Wywiad z Katarzyną Gacek

Autor: Zunia
29 lipca 2010

Zunia: Jak się zaczęła Pani przygoda z pisaniem?

Katarzyna Gacek: Tak naprawdę przez przypadek. Mój ojciec wydawał lokalną gazetę i szukał kogoś, kto poprowadzi rubrykę „Babski kącik”. Padło na mnie. Napisałam nieśmiało jeden felieton, potem drugi, i okazało się, że całkiem mi nieźle taka krótka, zwięzła forma wychodzi. Na tyle dobrze, że kiedy rozesłałam moje próby do kilku kolorowych pism, z marszu wzięła je „Pani domu”, i następnie przez trzy lata pisałam tam cotygodniowy felieton na trzecią stronę. W tym czasie Agnieszka Szczepańska, z którą znałam się już wtedy od dziesięciu lat, wróciła z długiego pobytu za granicą i zaproponowała, żebyśmy spróbowały napisać coś wspólnie. Miałam na początku mnóstwo wątpliwości (uważałam na przykład, że nie jestem w stanie napisać dialogu), ale ponieważ Agnieszka pałała entuzjazmem do projektu, zgodziłam się. Usiadłyśmy do pisania książki, traktując to raczej jako zabawę niż pracę. Spotykałyśmy się w kawiarniach, śmiałyśmy do rozpuku, i nawet się nie obejrzałyśmy, jak powstał „Zabójczy spadek uczuć”.

Z: A kiedy pisze Pani sama? Czy to również jest dla Pani zabawą i sprawia tak wielką przyjemność?

KT: Zabawą była, niestety, tylko praca przy pierwszej książce, kiedy robiłyśmy to na luzie i bez pośpiechu. Potem pojawiły się terminy, wymagania, oczekiwania. Bardzo szybko się okazało, że pisanie to jest po prostu ciężka praca. A w moim wypadku – wręcz katorżnicza. I to niezależnie od tego, czy piszę sama, czy z Agnieszką, bo wymyślanie historii to jedno, a fizyczne przelewanie jej na papier, czy raczej do komputera, to drugie.
Stereotyp pisarza, który zamyka się w swoim gabinecie na całe dnie, odcinając się od świata, bo TWORZY, jest jak najbardziej uzasadniony. Żeby napisać książkę, scenariusz, opowiadanie, trzeba wejść w inny świat, zamieszkać w nim. Dopiero wtedy to, co stworzymy, będzie wiarygodne, ciekawe, wciągające dla czytelnika. Pisanie wymaga skupienia i koncentracji. Niestety, oba te elementy w domu, w którym jest troje dzieci, dwa psy i dwa koty, są towarem deficytowym. Mój dzień pracy wygląda następująco: wstaję o świcie, wysyłam do szkoły najstarsze dziecko, potem przez godzinę piszę, potem budzę resztę towarzystwa, ogarniam, odwożę do szkoły i przedszkola, wracam, wykonuję szereg banalnych czynności, bez których dom nie mógłby funkcjonować, począwszy od wstawienia prania, na ugotowaniu obiadu kończąc, karmię zwierzyniec i siadam do laptopa. W dobre dni na pięć godzin, w gorsze – na dwie, trzy, zależy, o której godzinie dzieci wracają ze szkoły, ponieważ w tym momencie praca twórcza się kończy – nie napiszę ani słowa, kiedy ktoś się kręci po domu. Kolejne kilka godzin wydaję posiłki, sprzątam, prasuję, jeżdżę z najmłodszym dzieckiem na rowerze albo idę z nim na plac zabaw, odganiam starsze od komputera, a zaganiam do nauki… i tak do wieczora, kiedy pięciolatka ląduje w łóżku, a ja – znowu przy laptopie, przy którym siedzę do późnych godzin nocnych. Te okoliczności sprawiają, że pisanie z rozrywką i przyjemnością niewiele ma wspólnego, i czasami się zastanawiam, jakim cudem udaje mi się wyprodukować dwie książki i kilka scenariuszy rocznie.
Zadowolenie pojawia się dopiero, kiedy coś kończę. Tak, wtedy jest i poczucie ulgi, że znowu, jakimś cudem, udało się coś zrobić, i satysfakcja, że fajnie wyszło – bo właściwie zawsze fajnie wychodzi. I dla tego momentu warto się trochę pomęczyć.

Z: A propos projektów skończonych… skąd pomysł na opowiadanie „Zbrodnia w bibliotece”?

KT: Autorem pomysłu na opowiadanie jest Jola Świetlikowska, czyli wydawca tomu „Mogliby wreszcie kogoś zabić”. Kiedy zaproponowała mi udział w tym przedsięwzięciu, uprzedziła, że wszyscy autorzy mają wypełnić jeden warunek – zbrodnię zlokalizować w bibliotece. Było to żartobliwe nawiązanie do „Zbrodni w bibliotece”, czyli świetnej strony internetowej o kryminałach, którą Jola wraz z mężem prowadzą. Ja jestem bardzo posłuszny człowiek, więc grzecznie tak zrobiłam. A ponieważ jedyną biblioteką, z jaką ostatnio miałam do czynienia, jest szkolna biblioteka moich dzieci, akcję umieściłam właśnie tam. I dopiero kiedy dostałam do ręki wydrukowaną książkę, przekonałam się, że biblioteka w żadnym innym opowiadaniu nie występuje, co mojemu niewątpliwie dodało oryginalności.

Z: To prawda! Bardzo oryginalna wydała mi się w Pani opowiadaniu relacja łącząca prowadzącego śledztwo policjanta z kobietą, która znajduje ciało: są małżeństwem. Oboje są zresztą głównymi postaciami Pani opowiadania. Zatem… co powinno cechować idealnego bohatera literatury kryminalnej?

KT: Małżeństwo wyszło zupełnie przypadkiem. Początkowo te dwie postaci miały być sobie zupełnie obce. Ale kiedy policjant wszedł do pokoju i zadał pytanie: Kto znalazł zwłoki?, pomyślałam, że fajnie by było czymś zaskoczyć czytelnika. Bo ja bardzo lubię zaskakiwać. Mam taki trochę filmowy sposób pisania – piszę scenami, krótkimi fragmentami, które zawsze staram się jakoś sprytnie zamknąć, spuentować. Tekst w ten sposób zyskuje dodatkową dynamikę, niezależną od akcji. Jak widać, bohaterowie czasami też na tym zyskują, choć zapewne również czasami tracą.
Jeśli chodzi o cechy idealnego bohatera literatury kryminalnej, myślę, że są podobne do cech idealnego bohatera każdej innej literatury. Jeżeli postać jest wyrazista, mięsista, ciekawa po prostu, zawsze będzie się o niej dobrze czytać. Mdli bohaterowie nie wciągają, to zasada uniwersalna. Jedyne dodatkowe wymagania, które stawia przed pisarzem kryminał, to uzbrojenie wiodącej postaci książki, którą zazwyczaj jest detektyw, policjant lub inna osoba prowadząca śledztwo, w umiejętność logicznego myślenia. Bez tego bohater nie pociągnie nam historii, nie odgadnie zagadki, nie złapie mordercy, a przecież o to głównie w kryminale chodzi.
Proszę zresztą zwrócić uwagę, że literatura kryminalna opiera się na seriach. A dzieje się tak dlatego, że kiedy pisarzowi uda się stworzyć naprawdę fajną postać, używa jej później wiele razy w kolejnych książkach, dając jej do rozwiązania coraz to nowe zagadki i licząc, że skoro czytelnicy ją polubili, będą z zainteresowaniem śledzić jej dalsze losy.   

Z: Jaka jest Pani zdaniem przyczyna tak dużej popularności literatury kryminalnej?

KT: To pytanie należałoby skierować do Mariusza Czubaja, który o literaturze kryminalnej wie wszystko. Ja odpowiedzieć na nie naukowo nie potrafię, spróbuję może intuicyjnie… Kryminał jest dla czytelnika wyzwaniem. Stworzyłem zagadkę, mówi autor, a ty teraz rusz głową, żeby ją rozwiązać. Idź po śladach, może ci się uda… Pisarz rzuca rękawicę, czytelnik ją podejmuje. Tworzy się pewnego rodzaju więź intelektualna, nieobecna w innego rodzaju literaturze. I to jest to, czego ja szukam w kryminale – poczucia, że ktoś potraktował mnie poważnie.
Zadając zagadkę, pisarz zyskuje jeszcze coś – sprawia, że od kryminału nie można się oderwać. Chęć poznania prawdy i zweryfikowania swojego sposobu myślenia wygrywa ze zmęczeniem, sennością czy obowiązkami domowymi. Stwarza pretekst, alibi, żeby książce poświęcić czas. A dzisiaj, kiedy jesteśmy sto razy bardziej zabiegani niż kiedyś, znalezienie przestrzeni na powolne delektowanie się literaturą jest coraz trudniejsze. Pamiętam, kiedy jako nastolatka połykałam po kilka kryminałów tygodniowo, ale miałam na to swój sposób, kretyński skądinąd. Najpierw czytałam początek, dokładnie do momentu, kiedy pojawiał się trup, po czym szybko i sprawnie przechodziłam do ostatniego rozdziału, żeby się jak najszybciej dowiedzieć, kto zabił. Cały środek książki nie był mi wtedy do niczego potrzebny. Dzisiaj doceniam wszystko, co w kryminale znajduję – atmosferę, opisy, obraz codziennego życia… Dlatego literatura kryminalna jest tak cenna – z jednej strony dostajemy wysoki poziom pisarstwa, z drugiej pretekst w postaci zagadki, by obcować ze słowem pisanym.

Z: Jakie są Pani najbliższe plany literackie? Planuje Pani projekt „solowy” czy do spółki z Agnieszką Szczepańską?

KT: Właśnie skończyłyśmy z Agnieszką drugą książkę z serii „Przeznaczenie”, nawiązującą do serialu pod tym samym tytułem, który wiosną pojawił się na antenie Polsatu. Pierwsza książka ukaże się w sierpniu nakładem wydawnictwa Funky books. To są historie mistery, czyli, jak czasami żartuję, kryminały z elementem wróżki, ponieważ tak jak w serialu, tutaj również pojawia się zagadka kryminalna, którą policji pomaga rozwiązywać wróżka. Wspólnie z Agnieszką napiszę jeszcze jedną książkę z tej serii, planujemy też drugą część „Zielonego trabanta”, ale nie wiem, kiedy uda nam się na nią znaleźć czas. Zwłaszcza że zaczynamy również działalność literacką na własną rękę. Pierwszym oddzielnym projektem były właśnie indywidualne opowiadania do „Mogliby w końcu kogoś zabić”, a teraz siadam do pisania własnego kryminału, który ma być gotowy na jesień, również dla wydawnictwa Oficynka. W tak zwanym międzyczasie piszę jeszcze scenariusze do seriali, co zabiera dużo czasu i energii, i przygotowuję projekt związany z moją ulubioną formą pisarską, czyli felietonami.   

Z: Jaki to projekt, jeśli można nieśmiało zapytać?

KT: Jedyne, co mogę zdradzić, to że to będzie książka adresowana do kobiet, które poświęciły swoje kariery zawodowe, żeby zająć się domem i dziećmi.  Coś w stylu „Kryminalnego alfabetu gacka”, który piszę dla portalu www.zbrodniawbibliotece.pl, tylko zamiast przymiotnika „kryminalny” będzie występował przymiotnik „codzienny” albo „domowy”.  

Z: Życzę Pani zatem jak najwięcej czasu na pisanie! Dziękuję za rozmowę.

Mogliby w końcu kogoś zabić

Autor: Katarzyna Gacek, Artur Górski, Ewa Ostrowska, Katarzyna Rogińska, Piotr Rowicki, Piotr Schmandt, Jacek Skowroński, Adrianna Ewa Stawska, Agnieszka Szczepańska, Łukasz Śmigiel
Wydawnictwo: Oficynka
Miejsce wydania: Gdańsk
Wydanie polskie: 7/2010
Liczba stron: 320
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-62465-02-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus