fragmenty i powtórnie składają w nowy artystyczny witraż świata równoległego, a jeśli próbują prognozować, ich przewidywania niewiele mają wspólnego z tym co nas naprawdę czeka. Jednak zasługują na laury, jeśli uda im się pokazać w swoim dziele błysk geniuszu. Witraże bywają piękne!
KG: Co sądzi Pan (jako naukowiec – chemik) o roli chemii w dzisiejszym świecie, a także w przyszłości, za 100–200 lat?
AZ: Chemia jest jednym z filarów cywilizacji technologicznej, a bez technologii nie potrafimy już żyć. Chemia jest wszędzie: to leki, kosmetyki, środki higieny, tworzywa sztuczne, dodatki do żywności. Obecne trendy w badaniach chemicznych to aplikacyjność i biospecjalizacja. Prace obejmują niemal wyłącznie tematy dobrze rokujące w zakresie praktycznych zastosowań, zaś najlepiej wzorować się na procesach zachodzących w żywych organizmach. Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ enzymy sterują reakcjami w stosunkowo niskiej temperaturze, w wodnym środowisku i z dobrą wydajnością, nadto selektywnie i czysto. Przemysł chemiczny też ma być taki – wytwarzający mało odpadów i utylizujący je w obiegach zamkniętych. To oczywiście ideał, ale ku niemu dążymy i mamy niezłe wyniki.
KG: Jaka jest sytuacja chemii w Polsce? Czy mamy obecnie wybitnych chemików i ważne odkrycia w tej dziedzinie?
AZ: Oczywiście mamy, ale nie wymienię nikogo, bo inni poczują się urażeni. Sytuacja jest taka, jak w całej nauce – zależna od stale malejącego finansowania. Najlepiej mają się matematycy, bo im potrzeba tylko biblioteki, kartki, ołówka i dostępu do sieci, czasem do centrum obliczeniowego. Chemicy mają zdecydowanie gorzej, bo muszą mieć wyposażone laboratorium i nowoczesną aparaturą analityczną, a to kosztuje spore pieniądze.
KG: Co sądzi Pan o totalnej chemizacji naszego życia (chodzi np. o sztuczne związki, dodawane do żywności)? Czy nie uważa Pan, że wiele chorób powstaje z tego powodu?
AZ: Nie należy demonizować. W odpowiedzi na tego rodzaju pytania zwykle odwołuję się do stale wzrastającej długości życia, a także coraz wyższego jego poziomu – wszak krócej pracujemy w ciągu dnia, nie wykonujemy ciężkich prac fizycznych, zagrożeń jest mniej, nawet nie trujemy się jak niegdyś. Dawniej np. powszechne były zakażenia pokarmowe, dziś mamy w wodzie chlor. Coś za coś, ale całościowy bilans – jak wynika choćby z przeciętnej długości życia – jest dodatni. Oczywiście lepiej stosować mniej konserwantów, ale z drugiej strony nie można dopuścić do sytuacji, by ich miejsce znów zajęły pleśnie i zarazki. Za chemizację środowiska płacimy m.in. wzmożoną zachorowalnością na alergie, lecz należy także podkreślić, że równolegle rośnie wykrywalność schorzeń. Znajomy lekarz twierdzi, że niedługo nie będzie już zdrowych ludzi... Natomiast ogólna zwiększona zachorowalność wynika wprost z przedłużania życia. W podeszłym wieku podatność na choroby znacząco wzrasta lub dopiero pojawia się. Bezskutecznie gonimy idyllę, opiewaną w piosence: Wiecznie żyć i młodym być...
KG: W czym upatruje Pan ratunek przed nowotworami: w chemii czy w genetyce? Czy Pana opinia odnosi się również do innych chorób, trapiących ludzkość?
AZ: Na razie prym wiedzie chemia, choć w przypadku nowotworów wciąż najodpowiedniejsza wydaje się „maść żelazna”. W zwalczaniu chorób o etiologii bakteryjnej liderem pozostają antybiotyki – mocno krytykowane, ale wciąż niezastąpione. Przedwczesny odwrót od antybiotyków spowodował niedostateczną podaż nowych specyfików, na które bakterie nie wykazywałyby oporności. Takie jest moje zdanie – część środowiska związanego z farmacją go nie podziela. Sądzę jednak, że w przyszłości podstawową metodą staną się terapie genetyczne – na tym poziomie będzie można trwale modyfikować podatność na poszczególne schorzenia, co wcale nie oznacza, że choroby zostaną całkowicie wyeliminowane, zmieni się tylko prawdopodobieństwo zachorowania. Celowo piszę "zmieni", bo w jednym miejscu ujmiemy, a w innym dodamy. Majstrowanie przy genotypie może mieć daleko idące konsekwencje, bo nieraz jeden gen kontroluje kilka funkcji, albo jedna funkcja kontrolowana jest przez kilka genów, a więc efektów ewentualnych zmian nie jesteśmy w stanie w pełni przewidzieć.
KG: Czy przy pomocy chemii można wyjaśnić świat i człowieka?
AZ: Tak mi się wydawało, jak kiedyś wybierałem kierunek studiów, lecz teraz mam wrażenie, że jestem dalej od celu niż wówczas. W nauce uzyskanie jednej odpowiedzi generuje dziesięć nowych pytań i z tym trzeba się pogodzić. Tym niemniej cząstkowe procesy wokół siebie rozumiemy lepiej niż niegdyś w tym znaczeniu, że potrafimy je zgodnie z zasadą indukcji przewidywać i – częściowo – wykorzystywać lub naśladować po zmodyfikowaniu. To dużo, to tak dużo, że byliśmy w stanie zbudować cywilizację technologiczną.
KG: Co sprawiło, że chemik zajął się literaturą?
AZ: Na moim poziomie w nauce zajmuję się analizą, czyli opisywaniem cząstkowych obserwacji, natomiast w literaturze mogę spróbować syntezy, uogólnienia. To duża przyjemność, jeśli uda się tak skonstruować utwór, aby pobudzić czytelnika do refleksji, zastanowienia, przemyśleń. Bardziej bezpośrednim powodem zajmowania się pisarstwem jest odruch Pawłowa, czyli w tym przypadku potrzeba realizowania się przez pisanie, chęć zaczerniania kartek – nazywam to gadulstwem epistolarnym. Jeden lubi rysować, drugi rzeźbić, trzeci muzykować lub śpiewać, pisarz ma chęć pisać. Na obecnym etapie wiedzy trudno te fenomeny wyjaśnić inaczej niż pewną predyspozycją zakodowaną w genach i spełniającą się w taki właśnie sposób, a więc dziedziczną.
KG: Jest Pan w połowie naukowcem – chemikiem, w połowie humanistą. Skąd czerpie Pan inspirację?
AZ: Powiem szczerze: nie wiem. Jeśli koncepcja holistycznego funkcjonowania mózgu ludzkiego jest słuszna, siedzi we mnie hybryda trudna do rozszufladkowania. Pytanie o inspirację jest popularne, ale przez to wcale nie łatwiejsze. Dawniej wyjaśniałem, że czerpię z doświadczeń życiowych, lektur, podróży, daru kojarzenia, teraz wolę prostsze wytłumaczenie: to kosmici rzucają lancami iluminacji. Wszyscy opowiadają kawały, ale nigdy nie poznałem człowieka, który je wymyśla. Jak Einstein wpadł na pomysł teorii względności? Na Archimedesa spadło jabłko, ale przedtem musiała ściąć je właśnie taka lanca...
KG: Jest Pan autorem wielu dzieł literackich i naukowych – jak przebiega proces twórczy w przypadku jednych i drugich (np. czy pracuje Pan nad wieloma różnymi zagadnieniami jednocześnie)?
AZ: To ważna sprawa. Nie jest tak, że u mnie chemia konkuruje z literaturą i odwrotnie. Ścisłe wykształcenie i wiedza z dziedziny chemii pomagają mi w pracy literackiej. Światy, które kreuję, są – przynajmniej w to wierzę – wewnętrznie spójne, a zdarzenia wynikają logicznie z przyjętych założeń. Wydaje mi się, że pisanie fantastyki naukowej (podkreślam: naukowej, nie fantasy, horroru czy historii alternatywnej) łatwiej przychodzi autorom z wykształceniem ścisłym. A czy literatura wpływa na uprawianie nauki? W pewnym stopniu, jeśli rozbudza wyobraźnię. Natomiast świat naukowy nigdy nie myli mi się z literackim, mózg włącza zupełnie inne tryby pracy dla tych obu obszarów aktywności.
KG: Czy w licznych podróżach poszukuje Pan inspiracji, czy też są one raczej ucieczką od polskich realiów?
AZ: Podróżowanie określiłbym jako eksplorację nowych terenów, a kolumbowską potrzebę odkrywania każdy człowiek ma zakodowaną, w mniejszym lub większym stopniu. U mnie stacja i biegnące w dal szyny lub port z mrugającą na kei latarnią kojarzą się z bramami do odległych światów, które koniecznie trzeba zwiedzić. Czasem wrażenia z kolejnej wyprawy stanowią bezpośrednią inspirację pisarską, jednak częściej przekładają się na trudniejsze do zdefiniowania "doładowanie akumulatorów", polegające na pobudzeniu wyobraźni i jednocześnie uzupełnieniu wiedzy. Wyjazdów nie traktuję eskapistycznie, raczej oczekuję po nich możliwości kontaktu z egzotyczną przyrodą.
KG: Czy przełom roku ma dla Pana jakieś szczególne znaczenie, czy jest tylko kolejną kartką zerwaną z kalendarza?
AZ: Jeśli nastawię się na rozumowanie logiczne, przełom lat to tylko cyfra, przypisana do dość dowolnie wybranego etapu w ciągłym procesie astronomicznym. Ale gdy włączę myślenie retrospektywne, urasta do rangi symbolu przemijania, wykorzystania szans życiowych, wywołuje lawinę wspomnień i korowód postaci. Wtedy nie jest łatwo, więc zastanawiam się, czy jednak nie uznać wyższości świąt Wielkiej Nocy.
KG: Czy uchyli Pan rąbka tajemnicy co do swoich planów zawodowych i literackich?
AZ: Cenię sobie i lubię dydaktykę w wyższej uczelni i pracę naukową. Tematyka moich prac ogólnie dotyczy analiz struktury związków biologicznie czynnych metodami spektralnymi. W szczególności ostatnio w ramach współpracy zespołowej prowadziliśmy badania budowy nowych neurotransmiterów serotoniny (jak wiadomo, z poziomu serotoniny w mózgu wynika poziom komfortu psychicznego), a także organicznych soli amoniowych o działaniu bakteriobójczym wobec szczepów gronkowca złocistego opornych na antybiotyki.
O literaturze nie zapominam – w roku 2007 wydałem w Wydawnictwie Literackim powieść "Biały rój", opisującą świat przed zderzeniem Ziemi z rojem lodowych komet. Obecnie pracuję nad nową powieścią, w której próbuję pokazać koncepcję życia wiecznego, a więc jednak nawiązuję do słów wspomnianej piosenki o stale trwającej młodości. W tej opowieści o alternatywnej biologii ludzie uwalniają się od widma ostatecznego końca, ale płacą za to wysoką cenę. Dodam, że koncepcja jest spójna i maksymalnie "uprawdopodobniona" od strony naukowej – takie utwory najbardziej lubię i czytać, i pisać. Ponadto, działając na styku nauki i literatury, mam zamiar pozostać czynnym publicystą w zakresie tematyki popularnonaukowej i futurologicznej.
Na koniec chciałbym podkreślić, że ten wywiad stanowi odbicie moich osobistych poglądów i nie ma nic wspólnego z afiliacją w Akademii Medycznej.

Warszawa, 3 grudnia 2007



blog comments powered by Disqus