Wywiad z Robinem Cookiem

Autor: Henryk Tur
7 czerwca 2008

Robin CookHenryk Tur: Moje pierwsze pytanie jest dość standardowe – kiedy narodziła się u pana idea pisania książek? Podczas pańskiej kariery medycznej czy też wcześniej?

Robin Cook: Na czwartym czy też piątym roku moich studiów zobaczyłem, że medycyna w powszechnym wyobrażeniu jest całkowicie inna od tej rzeczywistej. Tak odmienna, że nawet nie byłem sobie tego w stanie wyobrazić przedtem. Pomyślałem sobie, że dobrze by było opisać ludziom, jak to wygląda od kuchni. To nie jest żadna romantyczna praca, wyłącznie niesienie ludziom pomocy czy tym podobne. To temat o wiele bardziej skomplikowany.

HT: Nie tylko pomoc?

RC: Nie. To naprawdę ciężka praca, wymagająca zaangażowania wszystkich swoich sił, całego swojego czasu i zdobycia olbrzymiej wiedzy. Dam przykład – jedno z zadań końcowego egzaminu z patologii. Masz mikroskop. Patrząc przez jego okular widzisz specyficzne komórki. Dostajesz związane z nimi pytania i na podstawie tego, co widzisz, musisz na nie odpowiedzieć. Niektórzy robią to od razu, inni muszą nad tym długo pomyśleć, przypominając sobie wszystko, czego nauczyli się na ten temat. A co jest najlepsze – jedne pytania rodzą automatyczne następne. W szkole medycznej, do której chodziłem, a jest to jedna z najlepszych uczelni tego typu na świecie, nie wystarczy wykonywanie swoich obowiązków po prostu dobrze – zawsze musisz starać się być jeszcze lepszy i wiedzieć więcej, niż powinieneś. Na stu studentów tak naprawdę wszystko zrozumie tylko pięciu. Współczesna medycyna jest też pracą zespołową – musisz być na bieżąco z wynikami i odkryciami innych, nie możesz zatopić się wyłącznie w swojej specjalizacji. Podejście indywidualistyczne donikąd cię nie zaprowadzi.

HT: A czy miał pan taki moment, że musiał zdecydować, co jest bardziej dla pana ważne w życiu – medycyna czy literatura?

RC: Dla mnie osobiście, tak?

HT: Tak.

RC: Nie. Udało mi się połączyć jedno z drugim. Najpierw chciałem napisać książkę o tym, jak szkolimy doktorów. Ale szybko odkryłem, że tak właściwie nie mamy żadnej jedynej metody ani idealnego sposobu postępowania. Wielu studentów idzie na studia medyczne z czysto altruistycznych powodów – chcą pomagać ludziom, ale…

HT: A pan dlaczego zdecydował się na nie?

RC: Z tych samych powodów – żeby pomagać ludziom. Ale podczas studiów ten altruizm szybko się kończy. Gdy już wejdziesz w ten temat, szybko pochłaniają cię inne rzeczy. Owszem, nauczysz się, jak udzielać pomocy, ale u większości studentów nie stanie się ona największym priorytetem. Poczują się częścią tej nauki, będą ją drążyć i sami odkrywać nowe ścieżki i możliwości. Fascynacja przeradza się w styl życia.

HT: Słyszałem, że najlepszym testem dla przyszłych studentów medycyny jest lekcja anatomii. Kto nie zemdleje na widok ciętego ciała ludzkiego, ten nadaje się na doktora.

RC: Autopsja… Tak, to bardzo ważne. Taka ciekawostka - na moim uniwersytecie było tylko dwóch wykładowców tego przedmiotu. Jak widać jest on rzeczywiście dość niepopularny (śmiech).

HT: Czy w czasie pańskiej kariery medycznej było jakieś wydarzenie, które skłoniło pana do opisania go?

RC: Tak, było kilka takich. Dam jeden przykład. Mieliśmy kobietę, która nie widziała przez kataraktę na obojgu oczu. Porównując to w dioptriach miała jakieś -20 czy -30, nie pamiętam dokładnie w tej chwili. Przywracanie jej wzroku było na tyle skomplikowaną operacją, że musiała podpisać dokument, w którym akceptowała wszelkie ingerencje lekarzy i zrzekała się roszczeń w przypadku niepowodzenia. Wyjęliśmy jej oczy i…

HT: Całe gałki oczne?!

RC: Tak, całe. Wyjęliśmy je i dokonaliśmy niezbędnych operacji, a potem włożyliśmy z powrotem. Gdy tylko wybudzono ją po operacji, spojrzała wokół i z przerażeniem krzyknęła: „dzieje się coś strasznego”! Wystraszyliśmy się , że być może doszło do jakiś uszkodzeń, ale jak się okazało, miała zaburzenia wzroku spowodowane tym, że… włożyliśmy oczy odwrotnie, tzn. lewe w miejsce prawego, prawe w miejsce lewego. Ten incydent dał mi impuls do opisywania zarówno samych operacji, jak i tego, co może podczas nich się stać. Medycyna jest na tyle fascynująca i daje tak wielkie możliwości, że chcę to zawsze pokazać w swoich książkach.

HT: Czy wydarzenia, które pan opisuje, są prawdziwe czy jest to tylko fikcja?

RC: Pisząc staram się być bardzo dokładny w tych tematach, głównie dlatego, że błędy szybko zostają zauważane i pamiętane przez czytelników. Zrobiłem taki w Comie. Na lotnisku są dwa tunele – jednym się wchodzi, drugim wychodzi. Opisałem je tak samo i potem wielu ludzi pisało do mnie, że zrobiłem błąd. Przez takie małe niedopatrzenie nie traktowali potem serio tego, co opisywałem. To nauczyło mnie, żeby być naprawdę bardzo dokładnym i sprawdzać wszystko.

HT: Co bardziej pochłania panu czas? Pisanie książek czy medycyna?

RC: Teraz więcej czasu pisanie książek. A jeśli zadałbyś pytanie, co podczas pisania, odpowiedziałbym, że gromadzenie materiałów do nich. Gdy zaczynam pisać, jestem naprawdę solidnie przygotowany do danego tematu. Chociaż prawdę mówiąc, czasem opisywane przez mnie postacie zachowują się dość nieoczekiwanie. Na przykład mówią coś, czego nie planowałem.

HT: Czyli zaczynają żyć własnym życiem, a pan jest niejako przekaźnikiem ich woli?

RC: Dokładnie. Jest to jeden z powodów, dla których lubię pisać (śmiech).

HT: W „Inwazji” opisał pan dość dziwną inwazję obcych. W „Gwiezdnych wojnach” mieliśmy analogię – Imperium było blokiem komunistycznym, Rebelia – wolnym światem. Czy „Inwazja” także ma drugie dno?

RC: To bardziej skomplikowane. W filmach s-f najazd obcych zwykle jest bardzo widowiskowy, olbrzymie statki międzygwiezdne, wybuchy, lasery, i tym podobne. Ja natomiast opisuję ataki mikroorganizmów, jak choćby wirusy, które są bardziej mordercze niż flotylla obcych. I zamiast wielkiego statku kosmicznego mamy malutki obiekcik, wielkości kapsla od butelki, jednak jest on bardziej morderczy niż cała flota wielkich niszczycieli.

HT: I obcych, którzy chcą nas wszystkich pozjadać.

RC: Tak, właśnie tak. Ale duże statki i tacy obcy powodują, że science fiction jest takie zabawne.

HT: Czy sądzi Pan, że któregoś dnia będziemy znali wiedzę w takim stopniu, że będziemy jak mityczni bogowie?

RC: W ubiegłym roku Craig Venture stworzył sztuczny, inteligentny chromosom. To pierwszy krok do tworzenia życia na nasz rachunek. Jest to olbrzymi potencjał, który może zostać wykorzystany zarówno w pozytywny, jak i negatywny sposób. Wszystko zależy od naszej bioetyki.

HT: A tak na koniec: którą z pana książek najlepiej byłby sfilmować, aby wyszedł megahit filmowy?

RC: Myślę, że nadałyby się wszystkie.


Część pytań przygotował Darek Barczewski



blog comments powered by Disqus