Wywiad z Mariuszem Czubajem

Autor: Zunia
15 lipca 2010

Zunia: Skąd się wzięła Pańska fascynacja kryminałami?

Mariusz Czubaj: Ponieważ wyczerpująca odpowiedź na to pytanie byłaby złożona i długawa, skupię  się na jednym wątku. W pewnym momencie odkryłem, że powieść kryminalna, zwłaszcza ta współczesna, jest świetnym komentarzem do rzeczywistości i potrafi mówić o świecie w sposób tak zajmujący, jak inne praktyki kultury popularnej – muzyka rockowa czy sport. Okazuje się, że taka na przykład całkiem prościutka powieść, jaką jest „Pierwsza krew” Davida Morrella, a więc opowieść o przygodach Johna Rambo, jest pasjonującym komentarzem do wojny w Wietnamie oraz nastrojów w Ameryce końca lat 60. Tego rodzaju niespodzianki, wywoływane przez kryminał, pojawiały się coraz częściej. W pewnym momencie zadałem sobie pytanie: czym tłumaczyć wysyp seryjnych morderców w kulturze amerykańskiej lat 90. zarówno w filmie, jak i literaturze? Jakie potrzeby zaspokajają takie postaci?  Po latach wróciłem do tej kwestii w książce „Biodra Elvisa Presleya”, w „Etnologu w Mieście Grzechu” piszę o tym raz jeszcze. I tak – prowadząc prywatne śledztwo – jako publicysta i antropolog kultury wnikałem w te literaturę, aż w końcu przeszedłem na ciemną stronę mocy i sam zacząłem pisać takie utwory. Miało być krótko, a i tak się rozgadałem…

Z.: No właśnie, czym tłumaczyć wysyp seryjnych morderców w literaturze? Czy istnieje jakaś granica brutalności dopuszczalna w powieściach kryminalnych? Oczywiście, nie chodzi tutaj o granicę poza którą nie ma pozwolenia na twórczość, bo takie limesy w naszym świecie zdają się nie występować, ale raczej o granicę, po której drugiej stronie jest żenująca i męcząca farsa zamiast brutalnej, bo brutalnej, ale jednak rozrywki.

M. Cz.: Seryjni mordercy co najmniej z dwóch powodów są bohaterami ogniskującymi uwagę. Po pierwsze – seryjność ich działań jest, sama w sobie, doskonałym wytłumaczeniem łańcucha powieściowych zbrodni. Po wtóre –  jako potwory w ludzkiej skórze – służą testowaniu granic, do jakich może posunąć się wyobraźnia w aranżowaniu kolejnych zabójstw. W dziejach literatury kryminalnej wskazać można przypadki, które są takimi momentami przesilenia. Z pewnością należy do nich „American Psycho” Ellisa, także – powieści szkockiej pisarki Val McDermid, przy której inni twórcy to niemal autorzy niewinnych dobranocek. Świetny historyk kryminału Stephen Knight uważa nawet, że powieściowa przemoc jest kryterium wyróżniającym jeden ze współczesnych podgatunków tej literatury. A co do granic – pełna zgoda: jak śmierć potrafi być obsceniczna, jak obsceniczna jest miłość (w pewnych realizacjach romansu), tak również przemoc podlega takiemu przesileniu, po którym jest trudna do przyjęcia.

Z.: Czy uważa Pan kryminał za gatunek łatwy czy trudny (i dlaczego, rzecz jasna)?

M. Cz.: Nie ma gatunków „łatwych”  i „trudnych”. Są tylko złe i dobre utwory. Można pisać  powieści psychologiczne, epatować czytelnika strumieniami świadomości itd., i być przy tym kompletnym grafomanem. Można pisać horrory i, jak Stephen King w najlepszej formie, ocierać się o arcydzieła. Długo pokutowała opinia, że kryminał to literatura z niższej półki, nieprawego literackiego łoża itp. Na szczęście takie głosy usłyszeć można dziś coraz rzadziej.  

Z.: To prawda. A jednak, mimo wielu wybitnych prac poświęconych kryminałowi (wymienia je Pan w Swojej książce „Etnolog w Mieście Grzechu”) pióra choćby Lacana czy Eco, powieść kryminalna nadal pozostaje poza sferą zainteresowań badaczy (są oczywiście chlubne wyjątki)… Niewielu spośród grona pracowników naukowych przyzna się do czytania takiej literatury – podobnie zresztą dzieje się z fantastyką. Co jest tego przyczyną? Dlaczego kryminał uchodzi za gatunek „z nieprawego łoża”?  

M. Cz.: Bez wątpienia zaważyła tu tradycja romantyczna zarówno z obywatelską funkcją literatury, jak i metafizycznym ugruntowaniem twórczości, kategorią natchnienia itd. Kryminał – jako literatura „rzemieślnicza” – w tym paradygmacie się nie mieści. Tradycja filologiczna, zwłaszcza zaś filologia polska, kształtowała się także w tym romantycznym modelu. Literatura pisana ku rozrywce, a nie ku wzniecaniu kolejnego zrywu, jawiła się, siłą rzeczy, jako podrzędna i gorsza. Skutki promieniowania tego stereotypu odczuwamy do dziś. 

Z.: Jaka jest Pańska recepta na napisanie dobrego kryminału?

M. Cz.: Z tą receptą jest tak, jak z poszukiwaniem kamienia filozoficznego. Mogę więc najwyżej powiedzieć o swoich oczekiwaniach, jakie stawiam takiej literaturze. Kryminał nie może dziać się wszędzie i zarazem nigdzie – musi mieć swoje ramy, określone czas i przestrzeń, by czytelnik miał poczucie, że świat, o którym czyta, jest namacalny, dostępny doświadczeniu, jest na wyciągnięcie ręki. Bez tej przyległości światów – powieściowego i pozaliterackiego – trudno autorowi i czytelnikowi nawiązać nić porozumienia. A przynajmniej mnie przychodzi to z trudem.

Z.: A co z bohaterem? Co jest dla Pana najważniejsze w jego kreacji? W końcu wiele kryminałów lubimy właśnie ze względu na niego…

M. Cz.: Bohater powinien być  kimś z naszego świata, naszym sąsiadem, tyle że obdarzonym pewnymi cechami różnicującymi, takimi, które odróżnią go od innych postaci. Dlatego też mój Rudolf Heinz, bohater „21:37” oraz mojej nowej książki, „Kołysanki dla mordercy”, jest profilerem, uprawia zatem fach rzadko spotykany wśród polskich policjantów, a po godzinach jest gitarzystą bluesowym, a także adeptem karate. Poza tym: ma traumatyczne przeżycia, jakąś tajemnicę z przeszłości, słowem... Słowem mam nadzieję, że to wystarczy, by zaintrygować czytelnika.

Z.: Czy to oznacza, w tym miejscu pozwolę sobie na drobną dygresję, że  Pan również interesuje się karate i bluesem? Bo chyba nie jest łatwo – o ile jest to w ogóle możliwe – wiarygodnie skonstruować postać bez bycia obeznanym w charakterystycznych dlań hobby...

M. Cz.: No tak. Gitara to bardzo bliski mojemu sercu instrument, blues jest zaś przede wszystkim ukłonem w stronę Śląska, kolebki tej muzyki w Polsce, miejsca, z którego pochodzi Heinz. Karate tradycyjne staram się praktykować, choć ostatnimi czasy, mówię to z ciężkim sercem, zaniedbywałem treningi. Tak więc bohater nasycony jest pewnymi moimi cechami, ale z tą przyległością między autorem i bohaterem bym nie przesadzał – ostatecznie powieść kryminalna to nie autobiograficzne wyznanie, ale królestwo fabuły i fikcji literackiej, uwiarygodnianej, to prawda, na wiele sposobów, ale fikcji jednak.   

Z.: Zatem wracając do meritum, co Pan sądzi na temat, jakże teraz popularnych, bohaterów  łączących dwa fachy, jak choćby Alex Cross z powieści Pattersona: psycholog i detektyw? A skoro już o tym mowa, czy wieści Pan kres mody na walczących ze zbrodnią naukowców (a w liczbie tej, prócz "lekarzy duszy", wymienić należy choćby patomorfologów itd.)?

M. Cz.: W przypadku kryminału, zwłaszcza amerykańskiego, ale nie tylko, ta kombinacja kompetencji detektywistycznych i psychologicznych jest trwałym elementem powtarzającym się w tej literaturze: wszak psycholog także prowadzi śledztwo, przebija się przez gąszcz przekłamań i wspomnień wypartych, przeformowanych. Natomiast rozmaitej maści specjaliści z zakresu kryminalistyki kontynuują tę linię, którą rozpoczął Holmes – szukają śladów, a wraz z nimi – niezbitych dowodów, które powiodą zbrodniarza na krzesło elektryczne lub inne miejsce kaźni. Ta linia kryminału wydaje się rozwojowa, bowiem i kryminalistyka przeżywa swój złoty czas.  

Z.: Jaki/-a jest Pański/-a ulubiony/-a autor/-ka kryminałów?

M. Cz.: Nie jestem zbyt oryginalny. Uwielbiam Henninga Mankella. To pisarz o ogromnej dyscyplinie stylistycznej, jeden z niewielu, którzy potrafią budować napięcie z „pustego przebiegu”, ze scen, w których, paradoksalnie, nic się nie dzieje, ze scen zawieszających, nie zaś posuwających akcję. No i drugi mistrz, Ian Rankin, ze względu na postać inspektora Rebusa popijającego hektolitry alkoholu, słuchającego szkockich kapel rockowych. I ze względu na obsesyjnie powracające w jego powieściach pytanie o naturę mrocznej szkockiej duszy. Oczywiście pisarzy, których cenię, jest wielu, piszę o nich razem z wybitnym antropologiem Wojciechem Bursztą w „Krwawej setce”, ale tutaj poprzestanę na tych dwóch nazwiskach.    

Z.: Po lekturze Pańskiej książki byłam niemal pewna, że wskaże Pan Królową…

M. Cz.: Cytując pewną gwiazdę  popkultury: królowa jest tylko jedna. Ale w przypadku kryminału ta światła myśl się nie sprawdza. Na szczęście.    

Z.:  Dziękuję za rozmowę!

Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne

Autor: Mariusz Czubaj
Wydawnictwo: Oficynka
Miejsce wydania: Gdańsk
Wydanie polskie: 7/2010
Liczba stron: 360
Format: 124 x 195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-62465-01-9
Cena z okładki: 34,90 zł


blog comments powered by Disqus