Wywiad z Charlesem Yu

Autor: Nowa Fantastyka
19 sierpnia 2011

Marcin Zwierzchowski: Główny bohater „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” nazywa się Charles Yu. Co, poza imieniem i nazwiskiem, ma wspólnego z prawdziwym Charlesem Yu?

Charles Yu: Cóż, mój ojciec jest inżynierem, posiada ogromną wiedzę z zakresu matematyki i fizyki, w związku z czym zaczął wprowadzać mnie w ich tajniki w bardzo młodym wieku. Posiadam wiele wspomnień z przebywania z nim w biurze w naszym domu, ale także w garażu – stałem obok, podczas gdy on starał się rozwikłać kolejne problemy. Nigdy jednak nie zdołał zbudować wehikułu czasu. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.

Więc to nie autobiografia. A czy określiłbyś swoją powieść mianem hard SF?

„Jak przeżyć…” to raczej miękkie SF, z odrobiną twardszych kawałków. Owe kawałki wydają się twarde, ale gdy się w nie wgryziesz, dojdziesz do wniosku, że to tylko amalgamat technicznego języka, jakim napisana jest powieść. Niektóre z wątków, sprawiające wrażenie zawiłych, są bardzo przejrzyste pod względem emocji. Tym właśnie jest moja powieść: pod cienką powłoką fantastyki naukowej kryje się mieszanina psychologicznej fikcji, ze wspomnieniami, nostalgią i odrobiną skruchy.

Z punktu widzenia czytelnika owa cienka powłoka sprawia wrażenie całkiem solidnej. Przygotowywałeś się do pisania o podróżach w czasie od strony naukowej?

No dobrze, może to nie do końca tak z tą powłoką. Powinienem powiedzieć, że najbardziej zewnętrzna warstwa powieści może wydawać się na pierwszy rzut oka bardzo naukowa, na co składa się techniczny język – matematyka, fizyka itp. Ale jeśli przyjrzeć się dokładnie, historia składa się wielu warstw. Mimo to, masz rację – warstwa naukowa jest pokaźna. Trochę się do tego przygotowałem, ale mam tu na myśli czytanie tego, co i tak mnie od zawsze interesowało. Nie wyszukiwałem naukowych ciekawostek, które mógłbym później poupychać w powieści. Gdy piszę, koncepty, na które kiedyś się natknąłem, same wypływają na powierzchnię, a wtedy kombinuję, jak je wykorzystać. Drążę temat, by móc podkraść terminy i/lub pomysły, które mi się podobają. Nie ma to być prawdziwa nauka, ani nawet amatorska. Owe koncepty i sformułowania, z zakresu neurologii czy mechaniki kwantowej, przyciągają mnie ze względu na język. Interesuje mnie, jak specyficzna terminologia rezonuje, gdy ów żargon przenieść do innego kontekstu. Uwielbiam język jako motor historii, którą chcę opowiedzieć.
Tak więc, interesuje mnie nie tyle konstruowanie dopracowanego naukowo świata, co świata spójnego emocjonalnie, takiego, w którym mogę wykorzystywać konwencję SF do opowiadania bardziej kameralnych, osobistych, rodzinnych historii.

Jak praca nad debiutancką powieścią różniła się od pisania opowiadań?

ChY: To „oczywista oczywistość”, ale powieść to coś zupełnie innego niż dwustu- czy trzystustronicowe opowiadanie. Chyba od początku podświadomie zdawałem sobie z tego sprawę, nie próbowałem więc napisać opowiadania i rozciągnąć go do mikropowieści, a następnie do powieści. Wiedziałem, że to zupełnie inna skala. Ale na tym moja wiedza się wyczerpywała. Był taki moment, gdzieś na początku procesu twórczego, gdy miałem sporo pomysłów – ze dwa tuziny konceptów – tysiąc słów, fragmenty, szkice i kilka osobnych rozdziałów, i próbowałem wykombinować, jak to wszystko połączyć. Wtedy uderzyło mnie, że nie mam pojęcia, czym tak naprawdę jest powieść. Co sprawia, że powieść jest powieścią? Jak inni to robili? Był to bardzo pouczające, nauczyło mnie także pokory – wracałem do moich ulubionych powieści, ale nie czytałem ich tak, jak kiedyś. Próbowałem podejrzeć, jak były skonstruowane, rozebrać je na części i odtworzyć proces twórczy. Szczególną uwagę zwracałem na pierwsze rozdziały. To było dla mnie niesamowite doświadczenie – przekonać się, jak świetnie pisarze sobie z tym radzili, jak szybko, z jaką pewnością, jak niepostrzeżenie wykształcali własny język, głos, który nie tyle wprowadzał nas w świat powieści, ale pod wieloma względami tworzył ten świat.

Czy różnice były jednak tak znaczące? „Jak przeżyć...” nie jest grubym tomiszczem.

To stosunkowo krótka powieść i wiele osób twierdzi, że jest nieskomplikowana fabularnie, z czym się zgadzam. To zwarta i raczej prosta historia. Wiele osób uważa jednak, że to opowiadanie czy mikropowieść, którą rozciągnąłem do rozmiarów powieści, z czym stanowczo się nie zgadzam. „Jak przeżyć…” zdecydowanie jest powieścią. Ta forma jest wbudowana w strukturę – historia stara się być kilkoma rzeczami, ale przede wszystkim jest badaniem aspektów formy powieściowej. Ta powieść jest wehikułem czasu. Wykształcenie stylu narracji i świata zajęło mi 50 do 70 stron i często zdaje się mieć (i ma) charakter dygresji. Potrzebowałem 15 000 słów by zbudować TM-31 i Mniejszy Wszechświat 31. W pierwszej części buduję nastrój. To pierwsza różnica między powieścią a opowiadaniem – powieść można podzielić na różne części. Czasami mogą one być do pewnego stopnia samodzielne, niepowiązane ściśle z resztą. Niekiedy dana część powieści może pełnić określoną funkcję, jak np. wprowadzenie do kolejnej części, a mimo to nie być niezbędną dla całej historii. Nie sądzę aby było to możliwe w przypadku opowiadania. Nie chodzi tylko o długość – dobre opowiadanie nie powinno zawierać zbędnych fragmentów, z których można by zrezygnować.
Tego nauczyłem się podczas prac nad „Jak przeżyć…”. Niestety dla mnie, każda powieść tak bardzo różni się od innych, że teraz, gdy pracuję nad kolejną, okazuje się, że wszystko, co przeszedłem przy debiucie, stanowiło jedynie trening przed pisaniem drugiej książki.

Dziękuję za rozmowę.

Nowa Fantastyka - 347 - (8/2011)

Redaktor naczelny: Jakub Winiarski
Wydawnictwo: Prószyński Media
Tytuł: Nowa Fantastyka
Data wydania: 8/2011
Liczba stron: 80
Format: A4
Papier: offsetowy
Druk: cz.-b. + kolor
Cena z okładki: 9,99 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus